Srebro we wspaniałym stylu
Justyna Kowalczyk zajęła drugie miejsce w sprincie. Dała się wyprzedzić tylko Norweżce Marit Bjoergen. Przegrała zaledwie o sekundę. Po srebrnym medalu Adama Małysza to drugi krążek dla Polski na tych igrzyskach olimpijskich
Justyna jest wielka. Wczoraj Polka stoczyła kapitalną walkę i potwierdziła, że jest w znakomitej dyspozycji.
Nasza zawodniczka świetnie poradziła sobie z presją, jaka ciąży na niej od początku igrzysk, a zwiększyła się jeszcze po starcie na 10 km techniką dowolną. Teraz ma już swój medal w Vancouver, a przed nią dopiero jej koronne konkurencje - bieg łączony na 15 km oraz bieg na 30 km stylem klasycznym.
Wczoraj szansę na złoty medal straciła na przedostatnim zakręcie. Norweżka Marit Bjoergen wybrała wtedy lepszy tor jazdy i zyskała trzy metry przewagi. Justyna próbowała jeszcze dogonić rywalkę na finiszu, ale nie dała rady. Przegrała o 1,1 sekundy. Odparła jednak atak Słowenki Petry Majdić i ma srebrny medal.
O tym, że tego dnia Bjoergen może być poza zasięgiem wszystkich, świadczyły już wcześniejsze biegi. Norweżka uzyskała zdecydowanie najlepszy czas kwalifikacji i ćwierćfinału. Już na tym etapie swój start zakończyła za to jedna z faworytek, trzecia zawodniczka klasyfikacji sprintu w Pucharze Świata - Finka Aino-Kaisa Saarinen.
Justyna od początku narzekała na zbyt łatwe trasy w Vancouver, ale nie wszyscy podzielali opinię, że są one mało wymagające, jak utrzymuje Polka. Słynna czeska narciarka Katerina Neumannova uznała je za odpowiednie. Na szczęście to ona miała rację.
Kowalczyk kwalifikacje przeszła z 5. czasem, tracąc 5.30 sekundy do Bjoergen. W ćwierćfinale Polka wyszła na prowadzenie już na pierwszym podbiegu i do mety dobiegła z dużą przewagą nad rywalkami i czwartym czasem. Taktyka we wszystkich biegach wyglądała tak samo - zacząć mocno, aby być w pierwszej trójce w miejscu, gdzie liczba torów zmniejsza się z sześciu do trzech. A potem odjechać jak najdalej na podbiegu i kontrolować sytuację, nie narażając się przy tym na upadek w walce z rywalkami.
W półfinale wszystko potoczyło się według planu, choć Justynę do ostatnich metrów mocno naciskała Szwedka Anna Olsson.
Ogromnego pecha miała Petra Majdić. W czasie rozgrzewki na jednym ze zjazdów Słowenka wyleciała z trasy i spadła do zupełnie niezabezpieczonego rowu. Zawodniczka nie mogła wstać o własnych siłach. Trudno odpowiedzieć, dlaczego taka pułapka w ogóle mogła czyhać na trasie olimpijskiej rywalizacji. To kolejna fatalna wpadka organizatorów.
Obolała Majdić wystartowała do kwalifikacji jako ostatnia i zdołała sobie zapewnić udział w ćwierćfinale z 19. czasem, a zaraz po minięciu mety pojechała do szpitala. - Coś złego stało się z jej żebrami. Jeśli są złamane, to wszystko jest skończone - oświadczył rzecznik ekipy słoweńskiej.
Na szczęście okazało się, że Majdić może startować dalej. Dała świadectwo hartu ducha i po heroicznej walce awansowała do finału jako lucky loser.
@RY1@i02/2010/034/i02.2010.034.000.020a.001.jpg@RY2@
Fot. Grzegorz Momot/PAP
Justyna Kowalczyk stoczyła morderczą walkę między innymi z Anną Olsson
Robert Piątek
robert.piatek@infor.pl
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu