Mamy coraz więcej czystej energii elektrycznej z farm wiatrowych
Udział energii pozyskiwanej z siły wiatru w ogólnym bilansie odnawialnych źródeł energii (OZE) w Polsce już wkrótce przekroczy połowę. Obecnie z farm wiatrowych uzyskujemy 1352 MW mocy, co stanowi 48,6 proc.
Jak wynika z danych Urzędu Regulacji Energetyki (URE), na koniec marca OZE dostarczyły 2779 MW. W ciągu ostatniego półrocza z niekonwencjonalnych źródeł pozyskano dodatkowo 396 MW, jednakże prawie dwie trzecie tej masy przypada na wiatraki. Przez ten czas tempo wzrostu wiatrowni wyniosło 23 proc., a pozostałych OZE raptem 10 proc.
Jeszcze przed dwoma laty wiatraki dostarczały dwukrotnie mniej energii niż obecnie, a najwięcej prądu pozyskiwano z małych elektrowni wodnych. Tyle że od tego czasu ruch na wodach ustał.
Jarosław Mroczek, wiceprezes Polskiego Stowarzyszenie Energetyki Wiatrowej (PSEW), przekonuje, że pozyskiwanie energii wiatrowej będzie przybierało na znaczeniu.
Jak wynika z opracowania Instytutu Energetyki Odnawialnej (IEO), w 2020 r. możliwe jest uzyskanie 13 GW. W tym około jednej szóstej pozyska się z elektrowni wodnych morskich i z małych elektrowni wiatrowych. Tymczasem w Niemczech z farm wiatrowych już pozyskuje się około 26 GW, a w niewielkiej Danii 3,6 GW. W ogólnym zestawieniu energetycznym Polski dałoby to energii wietrznej 17-proc. udział, który w ciągu następnych 10 lat ma się zbliżyć do poziomu 29 proc.
Z innych korzyści możliwych do uzyskania w tym dziesięcioleciu można wymienić redukcję dwutlenku węgla o 33 mln t oraz wzrost liczby zatrudnionych w tym sektorze z 2 do 66 tys.
Poprawę finansów odczuliby też rolnicy dzierżawiący przedsiębiorcom grunty pod wiatraki. Do ich kasy trafiałoby rocznie 100 mln zł. I tak przez prawie kilkanaście lat. Jednakże osób, które to odczułyby, jest tylko kilka tysięcy. Więcej profitów odczuwalne będzie w gminach, bo z tytułu podatków od nieruchomości w ich budżecie kwota z tego tytułu może wynieść nawet jedną szóstą.
Pod względem mocy uzyskiwanej z wiatraków w Polsce przewodzą trzy województwa pomorskie oraz Wielkopolska. Liderem jest województwo zachodniopomorskie. Stąd dostarczany jest co trzeci MW pozyskany z farmy wiatrowej. Warto dodać, że te cztery województwa dostarczają w ten sposób ponad 1000 MW prądu, a to oznacza, że tyle nie uzyska się ze wszystkich polskich małych elektrowni wodnych. Tak wiele nie otrzyma się też łącznie z istniejących już elektrowni biogazowych, biomasowych i przedsięwzięć wykorzystujących energię słoneczną. Niedoinwestowane pod tym względem są województwa usytuowane na południu Polski. Najsłabsze - dolnośląskie - dostarcza zaledwie 165 kW.
Co ciekawe, jak wynika z opracowania zleconego przez PSEW, na Pomorzu Zachodnim najdłużej trwa oczekiwanie na wydanie pozwoleń budowlanych, bo 49 miesięcy. Dla porównania w województwie pomorskim czas ten wynosi 23 miesiące.
Wojciech Drożdż, wicemarszałek woj. zachodniopomorskiego, cieszy się, że region przyciąga inwestorów, ale zdaje sobie też sprawę, że opóźnienia to wynik małej gęstości i przepustowości sieci elektroenergetycznej. Stąd też długie oczekiwanie. Do tego dorzuca niewłaściwe przygotowanie dokumentacji przez inwestorów, ale też nieznajomość tematu ze strony urzędników. Wtóruje mu Bogdan Gutkowski, prezes Polskiego Towarzystwa Energetyki Wiatrowej, innej organizacji zajmującej się OZE.
- Nie ma jednolitych przepisów odnośnie do inwestycji, trzeba się liczyć z tym, że co urząd, to inna wykładnia przepisów - mówi Bogdan Gutkowski.
Zdaniem Wojciecha Drożdża na wydłużenie procesu inwestycyjnego ma też wpływ czas kompleksowej budowy odcinka linii elektroenergetycznej.
- Jeżeli linia przecina drogę wojewódzką, konieczne jest również uzyskanie pozwolenia z urzędu wojewódzkiego dla tej linii - tłumaczy Wojciech Drożdż.
Jarosław Mroczek dokłada do tego jeszcze brak systemu promującego OZE.
- Mamy nawet więcej kłopotów z tytułu oceny wpływu wiatraków na środowisko niż tzw. brudne zakłady - wyjaśnia Jarosław Mroczek.
Dodaje, że w dalszym ciągu świadomość ekologiczna społeczeństwa jest niska. Przypomina to XIX w., gdy wprowadzano maszyny parowe i mówiono, że z tego powodu ludzie stracą miejsca pracy i przyniesie to wiele negatywnych zjawisk. Z mitami jednak trudno walczyć.
Na pewno utrudnieniem, jak tłumaczy Mroczek, nie są pieniądze. Banki przy tego typu realizacjach nie mają żadnych wątpliwości, czy udzielić kredytu.
Utrudnienia te nie różnią się jednak znacznie od średniej europejskiej. W Unii na wydanie decyzji czeka się statystycznie pół roku dłużej. Podobnie jest, jeśli chodzi o liczbę koniecznych urzędników zaangażowanych do realizacji projektu. W UE uczestniczy w tym 18 osób, w Polsce - 20.
Jak mówi Wojciech Drożdż, skrócenie tak złożonego procesu jak uzyskanie pozwolenia na budowę farmy wiatrowej jest możliwe przy pełnej koordynacji działań na styku ustaw: prawa budowlanego, prawa energetycznego i prawa ochrony środowiska. I takie właśnie stanowisko przedstawił odpowiednim resortom Konwent Marszałków.
Bogdan Gutkowski przyznaje, że przy optymistycznym założeniu można mówić, że w 2020 r. uda się uzyskać przeszło 10 GW mocy z siły wiatru. Obserwując jednak gospodarkę polską i zauważając różne bariery, na które napotykają przedsiębiorcy, Gutkowski jest bardziej sceptyczny. Wspomina, że w ciągu dekady wiatrownie osiągną może potencjał 6 GW.
W najbliższych latach nie ma co liczyć, że w naszym kraju powstaną farmy na morzu. Pierwsze tego typu projekty mają szanse być zrealizowane za siedem lat.
Polepszeniu ma za to ulec sytuacja na południu kraju. Przed laty maszty z turbinami osiągały wysokość 60 - 80 m i rzeczywiście wiele wtedy zależało od warunków wietrznych na danym terenie. Przy budowlach 120 - 150 m wiatry są już sprzyjające.
Przemysław Kurszewski
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu