Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Bezpieczeństwo

Afgański koncert życzeń w MON

29 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 7 minut

Nowa polska strategia dotycząca Afganistanu nie jest realistycznym planem wygrania wojny. W dodatku nie gwarantuje nawet, że nie poniesiemy w niej sromotnej porażki

W przygotowanej przez MON strategii interwencji w Afganistanie rozsądek miesza się z myśleniem życzeniowym. Postawiliśmy realistyczne cele, określiliśmy zakres i termin zaangażowania. To część rozsądna. Po niej następuje jednak koncert pobożnych życzeń.

Gdyby zapytać, na czym właściwie opieramy przekonanie, że uda się ustabilizować Afganistan i rozpocząć wycofywanie naszych jednostek, uczciwa odpowiedź brzmiałaby: na woli Bożej. To skądinąd podejście bliskie naszym przeciwnikom. Wygramy? Inszallah.

Wschodni fatalizm nie jest jedynie ciekawostką etnograficzną. To silny składnik życia w krajach muzułmańskich. Jest słabością, ale paradoksalnie daje też siłę do znoszenia przeciwieństw. Powstańcy w Afganistanie wierzą w swoją walkę w obronie islamu, nie zakładają jednak, że musi się ona skończyć natychmiastowym sukcesem, przecież Allach może mieć inne plany. Dlatego ich rzecznik dowodził, że są gotowi na walkę trwającą nawet 30 lat. To nie puste słowa. Przecież wojna trwa już ponad trzy dekady.

W 1978 roku w Nuristanie wybuchło powstanie przeciwko komunistom, stopniowo rozlało się na cały kraj i sprowokowało sowiecką interwencję. Od tego czasu zmieniali się tylko przeciwnicy. Najpierw komuniści, potem Sowieci, następnie frakcje w wojnie domowej, talibowie, Amerykanie, NATO - w tym Polacy. Możemy dowodzić, że obecna interwencja różni się od sowieckiej. Fakt, ale dla naszych przeciwników te różnice to ledwie subtelności.

Naiwne jest przekonanie, że dzisiejszy konflikt tworzy nową jakość, że mamy po swojej stronie znaczną część afgańskiej populacji. Sowieci też mieli, i to wcale nie z powodu sympatii do komunizmu. Kabulczycy popierali ich, ponieważ stolica kwitła, a w mieście było bezpiecznie. Mieli wszak popleczników i Brytyjczycy.

Tylko dla nas różnica między NATO a komunistami jest tak głęboka. Z perspektywy pasztuńskiego wieśniaka, którego dziad walczył z obcymi, ojciec walczył, on walczył i syn właśnie idzie w góry, wyglądamy i postępujemy podobnie. Wszyscy - czerwoni czy biali - jesteśmy niewiernymi, których można albo tolerować, albo wygnać.

Fatalizm każe mu nie przejmować się zmiennością losu czy przeciwników. Przecież i tak będzie, jak zechce Najwyższy. Nie kolejni interwenci czy ukazy z Kabulu, ale islam, obyczaj oraz wioskowy mułła określały, co dobre, co złe, co czynić wypada. Zbyt często pisząc o Afganistanie, opracowując strategie wygrania tej wojny, operujemy kategoriami naszego życia, a nie życia tych, którym chcemy nieść wolność i postęp. Strategia Ameryki, NATO i Polski musi zmierzyć się nie tylko z nagimi faktami militarnymi, ale generalnym podejściem do życia i śmierci. Nie wystarczy opracowanie skutecznego wzoru rozmieszczenia oddziałów, terminarza wprowadzania i wycofywania wojsk, trzeba wytworzyć w Afgańczykach przekonanie, że to my, a nie talibowie, jesteśmy Losem. Może wtedy postawiliby na NATO i wspierany jego bagnetami rząd w Kabulu. Jeśli nie, zaczekają - a potrafią czekać całe dekady - aż odejdziemy.

W strategii MON nie chcemy już wygrać wojny, zamierzamy jedynie "zredukować możliwości prowadzenia działań przez rebeliantów, wesprzeć rozwój i rozbudowę Afgańskich Sił Bezpieczeństwa". Rozsądne słowa. NATO i Polska mogą tę wojnę jedynie przegrać, wygrają ją (albo nie) siły afgańskie (rządowe) przeciwko innym siłom afgańskim (rebelianci). Bierzemy bowiem udział w wojnie domowej po stronie, która wydaje nam się bardziej pasować do reguł rządzących życiem społeczności międzynarodowej.

Coraz łatwiej przychodzi nam przymykanie oczu na ciemną stronę afgańskiej "demokracji", fałszowanie wyborów, mafijne powiązania ministrów i gubernatorów, nepotyzm, niesprawiedliwość obecnych władz. Nie przeszkadza nam ich fasadowość. Nie dlatego, że wszystko to nas zachwyca. Nie mamy wyboru. Alternatywą są rebelianci, a ich przecież nie chcemy widzieć u steru rządów w Kabulu.

Na początek pomożemy umocnić w społeczeństwie autorytet władz lokalnych i państwowych, następnie stopniowo wzmocnimy afgańskie wojsko i policję, tak by jak najszybciej przekazać im odpowiedzialność za prowincję Ghazni. Rządzący nie zawsze sprawują realną władzę, jesteśmy realistami, zamierzamy zatem wzmacniać także współpracę z przywódcami plemiennymi i religijnymi. To kolejny przykład rozsądku w strategii MON.

Chcemy bezpośrednio dostarczać armii afgańskiej w Ghazni środki niebojowe - mundury, zaopatrzenie, a w przyszłości także broń i amunicję. Wzmacniamy kontyngent o 600 żołnierzy, aby osiągnąć swobodę operacyjną. Da nam to czas do wyszkolenia sił afgańskich. Nie można kontrolować całej prowincji Ghazni, zatem zgodnie ze strategią ogłoszoną przez prezydenta Obamę skoncentrujemy się na obszarach najgęściej zaludnionych.

Jednocześnie będziemy na forum NATO optować za równym zaangażowaniem uczestników interwencji. Niech każdy ponosi podobne ryzyko. Znów głos rozsądku. Nie może być tak, by Amerykanie, Brytyjczycy, Kanadyjczycy, Holendrzy i Polacy dźwigali na sobie ciężar walki, a inni - Hiszpanie, Włosi, Niemcy i Francuzi, dekowali się w bezpiecznych rejonach i przez system tzw. wyłączeń unikali realnego zaangażowania.

W efekcie naszych działań w latach 2009 - 2010 osiągniemy swobodę operacyjną w prowincji, w latach 2011 - 2012 ustabilizujemy ją, by w roku 2013 zacząć stopniowe przekazywania odpowiedzialności za Ghazni siłom afgańskim i wycofywanie oddziałów polskich.

Strategia rozsądna. Pojawia się jednak pytanie: jak to wszystko osiągnąć? Wzmacnianie autorytetu władz, czyli kogo? Hamida Karzaja, oszusta wyborczego, którego władza jest kwestionowana przez konstytucjonalistów? Gubernatora Ghazni Usmana Usmaniego? Człowieka, który uchodzi w Afganistanie za króla korupcji i mistrza wyborczych przekrętów? Podczas wyborów prezydenckich dwie prowincje osiągnęły według ONZ niechlubny rekord w elekcyjnych oszustwach - Kandahar i kontrolowana przez Polaków Ghazni. Wspierając władzę ludzi, którzy są skompromitowani, brniemy w ślepą uliczkę. Nie popieranie ich, ale odsunięcie od władzy mogłoby zaskarbić nam wdzięczność Afgańczyków.

Także wzmacnianie afgańskiej armii i policji brzmi obiecująco, w praktyce jednak sprawy przedstawiają się gorzej. Polska nie ma wpływu na to, jak liczne będą oddziały afgańskie w Ghazni. Wojsko jest werbowane przez władze centralne, nie regionalne. Zaciąg idzie marnie, coraz mniej Afgańczyków chce służyć w armii, ponad 15 procent nowych żołnierzy dezerteruje. Brakuje oficerów, Amerykanie promują więc powrót do armii komunistycznych komandirów, którzy walczyli z mudżahedinami. Na szczeblu dowódców brygad dominują dziś właśnie oni. Ani im, ani żołnierzom nie zależy bynajmniej na stabilnym Afganistanie, są po prostu najemnikami walczącymi za pieniądze.

Sytuację pogarsza jeszcze to, że rząd z reguły wysyła do pasztuńskich prowincji oddziały złożone z Hazarów i Tadżyków. Żołnierze ci często nie są w stanie porozumieć się z lokalną ludnością. Nie mówią w paszto, a niepiśmienni wieśniacy nie władają ogólnonarodowym dari. W efekcie wojska afgańskie są postrzegane nierzadko jako siły okupacyjne.

Jeszcze gorzej sprawy mają się z policją. Jej funkcjonariusze są werbowani na szczeblu lokalnym, ich lojalność wobec władz jest więcej niż wątpliwa. Nie bez podstaw zarówno Polacy, jak i Amerykanie podejrzewają policję o podwójną lojalność. Dopuszczenie jej do planowania operacyjnego to narażanie naszych oddziałów na straty. Dezercje w policji przekraczają w niektórych dystryktach 50 procent składu. Funkcjonariuszem zostaje się w Afganistanie ledwie po kilkutygodniowym kursie. W efekcie straty policji sięgają nawet 10 procent rocznie: ranni, zabici i przewerbowani. Potrzebne jest nie jej wzmacnianie, lecz radykalna reforma. Zrezygnowanie z zaciągu lokalnego, przełamanie podwójnej lojalności i poprawa dyscypliny. A tego akurat w strategii MON nie znajdziemy.

Nadmiernie optymistyczne brzmi założenie, że w latach 2011 - 2012 uda się ustabilizować Ghazni na tyle, by przekazać odpowiedzialność siłom afgańskim. Przykład kontrolowanego przez Brytyjczyków Helmandu pokazuje, że wzmocnienie kontyngentu zwiększa, a nie zmniejsza opór. Afgańskie siły rządowe poszły tam praktycznie w rozsypkę. Dziś nie są w stanie samodzielnie prowadzić operacji, a przed początkiem znaczącego zaangażowania Brytyjczyków w 2006 roku owszem. Dlaczego w Ghazni ma być inaczej? W strategii czytamy wszak, że MON spodziewa się zwiększenia natężenia oporu w naszej prowincji. Wątpliwe, by dodatkowe 600 żołnierzy i wzmocnienie sił afgańskich wystarczyło, by zneutralizować to zagrożenie.

Zabrakło w dokumencie powiedzenia oczywistej prawdy - samodzielnie nie jesteśmy w stanie zmienić sytuacji. Warto byłoby zatem wypracować i wpisać do strategii plan porozumienia się z częścią komendantów rebelii oraz wciągnięcia ich do sprawowania władzy. Wraz ze skoncentrowaniem naszych sił w ośrodkach z najliczniejszą populacją rebelianci i tak przejmą kontrolę nad znaczną częścią prowincji.

Nowa strategia nie tylko nie jest planem wygrania wojny, nie gwarantuje nawet, iż nie poniesiemy w niej porażki. Inna sprawa, że Polska pozostaje zbyt słabym graczem, by samodzielnie układać plany wiktorii. Zadanie to należy do Amerykanów. Oni powinni wykazać się wizjonerstwem, my możemy jedynie podążać ich śladem. Byle nie ku przepaści.

@RY1@i02/2009/239/i02.2009.239.000.0012.001.jpg@RY2@

Po rozbiciu się tego Mi24 Polakom w Afganistanie pozostały tylko trzy takie śmigłowce

Reuters - Forum

@RY1@i02/2009/239/i02.2009.239.000.0012.002.jpg@RY2@

Andrzej Talaga

Piotr Gęsicki

Andrzej Talaga

andrzej.talaga@infor.pl

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.