Dziennik Gazeta Prawana logo

Przekuć porażkę w sukces

27 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 8 minut

Bodźce polityczne i gospodarcze do redukcji emisji dwutlenku węgla nie pojawią się bez globalnych ustaleń. A one wymagają głębszego niż dotychczas pogodzenia interesów narodowych ze wspólnymi

Konferencja klimatyczna ONZ, która odbędzie się w przyszłym miesiącu, jest skazana na porażkę. Na kilka tygodni przed przyjazdem delegatów do Kopenhagi rozpoczął się festiwal pretensji. Wszyscy wytykają palcem Waszyngton. Czy warto emitować tyle CO2, zwożąc urzędników, ekologów, naukowców, lobbystów, prezydentów i premierów do stolicy Danii?

Kiedy oenzetowscy negocjatorzy spotkali się w grudniu 2007 r. na wyspie Bali, wyznaczyli dwuletni termin na przyjęcie porozumienia, które miałoby zastąpić protokół z Kioto. Ustalono, że nowy układ dotyczący globalnej redukcji emisji CO2 będzie ostrzejszy i obejmie większą liczbę państw.

Takie porozumienie musi zawierać trzy elementy: głębokie cięcia emisji przez kraje bogate przy ograniczeniu emisyjności w krajach rozwijających się, pomoc finansowa dla krajów uboższych w zamian za przestawienie się na gospodarkę niskowęglową i wpisanie kwot redukcji dla poszczególnych krajów do wiążącego traktatu międzynarodowego.

Przy takich celach porażka Kopenhagi jest z góry do przewidzenia. Łatwo też zrozumieć, dlaczego wina spadnie na USA. Na przekór deklaracjom ekipy Obamy, która głosi chęć walki z globalnym ociepleniem, Waszyngton nie jest gotów podpisać się pod żadnym z tych trzech punktów.

W niektórych komentarzach na temat przesądzonej klęski Kopenhagi wyczuwam nutkę schadenfreude. Można odnieść wrażenie, że działacze ekologiczni z ulgą przyjęli fakt, iż USA zachowują się zgodnie ze stereotypem "niech naszą planetę szlag trafi". Jak powiedział kiedyś rzecznik Greenpeace’u, proces negocjacji wypadł z torów, ponieważ zgodnie z przewidywaniami Waszyngton ugiął się pod presją "wielkiego węgla".

Tak się składa, że sympatyzuję z tym zniecierpliwieniem. Świat musi wyznaczyć cenę emisji CO2, bo inaczej rządy i przedsiębiorstwa nie podejmą kroków niezbędnych do zmniejszenia ilości gazów cieplarnianych w atmosferze. Bodźce polityczne i gospodarcze do redukcji emisji CO2 nie pojawią się bez globalnego porozumienia. Im dłużej trwają negocjacje, tym większa groźba, że wszyscy będą zwlekali w nieskończoność.

Z drugiej strony postawa typu wszystko albo nic też niesie ze sobą zagrożenia. Walka ze zmianami klimatycznymi od początku ma dwóch wielkich wrogów: negowanie istnienia niebezpieczeństwa i rozpacz. Negacjoniści zawsze będą, nie przekonają ich nawet niepodważalne dowody naukowe. Do tej pory zdarzają się ludzie, którzy twierdzą, że związek między paleniem tytoniu a rakiem nie jest do końca udowodniony. Poza tym sceptycy znaleźli potężny argument polityczny za bezczynnością, a mianowicie recesję.

Drugim wrogiem jest straszenie ludzi, które może budzić przekonanie, że nic się nie da zrobić. Globalne ocieplenie jest faktem, ale nie pokonamy go - myślą sobie. Nawet jeśli my się poświęcimy, inni wykręcą się od zobowiązań.

Hasła typu: musimy działać dzisiaj, bo jutro się usmażymy, musimy wszyscy wysiąść z samochodów, zamknąć lotniska, czyścić zęby po ciemku i w wyłączyć klimatyzację - prowokują do takiej właśnie reakcji. Straszenie powodziami, głodem, suszą i jedną wielką hekatombą budzi poczucie rezygnacji. Skoro nie damy rady zrobić wszystkiego, to po co robić cokolwiek?

Istnieje oczywiście realne niebezpieczeństwo, że jeśli w Kopenhadze nie zostaną zrealizowane wytyczne z Bali, przywódcy światowi odstąpią nawet od mniej ambitnych działań mających na celu zahamowanie procesu podgrzewania się Ziemi. Gospodarki wielu krajów są w takim stanie, że politycy wykorzystają każdy pretekst do tego, aby nie denerwować wyborców wyższymi cenami energii.

Po rozmowach z urzędnikami, którzy przygotowują się do grudniowego szczytu, odnoszę jednak wrażenie, że nie jest tak źle, jak mogłoby się wydawać. Chociaż postawa USA mocno irytuje europejskich urzędników, mówią oni, że spór dotyczy harmonogramu, a nie istoty sprawy.

Aby przyłączyć się do międzynarodowej umowy, Obama musi najpierw w swoim kraju przeforsować ustawę o handlu emisjami. Na razie prezydent inwestuje cały swój kapitał polityczny w reformę służby zdrowia. Handel emisjami musi zaczekać do pierwszych miesięcy przyszłego roku. Niewątpliwie potrzebne będą zgniłe kompromisy, żeby przepchnąć ustawę przez Kongres, ale Obama jest po właściwej stronie sporu.

Można też dostrzec optymistyczną skłonność do zawarcia kompromisu w świecie rozwijającym się. Kraje te słusznie podkreślają, że nie można od nich oczekiwać, aby zapłaciły cały rachunek za dwutlenek węgla wpompowany do atmosfery przez Zachód w okresie ostatnich dwustu lat, ale Chiny i Brazylia wyrażają gotowość do rozważania znaczącej redukcji emisyjności swojego przyszłego rozwoju gospodarczego. Nawet uparte Indie trochę złagodziły ton.

Ta zmiana postawy nie wynika z altruizmu, tylko ze świadomości, że wprawdzie odpowiedzialność za globalne ocieplenie ponosi w większości Zachód, ale negatywne skutki najszybciej i najmocniej dotkną świat rozwijający się. Chinom i Indiom wystarczy przez chwilę pomyśleć, co dla ich systemów wodnych oznacza topnienie himalajskiego lodu, aby zrozumieć, że zrzucanie winy na USA nie poprawi ich sytuacji.

To wszystko nie oznacza, że rządy niedługo przedstawią rozsądny pakiet, który zatrzyma proces przegrzewania się planety. Wola polityczna to nie wszystko, trzeba jeszcze dysponować realnymi rozwiązaniami. Wygląda na to, że wszyscy najbardziej liczą na technologię sekwestracji (wychwytywania i magazynowania) CO2 przy spalaniu węgla. Co będzie, jeśli się okaże, że technologia ta nie jest lekiem na całe zło?

Porozumienie przewidujące solidarne podzielenie się ciężarem walki z globalnym ociepleniem (a także, notabene, korzyściami stwarzanymi przez przejście na rozwój niskowęglowy) wymaga znacznie głębszego niż dotychczas pogodzenia interesów narodowych ze wspólnymi. Od wyniku oenzetowskich negocjacji będzie zależał również los projektu budowy nowego porządku międzynarodowego.

Delegaci w Kopenhadze tym bardziej więc powinni dążyć do tego, aby w jak największym stopniu przybliżyć się do ugody. Celem powinno być osiągnięcie takiego porozumienia między krajami bogatymi i rozwijającymi się - przede wszystkim między USA a Chinami - aby w 2010 r. można było podpisać wiążący traktat. Moglibyśmy wtedy mówić o przekuciu porażki na sukces.

publicysta Financial Times

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.