Bogatynia nie wiedziała, że grozi jej kataklizm
Powiat zgorzelecki nie miał studium zagrożenia powodziowego. Samorządowcy mieli dostęp do wstępnej oceny ryzyka opartej na danych z XIX w. Mieli prawo nie wiedzieć, jak katastrofalne mogą być skutki zapowiadanych opadów.
Jest bezsporne: już w piątek do samorządów dotarło ostrzeżenie meteorologiczne rozesłane przez dolnośląskie centrum zarządzania kryzysowego. Znalazły się w nim dane o opadach przekraczających 100 litrów wody na metr kwadratowy, co oznaczało gwałtowne ulewy.
- Była też odręcznie dopisana prośba, by w związku z powagą sytuacji monitorować sytuację - mówi rzecznik MSWiA Małgorzata Woźniak. Zdaniem resortu samorząd w Bogatyni zareagował zbyt opieszale. Burmistrz Bogatyni odrzuca oskarżenia.
- Jak w przypadku przyjścia kilkumetrowej fali ochronić miasto? - pyta retorycznie. On i jego współpracownicy twierdzą, że nie zostali poinformowani o skali i powadze zagrożenia.
Okazuje się, że Regionalny Zarząd Gospodarki Wodnej we Wrocławiu nie przygotował studium zagrożenia powodziowego dla dorzecza Nysy Łużyckiej. Owszem, powstały dokumenty m.in. dla Odry, Nysy Kłodzkiej czy Kaczawy, czyli terenów, które w przeszłości dotykały powodzie. Ale w rejonie Nysy Łużyckiej ostatnie duże powodzie były w 1958 i 1981 r.
Poza tym w Sejmie trwają prace nad wdrożeniem unijnej dyrektywy powodziowej, której efektem ma być przygotowanie cyfrowej mapy zagrożeń powodziowych, robionej na nowych zasadach.
Te dwie kwestie spowodowały, że nie powstało studium dla terenów obecnie dotkniętych powodzią, ale tylko jego wstępna ocena. - Mamy mapę opartą na danych zbieranych jeszcze od czasów Wilhelma II, ostatniego cesarza Niemiec, gdzie przewidywane są skutki powodzi - twierdzi Ryszard Radomski z Powiatowego Centrum Zarządzania Kryzysowego w Zgorzelcu. Ale nie przewidziały takiej ulewy, gdy w ciągu kilku godzin spadło dwukrotnie więcej deszczu, niż wynosi średnia miesięczna.
Inspektorzy nadzoru budowlanego zaczęli ocenę stanu budynków w Bogatyni. Sprawdzają, które z nich można odbudować. W Zgorzelcu zrujnowane jest 15 - 20 proc. zabudowy.
- Zniszczona została najstarsza część miasta, domy przy bulwarze zalało do wysokości parteru - opowiada Ryszard Radomski.
Jedną z budowli, która ucierpiała najbardziej, jest zapora w Niedowie. To zbiornik technologiczny dla elektrowni Turów, który nie pełnił żadnej roli w systemie przeciwpowodziowym. Okazał się jednak za słaby, by przetrwać gwałtowne wezbranie rzeki Nitki. - Wał tej zapory woła o pomstę do nieba.
Być może pół wieku temu było to tylko przedsięwzięcie prowizorycznie wykonane, dla dotrzymania kolejnego etapu oddania do użytku elektrowni w dniu kolejnej rocznicy 22 lipca - oceniał na portalu NTTG.pl geolog Adam Maksymowicz. Straty po kilkunastogodzinnej powodzi mogą wynieść kilkaset milionów złotych, ale na ich podsumowanie trzeba poczekać. Dziś priorytetem jest usunięcie skutków powodzi.
Wczoraj w Bogatyni było już wszystko, czego zabrakło w niedzielę: pomoc, woda, żywność. - Największy problem to brak łączności z Polską, bo dostępna droga przez Czechy jest wąska i też wiedzie przez tereny dotknięte powodzią - mówi Ryszard Radomski. Wojsko uruchomiło most powietrzny, by usprawnić dostawy. Bogatynia była pierwszym samorządem, do którego wojewoda dolnośląski Rafał Jurkowlaniec przesłał pieniądze na doraźną pomoc. Na konto urzędu gminy trafiło 2 mln zł na zasiłki dla powodzian. - Osobom, które nie mogą przyjść do urzędu, rozwozimy dokumenty - powiedział nam Marcin Kiersnowski.
Z budżetu MSWiA na pomoc ofiarom powodzi wyasygnowano 7,5 mln zł. Resort przypomina samorządowcom, że w rozdzielaniu ich obowiązuje uproszczona procedura.
@RY1@i02/2010/154/i02.2010.154.000.006a.001.jpg@RY2@
Fot. Lech Muszyński/PAP
Po powodzi w Bogatyni zaczęło sie wielkie sprzątanie
Grzegorz Osiecki
grzegorz.osiecki@infor.pl
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu