Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

Ustawa o OZE impulsem czy hamulcem ich rozwoju

26 czerwca 2018

W ostatniej dekadzie jesteśmy świadkami niezwykle dynamicznego rozwoju wykorzystania odnawialnych źródeł energii (OZE) w skali całego świata. W przeciwieństwie do paliw kopalnych nie powodują one zanieczyszczeń środowiska, są dostępne - chociaż w różnych proporcjach - niemal we wszystkich krajach świata, a więc zapewniają bezpieczeństwo energetyczne tak w skali lokalnej, jak i dla całego państwa. Ponadto generują bardzo dużo miejsc pracy, mają wielki potencjał dla innowacyjnych rozwiązań i szans eksportowych. Wydawać by się mogło, że te zalety przekonują decydentów rządowych i biznesowych do wspierania tych odnawialnych źródeł energii, które w danym kraju mają największy potencjał rozwoju. Tak dzieje się w wielu państwach na świecie, ale niestety nie w Polsce.

Zamiast, idąc za przykładem kilkudziesięciu innych państw, wprowadzić stałe taryfy za sprzedaną do sieci energię z OZE, Polska zdecydowała się w 2007 r. na zielone certyfikaty, za które sprzedawca energii z OZE otrzymuje wyższą cenę w stosunku do energii ze spalania węgla. Certyfikaty stały się furtką do wprowadzenia na niespotykaną w świecie skalę procederu współspalania węgla z dodatkiem biomasy w wielkich elektrowniach systemowych należących do koncernów energetycznych. Szacuje się, że tą drogą koncerny w minionych siedmiu latach otrzymały od nas wszystkich jako odbiorców prądu kilkanaście miliardów złotych. Trzeba dodać, że zielone certyfikaty nie obejmują producentów ciepła, a ich jednakowa cena powoduje, że nie stanowią bodźca dla bardziej nowatorskich technologii, jak fotowoltaika czy biogazownie. Widać więc, że dotychczasowy system wsparcia został tak silnie wypaczony, że nie spowodował rozwoju najważniejszego segmentu odnawialnych źródeł energii, jakim są mikroinstalacje rozproszone po całym kraju. System ten uniemożliwił im dostęp do rynku i zamknął szansę na rozwój.

Wielkie nadzieje wiązane były z wdrożeniem w Polsce opublikowanej w 2009 r. dyrektywy Unii Europejskiej 2009/28/WE o promocji odnawialnych źródeł energii. Dyrektywa ta powinna zostać implementowana do polskiego prawa w formie specjalnej ustawy do grudnia 2010 r., a tymczasem do dziś nie wyszła jeszcze z budynku Rady Ministrów. Ma ona fundamentalne znaczenie dla modelu rozwoju całego sektora produkcji energii elektrycznej i cieplnej w następnych dekadach, dlatego w oczekiwaniu na jej zapisy w minionych trzech latach zamarły niemal wszystkie inwestycje w tym newralgicznym dla gospodarki, rolnictwa i mieszkalnictwa sektorze. Ministerstwo Gospodarki przedłożyło w tym czasie trzy projekty ustawy i trzeba przyznać, że projekt z października 2012 r. był już dopracowany i powinien zostać możliwie szybko przyjęty przez rząd i parlament. Niestety, tak się nie stało, a tymczasem jesienią 2013 r. wszyscy zostali zaszokowani czwartym projektem ustawy, w którym przedstawiono całkowicie nowy model wsparcia dla OZE, jakim jest system aukcyjny.

O ile projekt ustawy z 2012 r. przewidywał znane z wielu krajów, proste mechanizmy ekonomiczne, takie jak gwarantowana stała taryfa czy premia za zieloną energię dostarczoną do sieci, to aukcje były dotąd próbowane jedynie w kilku krajach, a w UE są obecnie stosowane tylko w Holandii, a i to z miernym skutkiem, a na przykład w Wielkiej Brytanii i na Węgrzech system ten został zarzucony. Ministerstwo Gospodarki reklamuje aukcje jako nowoczesny mechanizm rynkowy, a tymczasem istnieje duże ryzyko, że będzie on prowadził do eliminacji nowatorskich inwestycji i niewielkich, prywatnych przedsiębiorców, a zwycięzcami znowu będą koncerny energetyczne, co pogłębi tylko monopolizację rynku, a nie jego otwarcie na konkurencję. Może się też okazać, że przy niskiej maksymalnej cenie za kilowatogodzinę (ustalonej na 15 lat, choć waloryzowanej) nie będzie śmiałków do podjęcia ryzyka inwestycyjnego, a przy wysokim ryzyku i braku konkurencji system okaże się droższy od dotychczasowego. Warto też podkreślić, że aby przystąpić do aukcji, trzeba już mieć pozwolenie na budowę, wynegocjowaną umowę o przyłączenie instalacji do sieci oraz udowodnione środki do jej realizacji. Projekty takie nie mogą też być wspierane przez jakiekolwiek inne fundusze, co jeszcze bardziej zmniejsza atrakcyjność tego mechanizmu.

I wreszcie problem współspalania biomasy z węglem. Co prawda istniejące instalacje tego typu nie będą mogły brać udziału w aukcjach, ale nowe, budowane specjalnie dla tego celu lub modernizowane, o mocy poniżej 50 MW, będą do aukcji dopuszczone i zapewne wiele z nich będzie zwycięzcami. Stare instalacje będą mogły pracować jeszcze co najmniej do 2021 r., korzystając z lukratywnego dla nich systemu zielonych certyfikatów, z którego zostaną wypchnięte wszystkie inne technologie. A więc plany wygaszania tego antyekologicznego procederu, jakie zapisane były w poprzednich wersjach projektu ustawy o OZE, zostały wykreślone. To najlepiej świadczy o politycznej sile koncernów energetycznych.

Nowy projekt ustawy niemal wyłącznie koncentruje się na wytwarzaniu energii elektrycznej, a tymczasem wiele źródeł energii odnawialnej wytwarza ciepło użytkowe. Takie podejście to błąd, bowiem Polska zobowiązała się do tego, że w 2020 r. 15 proc. energii finalnej brutto będzie wytwarzane przez odnawialne źródła energii. W koszyku nośników tej energii jedynie 27 proc. będzie stanowić energia elektryczna, a ponad 50 proc. ciepło. Ciekawe, w jaki sposób chcemy wypełnić to zobowiązanie (pod groźbą kar) bez systemowego wsparcia dla instalacji OZE produkujących energię cieplną.

I tu dochodzimy do jeszcze jednego, poważnego błędu proponowanych rozwiązań. Dotyczy on prosumentów, czyli osób, które chcą zbudować mikroinstalację OZE głównie na własne potrzeby. Co prawda zostały już zniesione bariery administracyjne dla tego typu przedsięwzięć, ale pozostał zapis, że cena nadwyżek prądu przesyłana do sieci będzie stanowiła zaledwie 80 proc. średniej ceny hurtowej z ubiegłego roku. Polska będzie chyba jedynym państwem na świecie, w którym zielona energia będzie mniej wartościowa niż energia czarna, wytworzona z węgla! Jeśli do tego okaże się, że prosument nie będzie mógł otrzymać wsparcia dotacyjnego na budowę instalacji, a jedynie pożyczkę, to rozwój tak potrzebnej energetyki skrajnie rozproszonej, energetyki obywatelskiej, zostanie skutecznie zahamowany. Czy nie o to właśnie chodzi koncernom energetycznym i legislatorom?

@RY1@i02/2014/027/i02.2014.027.000001400.802.jpg@RY2@

Maciej Nowicki minister środowiska w rządach J.K. Bieleckiego (1991) i D. Tuska (2007-2010)

Maciej Nowicki

minister środowiska w rządach J.K. Bieleckiego (1991) i D. Tuska (2007-2010)

Pełna wersja tekstu na

Pozostało 91% treści
Wybierz pakiet i czytaj bez ograniczeń.

Bądź na bieżąco ze zmianami w prawie i podatkach.
Czytaj raporty, analizy i wyjaśnienia ekspertów.
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.