Polska będzie miała na Pomorzu elektrownię atomową
Decyzja o budowie zapadła - wynika z informacji DGP. Do wyboru są dwie lokalizacje na północy kraju. Brakuje jednak szczegółów finansowania i technologii dla siłowni
- Musimy pokazać Brukseli zeroemisyjną atomówkę, żebyśmy mieli kartę przetargową dla dalszych inwestycji w węgiel - mówi nam jeden z polityków PiS. Taką retorykę przyjmowało również Ministerstwo Energii w ostatnich miesiącach. O takim kompromisie mówi też DGP Zdzisław Gawlik, były minister skarbu w rządzie PO-PSL. Unia dąży do redukcji emisji CO2, a elektrownie atomowe dwutlenku węgla nie emitują.
A co z finansowaniem? Na dziś budowa elektrowni jądrowej przy niskich hurtowych cenach energii będzie bardzo kosztowna. Na 1000 MW mocy (to najmniejsze reaktory przy dzisiejszych technologiach) potrzeba ok. 16 mld zł.
Na razie nie wiadomo, skąd wziąć pieniądze, choć rząd z góry odrzuca kontrakty różnicowe (gdy cena energii jest niższa od rynkowej, możliwa jest dopłata), zastosowane np. w siłowni Hinkley Point w Wielkiej Brytanii. Mówi się po cichu o narodowej zrzutce spółek Skarbu Państwa czy pieniądzach z dywidend, ale decyzji brak.
- Narodowa zrzutka ze strony banków czy PZU spowoduje, że proces finansowania nie będzie przejrzysty i spowoduje słabą kontrolę nad kosztami - mówi DGP Zdzisław Gawlik. Resort energii decyzję w tej kwestii zapowiada do końca roku. Wcześniej mówiono, że sposób finansowania będzie znany do końca czerwca.
Żarnowiec lub Choczewo
Wiadomo natomiast, że w grze pozostają tylko dwie lokalizacje, w których PGE EJ, spółka odpowiedzialna za atomowy projekt, prowadzi badania środowiskowe. To słynny Żarnowiec, gdzie już raz w latach 80. budowaliśmy siłownię jądrową, oraz gmina Choczewo. - Nie rozważa się innych lokalizacji - zapewnia nas Mariusz Kozłowski z biura prasowego resortu energii.
Na świecie pracuje 446 bloków jądrowych w 30 krajach (stan na 27 lipca 2017 r.). W budowie znajduje się 61 bloków, a ponad 160 jest planowanych. Produkcja energii elektrycznej w elektrowniach jądrowych stanowi ok. 11,5 proc. globalnej produkcji prądu.
Atomowe przyspieszenie w Polsce jest niezbędne z jeszcze jednego powodu - na mocy unijnych przepisów musimy zacząć wyłączać najstarsze bloki węglowe (np. do końca roku przestanie działać elektrownia Adamów należąca do ZE PAK), grożą nam niedobory mocy (mimo budowy nowych bloków węglowych w Opolu, Kozienicach, Jaworznie czy Turowie), a zapotrzebowanie na energię elektryczną rośnie. PSE Operator poinformował właśnie o kolejnym rekordzie zapotrzebowania na moc - 1 sierpnia o godz. 13.15 wyniosło ono 23215 MW (poprzednie z 28 czerwca to 22833 MW).
Małe czy duże reaktory
Ważne jest też pytanie o pochodzenie technologii atomowej. Francuzi i Amerykanie budują z ogromnymi opóźnieniami (fiński reaktor Olkiluoto budowany przez Francuzów ma prawie 10 lat poślizgu i jest trzy razy droższy, niż zakładano). Rosjanie są punktualni, ale ich technologia w ogóle nie jest brana u nas pod uwagę. A reaktorów z Chin i Korei w Europie nie ma. Oczekiwane reaktory IV generacji (dzisiaj mamy III i III+) wejdą do komercyjnego użytku za ok. 20 lat. Jeszcze później w użyciu przemysłowym pojawią się HTR, czyli reaktory wysokotemperaturowe, chłodzone nie wodą, a gazem. 100 MW takiej mocy badawczej może zbudować KGHM. Projekt został zgłoszony przez resort rozwoju w lipcu na polską listę do planu Junckera.
- Bardziej sensownym rozwiązaniem z dzisiejszego punktu widzenia, także finansowego, byłyby SMR, czyli reaktory o małej mocy, maksymalnie do 350 MW. Ale w technologii, jaka jest używana obecnie. Tyle że i tutaj wciąż prowadzi się tylko badania - mówi DGP prof. Konrad Świrski z Politechniki Warszawskiej.
Pojawia się też pytanie o TSO, czyli zespół techniczny, który musi ocenić dokumentację i analizy techniczne projektu, także pod kątem bezpieczeństwa. W atomowych krajach przy takich projektach są nawet po dwa zespoły, ich koszty liczone są w dziesiątkach milionów złotych. Na podstawie ich analiz regulator podejmuje stosowne decyzje. W Polsce regulatorem jest Państwowa Agencja Atomistyki (PAA).
- W projekcie zmian do ustawy - Prawo atomowe proponowane są rozwiązania w zakresie TSO. Projekt ustawy jest obecnie na etapie uzgodnień rządowych, potem trafi do parlamentu - mówi nam Monika Kaczyńska z PAA. W projekcie znalazł się zapis o planowanych nakładach na TSO w latach 2018-2027 na łącznym poziomie ok. 85 mln zł. - Po wejściu w życie ustawowych zmian TSO zostanie powołane - zapewnia Mariusz Kozłowski.
@RY1@i02/2017/149/i02.2017.149.00000020a.802.jpg@RY2@
Historia polskiego atomu
OPINIA
Z czego wynika niemożność
@RY1@i02/2017/149/i02.2017.149.00000020a.801.jpg@RY2@
Marek Tejchman zastępca redaktora naczelnego
Imposybilizm jest klątwą, która wisi nad Polską od lat. Nieumiejętność przełamania wewnętrznych ograniczeń. Niewidzialnych lin, pętających polską politykę, gospodarkę, życie społeczne. Zjawisko imposybilizmu w narracji obecnej ekipy jest uzasadnieniem dla konieczności przeprowadzania kontrowersyjnych zmian ustrojowych.
O ile jednak łatwo jest pokazywać polityczną siłę i wolę w sejmowych bojach czy szumnych pogróżkach wysyłanych do naszych strategicznych partnerów, o tyle niestety w kwestii podejmowania racjonalnych, odpowiedzialnych i trudnych decyzji gospodarczych obecnej ekipie idzie nie lepiej niż poprzednikom.
Doskonałym przykładem jest kwestia naszej długoterminowej strategii energetycznej i roli atomu w jej realizacji. W tym wypadku nie da się uniknąć konfliktu interesów wielu grup. Albo uderzymy w górników, albo w pracowników sektora automotive, albo w ekologów, albo w relacje z naszymi głównymi partnerami gospodarczymi. Albo w końcu w interesy dużych spółek Skarbu Państwa czy też rosnący sektor zielonej energii.
W tym obszarze nie ma decyzji bezbolesnych. Inwestycja realizowana przez lata i funkcjonująca przez kolejne dekady, mimo najlepszych wyliczeń, może się okazać nieopłacalna i szkodliwa.
Dlatego z punktu widzenia rządu najlepiej decyzji nie podejmować. Żyjemy w państwie niepotrafiącym zachować ciągłości instytucjonalnej, która by przekraczała jedną kadencję parlamentu. Zmiana ekip oznaczała i będzie oznaczać kolejne otwarcia sezonu polowań na poprzedników, którym udowadnia się błędy i złą wolę. Pal licho, jeżeli sprawa dotyczy tylko politycznych liderów. Gorzej, jeżeli zaczyna spadać na średni i niższy szczebel menedżerów zarządzających w sferze publicznej.
Tacy ludzie niczym żołnierze na placu boju po zmianie dowództwa zostawiani są bez wsparcia. Po czymś takim skłonność do podejmowania ryzyka wyparowuje. Żeby przełamać imposybilizm w gospodarce, nie potrzebujemy zmiany konstytucji czy ustroju. Potrzebujemy zaufania i poczucia, że państwo jest jedno. Niezależnie, czy rządzi nim PO, PiS czy SLD. I że państwo zawiera umowy na lata, a swoim instytucjom ufa, rozwijając je ponadpartyjnie. Dopiero mając świadomość takiego komfortu, można podejmować odważne i zarazem ryzykowne decyzje. ⒸⓅ
Karolina Baca-Pogorzelska
@BacaPogorzelska
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu