Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Kraj

Bohater, który nie chce, żeby było o nim głośno

28 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 5 minut

Długo był pierwszym bramkarzem reprezentacji, ale miejsce stracił tuż przed Euro. Nie wiadomo dlaczego. Jeśli jest sprawiedliwość na tym świecie, to Łukasz Fabiański, bohater meczu ze Szwajcarią, właśnie jej doświadczył. W swoim stylu - po cichu

Fabiański już się nie zmieni. - Ja bohaterem? Nigdy!

Na jego nastawienie nie są w stanie wpłynąć nawet dobiegające zewsząd pochwały, że stanął na wysokości zadania, że powstrzymał helwecką husarię, że - mówiąc wprost - utrzymał zespół przy życiu, gdy było to najbardziej potrzebne. Jeśli ktokolwiek liczył na to, że po spotkaniu ze Szwajcarią bramkarz Swansea pokaże odrobinę szaleństwa, musi się przyzwyczaić, że tak już nie będzie. Łukasz nawet w dniach chwały pozostanie sobą.

Gdy po sobotnim spotkaniu padło pytanie, czy po jego znakomitych interwencjach sądzi, że jest na tym Euro jednym z najlepszych bramkarzy, Fabiański tylko się roześmiał i równie szybko zaprotestował: - Nie przesadzajmy. Nigdy nie patrzę w ten sposób na mecz. Najważniejsza jest drużyna.

Koniec. Kropka.

Zawsze z boku, na drugim planie, bez parcia na szkło

Skoro więc sam Fabiański nie chce, zróbmy to za niego. To on wyjął z okienka idealne uderzenie Rodrigueza z rzutu wolnego, wygrał sytuację sam na sam z Derdiyokiem w dogrywce, zachował zimną krew, gdy szwajcarscy kibice prowokowali go niemożebnie na wszelkie sposoby albo rzucali w niego czym popadnie. To on wreszcie znakomitym wyrzutem pokazał, jak bramkarz może być pierwszym atakującym. Do piłki dopadł rozpędzony Grosicki, a Kuba Błaszczykowski tylko dopełnił formalności. Tak padła bramka dla Polski. Fabiański nie widzi w tym jednak swojej wielkiej zasługi. - Cieszę się, że Kamil umiejętnie uwolnił się na czystą pozycję. Analizując wcześniej przeciwników, wiedzieliśmy, że taka sytuacja jest możliwa, miałem świadomość, że jest to dla nas szansa, aby ich skontrować. Fajnie, że mogłem pomóc drużynie - mówił polski bramkarz z tradycyjną angielską flegmą, do której przez ostatnie lata zdążył nas już przyzwyczaić.

Nikt już mu nie wytknie, że nie zagrał w kadrze wielkiego meczu

Widać było jednak, że wewnętrznie się cieszy. Wrócił przecież na miejsce, które było mu od dawna przeznaczone i nagle, tuż przed rozpoczęciem turnieju, zabrane. Dlaczego? Do końca nie wiadomo. Łukasz nigdy nie powie, że spadek w reprezentacyjnej hierarchii bardzo go zabolał, ale dało się wyczuć, że chodzi skwaszony, że nie rozumie do końca decyzji selekcjonera, choć przyjmuje ją bez dyskusji. Taki ma styl. Do Francji przyjechał z nastawieniem, że musi jeszcze ciężej pracować, żeby być przygotowanym. W razie czego. W spotkaniu ze Szwajcarią wreszcie dostał nagrodę za tę cierpliwość, ale także coś więcej - punkt odniesienia w reprezentacyjnej karierze. Dotychczas bronił bardzo poprawnie, ale nie było jeszcze meczu, po którym jego interwencje moglibyśmy zapamiętać na lata. Chyba że za wyjątkowe osiągnięcie uznamy obronę karnego w meczu z San Marino w 2008 r., dzięki czemu uniknęliśmy wstydu, bo Polacy byliby jedynym zespołem, któremu amatorzy strzeliliby gola w eliminacjach do mundialu 2010. Teraz, po Szwajcarii, nie ma już żadnych wątpliwości - "Fabianowi" nikt nie może wytknąć, że nie zagrał w kadrze wielkiego meczu.

Różne były losy bramkarza Swansea, a wcześniej Arsenalu, w reprezentacji Polski. W kadrze zadebiutował przed 10 laty, ale zawsze coś go omijało, a jeśli nawet znalazł się na wielkim turnieju, to w roli obserwatora, a nie bohatera wydarzeń. Szczęście w kadrze zaczęło mu sprzyjać dopiero od wiosny 2015 r. Wcześniejsza zmiana otoczenia, z londyńskiego Arsenalu na walijską Swansea, okazała się zbawienna także dla jego kariery reprezentacyjnej. - Dzięki występom w Swansea Łukasz bardzo się rozwinął, jest pewny swoich interwencji. Dojrzewał długo, ale wreszcie dojrzał, aby zostać pierwszym bramkarzem kadry. Pokazał to w Dublinie - mówił wtedy Dariusz Dziekanowski, były reprezentant Polski, a dzisiaj ekspert telewizyjny.

Bronił udanie do końca eliminacji, nie popełnił żadnego błędu, który można by mu wytykać latami. Nawet we Frankfurcie przeciwko Niemcom, mimo że straciliśmy wówczas trzy gole, nikt nie mógł mieć do niego pretensji. Prezentował w bramce spokój, swój znak firmowy, ale przede wszystkim walory czysto piłkarskie.

Kręta droga w klubach, polskich i angielskich

Jego kariera klubowa była najeżona niespodziankami. Pobyt w Lechu Poznań, do którego trafił w 2004 r., można określić jednym słowem - rozczarowanie. Dla Łukasza zaczęły się wyjazdy na testy do angielskich klubów. Był w Southampton, Boltonie, również Arsenalu, ale wówczas jeszcze bez konkretów.

W Legii było zdecydowanie lepiej. W bramce warszawian stanął, gdy Artur Boruc wyjechał do szkockiego Celtiku. W sezonie 2005-2006 zaliczył wszystkie mecze swojej ekipy, został mistrzem Polski, a nawet otrzymał piłkarskiego Oscara w kategorii najlepszy bramkarz. Podobnie jak rok później.

Wtedy zostały odkurzone kontakty z Arsenalem. Nadeszła dobra oferta liczona w milionach euro - konkretnie 4,35 mln. Nie można było jej odrzucić. Debiutancki sezon w Londynie nie był jednak rewelacyjny, trzy występy w lidze, pięć w Pucharze. Dlatego w 2014 r. postanowił odejść do Swansea. Trener nowego klubu zaufał mu bezgranicznie, a Fabiański odpłacił mu znakomitą grą.

W debiucie zatrzymał Manchester United (2:1), ale to był tylko początek. W 37 meczach, w których zagrał, aż 13 razy zachowywał czyste konto. Magazyn "Four Four Two" nie miał wątpliwości - Polak zasłużył na miano najlepszego bramkarza sezonu. Swansea też wyróżniła Fabiańskiego jako najlepszego zawodnika klubu.

Przenosząc się do Swansea, Łukasz podjął jedną z ważniejszych decyzji w życiu, która utorowała mu powrót do kadry. Po cichu, bez fanfar. Tak bardzo w jego stylu.

@RY1@i02/2016/123/i02.2016.123.00000160a.802.jpg@RY2@

Michael Zemanek/BPI/EAST NEWS

Przejście z Arsenalu do Swansea to jedna z ważniejszych decyzji w życiu Łukasza Fabiańskiego. Dzięki niej wrócił do kadry

Remigiusz Półtorak,

współpraca Tomasz Biliński

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.