Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

Szczęśliwe fiasko projektu nieszczęsnej tarczy

27 czerwca 2018

To nie był dobry projekt. To był też projekt zupełnie niepotrzebny. Dobrze, że upadł, bo żył i zatruwał atmosferę polityczną w kraju i w stosunkach polsko-amerykańskich za długo.

Pisałem o tym wielokrotnie. Po raz pierwszy w 2001 roku. Za to także zostałem odwołany z funkcji dyrektora Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych. Jednak z powodu szczęśliwego fiaska projektu tak zwanej tarczy nie mam wielkiej satysfakcji. Pozostają raczej rozgoryczenie i frustracja, że tak długo w Polsce większość klasy politycznej, usłużnych wobec niej dworskich analityków oraz spora część mediów bezkrytycznie popierała ten nonsens, jakim był projekt systemu antyrakietowego w wersji forsowanej przed administrację Busha.

Nie chciano słuchać wyjaśnień na temat jego istoty oraz ostrzeżeń przed możliwymi negatywnymi konsekwencjami dla bezpieczeństwa międzynarodowego, a przede wszystkim dla bezpieczeństwa Polski. Nie warto już teraz przypominać, dlaczego ten projekt nie był dobry. Rozstrzygającym argumentem niech będzie to, że zrezygnowali z niego sami Amerykanie, którzy dbają o swoje bezpieczeństwo jak nikt inny na świecie. Demokraci nie są przy tym gorsi od republikanów, tylko w znacznie mniejszym stopniu reprezentują interesy koncernów zbrojeniowych. Jeśli kiedyś polscy politycy mówili, że trzeba się zgodzić na tarczę, bo chodzi o bezpieczeństwo USA, to niech dzisiaj z pokorą przyjmą decyzję Waszyngtonu, który niezmiennie kieruje się bezpieczeństwem swego kraju.

Warto jednak zastanowić się nad tym, dlaczego długo dawaliśmy się na to nabierać, dlaczego nasi politycy w tym tkwili. Niech będzie i dla nich jakiś pożytek z ich porażki, która jest dla Polski fiaskiem szczęśliwym. Trzeba się także zastanowić, co z tego wynika dla bezpieczeństwa Polski - moim zdaniem absolutnie nic - oraz szerzej dla naszej polityki zagranicznej i bezpieczeństwa.

Po naszej stronie przyczyny zamieszania wokół tarczy od samego początku tkwiły w niekompetencji większości polityków, także tych odpowiedzialnych za sprawy bezpieczeństwa, w braku dojrzałości i zdolności do suwerennej analizy tego projektu, co brało się z silnej wtedy, i aż do 2007 roku, skłonności do postaw serwilistycznych wobec USA, skłonności do spełniania każdego życzenia Waszyngtonu, zanim ono zostało wypowiedziane. Co gorsza, w pewnym momencie uznaliśmy, że tarcza i specjalny sojusz z Ameryką (do czego ona się zupełnie na paliła) będą lekiem na całe rzekome zagrożenie ze strony Rosji, będą ostatecznym pomysłem na gwarancje polskiego bezpieczeństwa.

W tym celu dezawuowano NATO i kontestowano wysiłki Unii Europejskiej zmierzającej do zbudowania wspólnej polityki bezpieczeństwa i obrony. Rosję trzeba było stale posądzać, że szykuje się do nowego 17 września. Rosja, jaka jest, każdy widzi, ale do ataku zbrojnego na Polskę i NATO się nie szykuje; nie ma takich intencji ani możliwości. Ewentualną rezygnację z projektu przedstawiano nie jako zwycięstwo zdrowego rozsądku, lecz kapitulację przed Moskwą. Duża część polityków chcących usilnie tarczy zachowywała się tak, jakby przespała ostatnie 20 lat i nie zauważyła głębokich i nieodwracalnych zmian geopolitycznych i geostrategicznych w naszej części świata.

A już ze szczególnym wstrętem politycy upierający się przy tarczy odnosili się do poważnej analizy tego projektu z punktu widzenia bezpieczeństwa Polski. Zdawano się tu całkowicie na amerykańskich, neokonserwatywnych i silnie prawicowych ekspertów (działających często wprost w charakterze lobbystów) oraz ich polskich epigonów. Do niezależnych polskich analiz i ocen odnoszono się z pogardą i szybko przyklejano im łatkę "antyamerykanizmu", który, jak szybko dodawano, aby do końca ich dyskwalifikować, jest sprzeczny z polską racją stanu. Tymczasem problem był z pojmowaniem polskiej racji stanu przez tych właśnie polityków, pełniących ważne funkcje państwowe.

Na szczęście jest życie bez tarczy, a bez takiej tarczy jest ono nawet lżejsze i bardziej wolne. Wolne od zakłamania, którym do końca szli w zaparte entuzjaści tarczy. Vide oskarżenia, że tarczy nie ma, bo Tusk jej nie chciał, bo się nie starał (można dodać: na kolanach, jak oni to czynili). Nota bene Polakom należą się od nich przeprosiny za to, co chcieli nam zafundować, a od czego uwolnił nas demokratyczny prezydent Obama. Przeprosiny należą się też od tych, którzy - jak wynika dziś z ich wypowiedzi - udają, że ich przy tym od 2001 r. nie było. Teraz zaczniemy bardziej doceniać NATO i Unię Europejską - prawdziwe gwarancje naszego bezpieczeństwa oraz dobre stosunki z naszymi sąsiadami, także tymi największymi. Zresztą, rząd Tuska to czyni, choć nierzadko podejmowane są próby sabotażu tego wysiłku. Może wreszcie niektórzy skończą się bawić na polski koszt w bohaterów filmu Stanleya Kubricka "Dr Strangelove" z czasów zimnej wojny. Jak pamiętamy, chcieli oni wywołać - i nawet im się to w końcu udało - wojnę z Sowietami wbrew oficjalnej polityce Waszyngtonu.

Wraz z upadkiem chybionego projektu systemu antyrakietowego Polacy, cała polska klasa polityczna otrzymała szansę na dojrzałość, na poważną i odpowiedzialną politykę bezpieczeństwa - także, a może nawet przede wszystkim, na kierunku amerykańskim. Problem bazy, rekompensaty, strasznej Rosji, traktowania nas przez Waszyngton w taki czy inny sposób - to wszystko znika. O ścisłe stosunki z USA warto zabiegać, ale nie trzeba mieć obsesji na punkcie ich militaryzacji. I trzeba to robić nie z perspektywy przestraszonej sieroty szukającej gorączkowo opieki najsilniejszego chłopaka na ulicy, lecz dojrzałego partnera, który zna swą wartość i potrafi wnieść do nich nie tylko nerwicę, lecz roztropność w sprawach bezpieczeństwa, która się przyda także amerykańskim przyjaciołom. Jest czas na reset polskiego myślenia o bezpieczeństwie.

Rząd ma to już za sobą. Teraz czas na odważne stanowisko w sprawie wojny afgańskiej. Chodzi przy tym o ratowanie Sojuszu Atlantyckiego przed skutkami złego jego użycia w Afganistanie. Ale niech inni także nie zmarnują tej szansy na porządne myślenie o polskich interesach. Na dobry początek można podpisać ratyfikację traktatu lizbońskiego, co będzie oznaczać, że nie uzależniamy stanowiska Polski w kluczowej sprawie od humorów innych państw.

@RY1@i02/2009/184/i02.2009.184.000.016a.101.jpg@RY2@

Materiały prasowe

Roman Kuźniar, politolog, amerykanista, były szef Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych

politolog politolog, amerykanista, były szef Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.