Rynek sobie poradzi, ale Arabia Saudyjska ma duży kłopot
Skuteczny militarny atak na instalacje naftowe w rejonie Zatoki Perskiej od lat jest postrzegany jako najgorsza rzecz, jaka może się wydarzyć na rynku ropy. Ten wariant się spełnił, ale apokalipsy nie wywołał
Po atakach uszkodzeniu uległy najważniejsze instalacje naftowe w Arabii: przede wszystkim ogromny zespół rafinerii Bukajk, których naprawę rozpoczęto już wczoraj. Zdaniem cytowanego przez Bloomberga Boba McNally z Rapid Energy Group to prawdopodobnie najcenniejsza nieruchomość na świecie. Inni analitycy z branży porównują to, co się stało, do nagłego ataku serca. Bo zbombardowane instalacje od lat były uważane za serce globalnego systemu naftowego. W efekcie Arabia Saudyjska musiała zmniejszyć swoje wydobycie ropy o połowę, czyli o 5,7 mln baryłek dziennie. To 5 proc. całego globalnego wydobycia. Skala zakłóceń w wydobyciu i produkcji ropy jest największa w historii. A mimo to rynek finansowy nie zareagował paniką.
Cena baryłki najważniejszego na rynku europejskim gatunku ropy Brent wzrosła w nocy z niedzieli na poniedziałek, kiedy tylko wznowiono notowania po weekendzie o 19 proc. – z 60 do 71,6 dol. Była to największa jednodniowa zmiana ceny na tym rynku, odkąd istnieje handel kontraktami terminowymi na ropę, czyli od 1988 r. Kluczowe jest jednak to, że po tym początkowym skoku w kolejnych godzinach cena ropy zaczęła się obniżać, zbliżając się do poziomów sprzed ataków. Już o dziewiątej rano naszego czasu sięgnęła 65 dol., czyli „oddała” ponad połowę początkowego wzrostu. To nadal oznaczało bardzo duży dzienny wzrost notowań: o 8 proc., ale jednocześnie nie mogło być już mowy o żadnym przełomie na rynku. Ropa w tej chwili kosztuje mniej więcej tyle samo, co w lipcu. A rok temu, gdy kosztowała 80 dol. za baryłkę, była o prawie 20 proc. droższa. Nowego „szoku naftowego”, przynajmniej jak do tej pory, nie ma.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.