Afera hazardowa: śledczy postawili zarzuty
Prokuratorzy postawili zarzuty dwóm naukowcom oraz przedsiębiorcy w głośnym śledztwie dotyczącym afery hazardowej - dowiedział się Dziennik Gazeta Prawna.
Obaj naukowcy są pracownikami jednej z politechnik. Dodatkowo mają uprawnienia Ministerstwa Finansów do certyfikowania automatów do tzw. niskich wygranych.
- Każdej z tych osób postawiliśmy po kilkanaście zarzutów. Podejrzewamy, że masowo poświadczały nieprawdę, opiniując automaty, dzięki czemu mogły one służyć do gry o wysokie stawki - mówi rzecznik Prokuratury Apelacyjnej w Białymstoku Janusz Kordulski.
Podejrzani nie trafili do aresztu. Zapłacili za to wysokie kaucje: od 50 do 120 tysięcy złotych, mają zakaz opuszczania kraju oraz stracili uprawnienia do certyfikowania automatów.
- Z ich opinii wynikało, że automaty są zabezpieczone przed przeróbkami. W rzeczywistości dostęp do czipa sterującego automatem nie wymagał zerwania plomb - tłumaczy oficer Centralnego Biura Śledczego współpracujący z białostockimi prokuratorami. Śledczy podejrzewają, że niemal wszystkie automaty w Polsce są tak przerobione. Dlatego w marcu tego roku w ogólnopolskiej akcji zajęli blisko 400 automatów: minimum sześć z każdej liczącej się firmy.
- Mamy już opinię niezależnego biegłego, która potwierdziła nasze podejrzenia. Przebadana została pierwsza grupa automatów - 48 - i wszystkie okazały się przerobione - wyjaśnia nasz rozmówca.
Maszyny są przerabiane po to, by osiągać kolosalne zyski: automat do niskich wygranych (do 15 euro) obłożony jest tylko zryczałtowaną miesięczną kwotą podatku w wysokości 180 euro, a od automatu do wysokich wygranych trzeba zapłacić aż 45 procent podatku.
- Podejrzewamy, że w ten sposób budżet traci około miliarda rocznie. Ten zysk trafia do kieszeni właścicieli firm hazardowych - tłumaczy nasz rozmówca. Co ważne, w białostockim śledztwie pod lupą znalazły się wszystkie firmy działające w tej branży.
Według naszych informacji licząca się spółka z północy Polski sowicie opłaciła firmę PR-owską, aby ta zainspirowała nieprzychylne prowadzącemu śledztwo prokuratorowi publikacje.
- Udowodnienie przez nas, że automaty w rzeczywistości służą do wysokich wygranych, będzie drogo kosztować posiadające je firmy. Naliczone zostaną milionowe należności wobec budżetu, dlatego sięgają po każdą z możliwych metod - tłumaczy oficer policji. Teraz śledczy czekają na kolejne opinie dotyczące zabezpieczonych maszyn - w tym należących do Ryszarda Sobiesiaka, negatywnego bohatera afery hazardowej, znajomego Zbigniewa Chlebowskiego, Mirosława Drzewieckiego i Grzegorza Schetyny.
W tym samym śledztwie jest inny sensacyjny wątek świadczący, jak wielkie są wpływy z branży hazardowej. Licząca się na rynku firma została ostrzeżona, że jej automaty będą kontrolowane.
- W przeddzień naszej akcji jej pracownicy dostali SMS-a, z poleceniem wyczyszczenia automatów. Został wysłany z bramki internetowej. Dziś wszystkie tropy prowadzą do Ministerstwa Finansów, a dokładnie do służby celnej. Nie chodzi jednak o firmę Ryszarda Sobiesiaka - zastrzega nasz rozmówca.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu