Skończmy z finansowaniem terroryzmu
Stopniowe uniezależnianie się od zagranicznej ropy jest koniecznością. Co do tego panuje w USA polityczny kompromis. Rzecz w tym, czy przestawiać się całkowicie na odnawialne źródła energii, czy może jednak wiercić na Alasce. Po załamaniu na rynku paliw w 1973 r., rewolucji irańskiej osiem lat później czy zamachach z 11 września, mamy już pewność, że importowany surowiec nie może być w podstawą naszej energetyki.
Najprostszy przykład: między wrześniem 2007 r. a październikiem 2008 r. Europa i Ameryka zostawiły na Bliskim Wschodzie bilion dolarów. A chyba nie trzeba tłumaczyć, że finansowanie tego dość niepewnego politycznie regionu jest wbrew interesom całego Zachodu. Gdyby udało się osiągnąć energetyczną niezależność, w następnej kolejności udałoby się rozwiązać kilka palących problemów politycznych w Zatoce Perskiej i okolicach, nie mówiąc już o odcięciu grup terrorystycznych od ich zamożnych sponsorów.
Nieliczni krytycy niezależności energetycznej uważają, że odejście od importu ropy może zaburzyć wolny rynek. Nic bardziej błędnego. Tu nie chodzi o upokorzenie wszystkich zagranicznych producentów ropy naftowej, ale o większą swobodę w doborze ewentualnych partnerów - przecież w razie potrzeby zawsze się będzie można zwrócić po względnie łatwo dostępny surowiec z Kanady czy Meksyku. Tutaj absolutnie nie chodzi o protekcjonizm amerykańskiego rynku i promowanie rodzimych producentów biopaliw. A niezależność energetyczna Stanów Zjednoczonych może dać znakomity przykład reszcie świata.
@RY1@i02/2010/025/i02.2010.025.000.011b.001.jpg@RY2@
Fot materiały prasowe
Ben Lieberman, ekspert z Heritage Foundation
ekspert z Heritage Foundation
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu