Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Energetyka

Energetyka odnawialna w Polsce rozwija się wolniej, niż powinna

1 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 5 minut

OZE NIEZBYT OPŁACALNE W 2010 roku udział energetyki odnawialnej w produkcji prądu w Polsce był niższy od zakładanego. W poprzednich latach było podobnie. Powodem jest, jak wskazują eksperci, wadliwy system wspierania energetyki odnawialnej przyjęty w naszym kraju

Według danych firmy PSE Operator osiągalna moc wszystkich elektrowni w Polsce wynosi obecnie 35,9 tys. MW. Z tego na elektrownie wodne przypada 2296 MW, na wiatrowe - 1295 MW, a na pozostałe odnawialne zaledwie - 29,6 MW. Niestety, szybko przybywa u nas jedynie kotłów na biomasę i siłowni wiatrowych. Łączna moc tych drugich jeszcze dwa i pół roku temu sięgała ledwie 500 MW, a pod koniec 2009 r. 725 MW.

W przypadku energetyki wodnej i biogazowni rozwój jest powolny. Wprawdzie elektrowni wodnych buduje się u nas po kilkanaście, a nawet po kilkadziesiąt rocznie, ale w zdecydowanej większości to bardzo małe obiekty, których moc nie przekracza 1 MW. Nie lepiej jest w przypadku biogazowni. Mamy ich co prawda już ponad 100, ale na ogół to instalacje o bardzo niewielkiej mocy.

Ten stan rzeczy jest bardzo niepokojący. Szczególnie z dwóch powodów. Po pierwsze elektrownie wiatrowe to nie najlepsze źródło energii odnawialnej. Przede wszystkim dlatego, że pracują tylko wtedy, gdy wieje. W polskich warunkach oznacza to, że kręcą się średnio jedynie przez 70 dni w roku. Dlatego, mimo że elektrowni wiatrowych już u nas stosunkowo dużo, to ich udział w krajowej produkcji prądu sięga zaledwie 1,6 proc. W przypadku elektrowni wodnych to tylko 1,7 proc., bo większość dużych siłowni tego typu to elektrownie szczytowo-pompowe, pracujące tylko w godzinach szczytu zapotrzebowania na prąd.

Po drugie obecna sytuacja potwierdza rozpowszechnioną opinię, że przyjęty w naszym kraju system wspierania rozwoju energetyki odnawialnej nie sprawdza się. Filarem tego systemu są tzw. zielone certyfikaty, które miały w Polsce doprowadzić do szybkiego rozwoju energetyki odnawialnej w Polsce. Niestety, nie doprowadziły do tego.

Udział źródeł odnawialnych w produkcji elektrycznej w naszym kraju jest dużo niższy od zakładanego. W zeszłym roku miał on wynieść 7,5 proc., a według szacunkowych jeszcze danych osiągnął poziom 6 proc. Podobnie było w poprzednich latach. W 2009 roku ze źródeł odnawialnych wyprodukowano w Polsce 8,6 TWh energii elektrycznej. Z tego 0,84 TWh przypadło na elektrownie wiatrowe, biomasowe i biogazowe, 2,8 TWh na tzw. zawodowe elektrownie wodne (czyli duże siłownie na wodę, które istniały jeszcze przed wprowadzeniem zielonych certyfikatów) i aż 4,5 TWh na tzw. współspalanie.

Współspalanie to po prostu dorzucanie drewna i innej biomasy roślinnej (uznawanych za odnawialne źródło energii), nawet zboża, do kotłów na węgiel, co praktykowane jest powszechnie w dużych elektrowniach węglowych. Koszt dostosowania kotłów na węgiel do tego, by można było dorzucać do nich biomasę, jest niewielki. Dlatego elektrowniom to bardzo się opłaca. Muszą wydać niewiele, a zarabiają na tak produkowanej energii, dzięki zielonym certyfikatom, dwa razy więcej niż na produkcji prądu z samego węgla. Nic dziwnego więc, że udział współspalania w produkcji prądu ze źródeł odnawialnych wzrósł w latach 2005 - 2009 z 23 do 50 proc.

Problem jednak w tym, że takie spalanie biomasy to bardzo nieefektywna metoda produkcji prądu, dużo mniej wydajna niż w przypadku węgla czy gazu. A jej wspieranie za pomocą systemu zielonych certyfikatów prowadzi do tego, że słabo rozwijają się inne gałęzie energetyki odnawialnej. Biogazowni w naszym kraju jest mniej niż 200, a w Niemczech - 4 tys. Moc zainstalowana elektrowni wiatrowych w Polsce sięga 1,3 tys. MW. Dla porównania: według danych European Wind Energy Association w Niemczech to już 27 tys. MW, w Hiszpanii - 21 tys. MW, we Francji - 5,7 tys. MW, a w Wielkiej Brytanii - 5,2 tys. MW.

A przecież zielone certyfikaty wprowadzano w Polsce po to, żeby w całym kraju powstawało jak najwięcej nowych elektrowni wykorzystujących odnawialne źródła energii: wiatraków, siłowni wodnych, biogazowni itd.

Tymczasem buduje się ich wciąż stosunkowo mało. Zaś na zielonych certyfikatach zarabiają u nas głównie właściciele dużych elektrowni i elektrociepłowni węglowych oraz tych wodnych, które zostały wybudowane dawno temu i już wiele lat temu się zwróciły. To jest główna wada polskiego systemu wspierania rozwoju odnawialnych źródeł energii: że wspiera się produkcję, a nie inwestycje. W Polsce właścicielowi wiatraka państwo zapewnia wsparcie finansowe także wtedy, gdy już ta inwestycja mu się zwróciła.

W Niemczech, które wyprzedzają nas o kilka długości w rozwoju energetyki odnawialnej, tylko na okres zwrotu zainwestowanego kapitału.

Nic dziwnego więc, że przyjęty w Polsce system wspierania energetyki odnawialnej jest bardzo krytykowany, a Ministerstwo Gospodarki zapowiedziało niedawno, że go zmieni. Zmiany mają polegać na tym, że nowe, dopiero budowane albo planowane elektrownie będą mogły liczyć na większą pomoc finansową niż instalacje, które już się zwróciły. Preferencje mają mieć też małe elektrownie, które są mniej opłacalne od dużych. Resort gospodarki nie zamierza jednak na razie wprowadzić zasady, że zielone certyfikaty właściciele elektrowni wykorzystujących źródła odnawialne dostają tylko na okres zwrotu zainwestowanego kapitału. To zaś oznacza, że nie zniknie jedna z głównych wad polskiego systemu wspierania energetyki odnawialnej.

@RY1@i02/2011/068/i02.2011.068.050.0003.001.jpg@RY2@

Fot. Bloomberg

Elektrownie wiatrowe w Polsce nie mogą dostarczać wystarczająco dużo energii - wiatraki kręcą się średnio przez 70 dni w roku

Jacek Krzemiński

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.