Sejm szarżuje z giełdowym obligiem gazowym
Wielokrotne próby reorganizacji sektora gazowego w Polsce były nieprzemyślane i zbyt radykalne. Nie brano pod uwagę realiów, jak ograniczenia i ceny kontraktów importowych czy ceny dla gospodarstw domowych. Także rola polskiego narodowego operatora gazowego na przyszłym rynku jest pomijana milczeniem. To blokowało postęp. Dwa lata temu pisałem o konieczności dostosowania naszych reguł do unijnych wymogów, inaczej Unia w końcu zainterweniuje. Dzisiaj Komisja Europejska oddała sprawy do trybunału, grozi karami finansowymi. Pisałem wtedy: "Szybciej". Ale to nie znaczy, by rzucać się głową w dół do studni, a Sejm wykonuje takie właśnie samobójstwo, ustalając obligo giełdowe, czyli obowiązek sprzedaży przez PGNiG 70 proc. gazu ziemnego na giełdzie.
Nasi prawodawcy wcześniej (projekt z czerwca 2012 r.) proponowali taki obowiązek na poziomie 15 proc., co było zgodne z propozycjami rządowymi. W jakimś szalonym rozpędzie zwiększyli ten poziom do 70 proc. w czasie ostatnich prac. Zmiana jest ogromna, jednak nikt nie pofatygował się nawet, by ją uargumentować (w uzasadnieniu do quasi-nowego projektu dalej jest mowa o 15 proc.). Zastanawiające, że tak radykalne posunięcia są przeprowadzane w formie projektu poselskiego, w przypadku którego nie ma obowiązku przedstawienia oceny skutków regulacji. A warto przecież zastanowić się, jakie one mogą być.
Posłowie działają pod presją Ministerstwa Gospodarki, a to z kolei jest naciskane przez Komisję Europejską. MG boi się kar, które KE może (potencjalnie) nałożyć, jeśli wygra sprawę w Trybunale Sprawiedliwości. Do 70 proc. zachęca, a na pewno nie zniechęca, prezes Urzędu Regulacji Energetyki. Jednak obligo giełdowe nie jest wymagane przez dyrektywę 2009/73/WE, zaś zaległości w implementacji unijnych wymogów można wprowadzić zupełnie inną drogą. Choćby przez odwrócenie sposobu taryfikacji, zwolnienie wszystkich z tego obowiązku i wprowadzenie go jedynie w przypadku odbiorców indywidualnych jako wrażliwych cenowo.
Posłowie tak się jednak rozgrzali wizją giełdy gazu ziemnego, że poprzeczka poszła ostro w górę. Za ostro. Nawet wcześniejsze 15 proc. obowiązku jest poziomem wysokim jak na Europę. Na rynku niemieckim w 2011 r. zaledwie 5 proc. obrotu gazem przeprowadzano na giełdzie, cała reszta to standardowe kontrakty pozagiełdowe zawierane między sprzedającym a nabywcą. Rynek holenderski to 7 proc. sprzedaży przez giełdę, brytyjski - najbardziej płynny i konkurencyjny w UE - to zaledwie (w porównaniu z poselskimi ambicjami) jedna trzecia obrotów realizowanych za pośrednictwem giełdy.
Pierwszymi poszkodowanymi przez ten pomysł będą odbiorcy przemysłowi, szczególnie ci mniejsi, gdyż koszty uczestnictwa przez nich w obrocie giełdowym będą wysokie. Obligo odbierze im także możliwość korzystania z zakupów na rynku OTC. Utracą możliwość elastycznego dostosowywania dostaw gazu do swoich potrzeb, gdyż kontrakty giełdowe są zestandaryzowane i elastyczność odbioru jest zerowa (odbiorca musi odebrać 100 proc. kontraktu). Dla przemysłu krytycznym czynnikiem jest bezpieczeństwo dostaw, ich elastyczność i przewidywalność, dlatego też większość odbiorców przemysłowych w Europie zabezpiecza swoje zapotrzebowanie na gaz w formie zindywidualizowanych kontraktów wieloletnich, regulujących takie kwestie, jak: gwarancja dostaw, jakość usług, elastyczność odbioru, działanie w sytuacjach nadzwyczajnych i kary. Poziom tego bezpieczeństwa po zmuszeniu głównego polskiego dostawcy do oddania całego gazu na giełdę znacząco się obniży.
Dla odbiorców gazu z giełdy pogorszą się także warunki finansowe. Dzisiaj płacą po dostawie, otrzymują kredyt kupiecki, koszty kontraktowe są bliskie zera. Na giełdzie bez opłacenia transakcji z góry nie ma kontraktu. Dochodzą opłaty giełdowe i depozyty zabezpieczające, konieczne dla utrzymania dłuższych dostaw, które będą poważnym obciążeniem dla płynności nawet największych spółek. Marże na sprzedaży gazu stosowane przez PGNiG są znacznie niższe od standardów europejskich, więc obligo giełdowe, wymuszające pojawienie się nowych pośredników w obrocie gazem, to prosta droga do droższego gazu, szczególnie dla małych odbiorców przemysłowych.
Jak widać, z wymuszenia obrotu tak ogromnymi ilościami gazu (o wartości ponad 12 mld zł) na giełdzie raczej nie skorzysta realna gospodarka, ale instytucje finansowe i giełda towarowa.
Dzisiaj część przemysłu ma zawarte bardzo korzystne kontrakty długoterminowe, które po zmianie formuły już takie nie będą. Amerykański przemysł chemiczny właśnie teraz walczy o tanie i przewidywalne na lata dostawy, na których bazie może wytworzyć osiem razy większą wartość dodaną niż z prostego eksportu gazu. Dlaczego nie pójść za tym przykładem, a nie likwidować przewagi konkurencyjne naszych przedsiębiorstw?
Innym efektem tych rygorów będzie utrudnienie inwestycji odbiorców gazu, którym dla finansowania projektów banki wymagają zabezpieczenia długoterminowych (10-15 lat) dostaw gazu. Kontrakty giełdowe nie spełnią tej funkcji, ponieważ maksymalny realny horyzont czasowy zabezpieczenia dostaw, nawet na najbardziej płynnych rynkach europejskich, to 3-4 lata. Utrudnienie to dotknie sektor elektroenergetyczny, ciepłowniczy, wielkiej syntezy chemicznej, stalowy.
A odbiorcy indywidualni? Wprowadzenie obliga nie pozostanie bez skutków i dla nich. Spowoduje nacisk na podwyżki cen dla 6 mln najmniejszych odbiorców, dzisiaj głęboko subsydiowanych. Medialną narrację, że ceny gazu na skutek liberalizacji się obniżą, trzeba włożyć między bajki.
Patrząc na istotną kwestię, jaką rolę będą odgrywać nasze rodzime przedsiębiorstwa na przekształconym rynku, odnosi się wrażenie, że ktoś chce uwolnić rynek od... PGNiG. Spowodować, że pozbędziemy się jednej z największych polskich firm. I to w sektorze strategicznym dla polskich interesów energetycznych. PGNiG jest w trudnej roli, stało się obiektem ataku wielu polityków i publicystów, gdyż jest monopolistą i partnerem handlowym Gazpromu. Jednak dla bezpieczeństwa energetycznego państwa ta spółka ma ogromne znaczenie. Jeszcze długo będziemy kupować rosyjski gaz i potrzebujemy do tego silnej spółki, cieszącej się poparciem państwa.
Obligo giełdowe to system całkowicie sztucznego odebrania PGNiG odbiorców przemysłowych, największego kąska polskiego rynku i oddania go... nie wiadomo jeszcze komu, bo na rynku nie ma podmiotów, które będą w stanie udźwignąć ten obowiązek. Oczywiście pojawią się chętni, jednak przed tym warto zadać sobie pytanie, jakie miejsce na rynku widzimy dla polskiego blue chipa? Czy Polska głosami swoich posłów ma zdegradować jedną z największych polskich spółek do poziomu biura handlowego i dostawcy gazu poniżej kosztów do mieszkań, innym oddając rynek przemysłowy?
Koszty energii, gazu stają się gorącym tematem politycznym. Rząd Bułgarii musiał się podać do dymisji, gdyż wysokie ceny energii przekroczyły wytrzymałość społeczną, spowodowały wielodniowe zamieszki uliczne. Nie ma się co dziwić, obciążenia gospodarstw domowych wydatkami na energię i ciepło przekroczyły tam 10 proc., co jest granicą przyjętego w Unii progu ubóstwa energetycznego, przy których wzrasta ryzyko zalegania z opłatami i odcinania odbiorców. A trzeba pamiętać, że przeciętna polska rodzina również przeznacza 10 proc. swoich wydatków na energię i ciepło, podczas gdy w Wielkiej Brytanii jest to jedynie 3 proc., a w Niemczech - 5 proc.
Przemyślmy ewentualne skutki "gazowej wolności" przed szkodą, a nie po niej.
Ostatnie lata na rynku gazu upłynęły na radykalnych próbach wprowadzenia szybkich zmian. Pod hasłami łamania monopolu może jednak dojść do zmian, które przyniosą podobne skutki jak w Bułgarii
Andrzej Szczęśniak
niezależny specjalista energetyczny
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu