Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Energetyka

Bez rynku mocy nie zreformujemy energetyki

Ten tekst przeczytasz w 3 minuty

Pomysł płacenia elektrowniom nie tylko za produkcję prądu, lecz także za gotowość do niej nie jest niczym nowym. W Polsce dyskusje na ten temat trwają od 2010 r.

@RY1@i02/2017/076/i02.2017.076.000001500.801.jpg@RY2@

Jesienią 2016 r., po roku negocjacji, Komisja Europejska wydała Francji zgodę na wprowadzenie rynku mocy, uznając, że jest zgodny z unijnymi regułami pomocy publicznej. Tak bowiem należy traktować sytuację, gdy państwo płaci także za gotowość do produkcji prądu. W przypadku Francji są to certyfikaty emitowane przez producentów, a w przypadku Wielkiej Brytanii, która zgodę na rynek mocy ma od 2014 r., są to aukcje, w których operator systemu przesyłowego wykupuje dostęp do określonej ilości mocy.

Po co ta cała operacja? Pieniądze z rynku mocy są dla producentów bodźcem inwestycyjnym. Ma to również pozwolić na koordynację decyzji o budowie nowych siłowni i wycofywaniu przestarzałych. Mechanizm ten ma także stworzyć warunki do rozwoju odnawialnych źródeł energii, które potrzebują zaplecza w postaci źródeł konwencjonalnych.

- Rynek mocy to rozwiązanie na jedną, półtorej dekady. Sama reforma nie wystarczy, by zapewnić bezpieczeństwo dostaw energii w najbliższych latach. Z rynkiem mocy ceny energii będą stabilniejsze, a pewność dostaw większa - mówi Andrzej Midera, zastępca dyrektora departamentu usług operatorskich w PSE. - Nie możemy mówić, że koszty tego rozwiązania oznaczają droższą energię. Potencjalny deficyt, który może wystąpić bez niego, będzie ryzykowny dla PKB. Według aktualnych prognoz już od 2020 r., a najpóźniej od 2023 r. może wystąpić niedobór wymaganych rezerw mocy w krajowym systemie elektroenergetycznym. Musimy budować nowe moce wytwórcze - tłumaczy.

Polska w najbliższych latach musi wyłączyć bloki o mocy około 7 GW, niespełniające unijnych wymagań. Uruchomienie rynku mocy pozwoliłoby zbudować nowe siłownie i zmodernizować istniejące.

Resort energii pod koniec ubiegłego roku opublikował projekt ustawy, z którego wynika, że wprowadzenie tego mechanizmu kosztowałoby Polaków 2-3 mld zł rocznie. Jednak z wyliczeń ekspertów Deloitte i Energoprojektu-Katowice wynika, że wprowadzony po 2020 r. rynek mocy kosztowałby nas ok. 4,1 mld zł rocznie, co oznacza prawie 32 zł na 1 MWh prądu. Gospodarstwo domowe w Polsce zużywa rocznie przeciętnie 2-2,5 MWh. Oznaczałoby to więc o 64-80 zł wyższy rachunek za prąd.

Ostateczny kształt rozwiązań wciąż jest dyskutowany. Nie wiadomo, jak potoczą się nasze rozmowy z Brukselą na ten temat. Zwłaszcza że w pakiecie zimowym, czyli projektach nowych unijnych dyrektyw energetycznych, które mają obowiązywać po 2020 r., pojawiły się restrykcyjne kryteria emisji CO2 dla rynku mocy, mówiące o maksymalnie 550 g CO2 na 1 kWh. To w praktyce zupełnie eliminuje z tego mechanizmu elektrownie węglowe. A Polska produkuje dziś 83 proc. energii elektrycznej z "czarnego złota" i chce rynkiem mocy wspierać przede wszystkim instalacje węglowe.

Energetyka będzie jednym z tematów szeroko omawianych podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego, który odbędzie się między 10 i 12 maja w Katowicach.

Karolina Baca-Pogorzelska

karolina.baca@infor.pl

@BacaPogorzelska

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.