Trzeci Świat nie wie, co to ekologia
Koncerny dbają o to, by o ciemych stronach ich działalności nikt nie usłyszał. O wypadkach, skażeniach, ofiarach słyszymy tylko wówczas, gdy do tragedii dojdzie w miejscu, w którym mogą się pojawić kamery. I mieszkają bogaci ludzie. Tylko w takim przypadkach koncernu decydują się sięgnąć do kieszeni, by wypłacić odszkodowania. - Co innego, gdy rzecz dzieje się w Trzecim Świecie. Tu firmy potrafią wymusić milczenie, przekupić władze, by nikt nie dowiedział się o tym, co robią - mówi "DGP" z Simon Lynley z Lancaster University.
- Mój lud umiera. Zatruli nasze rzeki: nie możemy z nich pić wody, nie możemy jeść złowionych w nich ryb ani upolowanych w lesie zwierząt - opowiada członek plemiennej starszyzny Andres Sandi Mucushua. Członków ludu Achuar zostało już niewielu ponad 4,5 tys. Wciąż żyją w dżungli na granicy między Peru a Ekwadorem.
Cztery dekady temu na ich ziemi rozpoczął wiercenia amerykański koncern Occidental Petroleum (Oxy). Część plemienia, liczącego wówczas 12,5 tys. ludzi, została wygnana. Część, dla przykładu, zabita przez towarzyszącą inżynierom peruwiańską armię. Reszta ze strachu sama odeszła.
Oxy szybko natrafił na gigantyczne złoże. W dżungli powstało ponad 150 szybów, rurociągi i zakłady przetwarzania czarnego złota. Miliardy dolarów trafiały na konto firmy, a do okolicznych rzek miliony odpadów ze wstępnej obróbki ropy. Dla zmaksymalizowania zysku firma używała technologii, które zostały zakazane w USA, często też przechowywano ropę i odpadki z jej przetwarzania w wykopanych w ziemi dołach.
Dopiero badania przeprowadzone przez zagranicznych inspektorów, sprowadzonych przez organizacje ekologiczne, zaalarmowały świat. Stężenie metali ciężkich, w tym ołowiu i kadmu, w przepływających przez ziemie Achuara rzekach przekraczało dopuszczalne normy kilkaset razy.
Koncern z Los Angeles twierdzi, że wymierania ludy Achuara nie można wiązać z jego działalnością. - Nie ma na to żadnych naukowych dowodów - powiedział przedstawiciel Oxy Richard S. Kline. Kto więc zatruł rzeki i ziemię? Dlaczego krew Achuarów jest skażona ołowiem i kadmem? Te pytania rzecznik koncernu zbywa wzruszeniem ramion.
"Nie wiem na razie, jak się pozbyć tych pomyj, ale musi być na to jakiś sposób. Trzeba komuś zapłacić za ich zabranie" - takie zdanie znalazło się w mejlu z 2006 r. pracownika koncernu Trafigura, do którego we wrześniu ubiegłego roku dotarł brytyjski "Guardian". Sposób się znalazł. 528 tys. litrów stężonego wodorotlenku sodu i siarkowodoru wylądowało na nielegalnym wysypisku śmieci niemal w samym centrum Abidżanu, 4-milionowego portu na Wybrzeżu Kości Słoniowej.
Właścicielem zabójczego ładunku była holendersko-brytyjska firma specjalizująca się w handlu metalami i surowcami energetycznymi. Postanowiła zrobić też interes na toksycznych śmieciach, których bezpieczna utylizacja jest droga. W 2006 r. - jak wynika z ujawnionej przez "Guardiana" korespondencji - Trafigura "cholernie tanio" kupiła resztki po przetworzeniu zanieczyszczonej siarką meksykańskiej ropy. Liczyła, że na cichym pozbyciu się trujących substancji zarobi co najmniej 7 mln dol. Przedstawicielom firmy udało się przekupić notabli rządzących w Abidżanie, którzy dali zgodę na przywiezienie trującego ładunku.
Gdy do szpitali zaczęły się zgłaszać setki ludzi z objawami silnego zatrucia, a na ulicach portowego miasta wybuchły zamieszki, Trafigura przekonywała, że przywieziony przez nią ładunek był bezpieczny. Jednak mejle, do których dotarła brytyjska gazeta, wskazują, że firma od początku zdawała sobie sprawę ze szkodliwości porzuconego ładunku. - 15 osób zmarło, 69 było w stanie ciężkim, a ponad sto tysięcy musiało zostać poddanych hospitalizacji. Zyskaliśmy w końcu przekonujące dowody, że miało to związek z tymi odpadami - cieszył się w ubiegłym roku specjalny wysłannik ONZ Okechukwu Ibeanu. Liczył na to, że uda się wywalczyć odszkodowania dla ofiar Trafigury. Ale była to radość przedwczesna. Prawnicy firmy stwierdzili, że zamieszczone w "Guardianie" fragmenty korespondencji zostały wyrwane z kontekstu. Próbują też przekonać, że raporty z autopsji ofiar dokonane przez patologów z Wybrzeża Kości Słoniowej nie są przekonujące.
Firma skutecznie też zamyka usta krytykom. W grudniu 2009 r. Trafigura zmusiła potężną BBC do odwołania emisji programu, w którym domagano się od holendersko-brytyjskiego koncernu wzięcia na siebie odpowiedzialności za katastrofę w Abidżanie.
- Znajdujemy tu radioaktywne odpady, ołów, kadm i rtęć. Są śmieci przemysłowe i odpady ze szpitali - opowiada Nick Nutall, rzecznik UNEP (Program Środowiskowy ONZ). Proceder zatapiania odpadów w wodach Somalii trwa od lat 90. ubiegłego wieku. Ale potrzeba było tsunami z 2004 r., by zyskać dowody.
Fala, która przetoczyła się przez Ocean Indyjski, wyrzuciła na brzeg oraz pootwierała zatopione pojemniki. Setki ludzi z somalijskiej prowincji Puntland dostało owrzodzenia gardła i skóry, krwawiło do jam brzusznych. - Musimy to powiedzieć światu: zachodnie firmy u wybrzeży Somalii wyrzucają śmieci - alarmował specjalny wysłannik ONZ do Somalii Ahmedou Ould-Abdallah.
Na świecie są tylko dwa miejsca, w których można się tanio pozbyć toksycznych śmieci. To Chiny i Somalia. To ostatnia jest lepsza, bo koszty transportu są niższe, a poza tym w ostatnich latach Pekin zaczął zwracać uwagę na ekologię. W Somalii nie istnieje też centralny rząd, a kraj jest kontrolowany przez watażków i ich milicje. Już za kilkaset tysięcy dolarów można kupić zgodę na bezpieczne wpłynięcie na kontrolowane przez nich wody i zrzucenie ładunku.
Ten rejon świata jest tak niebezpieczny, że zapuszczają się tu tylko wojenne okręty. Jednak ekologom udało się zdobyć informacje, że od stycznia 1991 r. do końca 2003 r. na somalijskie wody wpłynęło z trującymi ładunkami co najmniej 800 statków pod banderami Kenii, Hiszpanii, Włoch, Japonii, Korei Płd. i Chin. Dekadę temu włoska gazeta "Famiglia Cristiana", przy współudziale Greenpeace, ujawniła, że procederem zatapiania śmieci parają się co najmniej dwie firmy: szwajcarska Achair Partners i włoska Progresso. Opublikowano dokument, z którego wynika, że na początku lat 90. te spółki podpisały kontrakt z obalonym prezydentem Alim Mahdim Mohamedem, który jednak wciąż kontrolował część kraju. Za 80 mln dol. zgodził się na wrzucenie do morza 10 mln ton śmieci. Obie firmy oczywiście zaprzeczyły.
- I tak koło się zamyka. Pieniądze, za które kupowana jest zgoda na zatapianie toksycznych śmieci, napędzają wojnę. Dzięki niej koncerny mogą tu przywozić kolejne trujące ładunki - mówi "DGP" Simon Lynley.
Piotr Czarnowski
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu