Obama rozlicza rekiny finansjery. Pensje w dół nawet o 90 procent
Amerykański prezydent skontroluje, jak największe korporacje wykorzystały miliardy dolarów państwowej pomocy
Barack Obama rozpoczyna rozliczenia z gigantami finansjery i motoryzacji.
Departament Skarbu ogłosił, że obetnie - w radykalnych przypadkach nawet aż o 90 proc. - pensje menedżerów korporacji, które mimo przyjęcia pomocy państwa w ramach tzw. bailoutu nie potrafią wydźwignąć się z tarapatów.
Polityka uderzenia po kieszeni korporacyjnych krezusów ma udowodnić, że rząd nie rozdaje pieniędzy za darmo. Dzień wcześniej Barack Obama ostro atakował krótkowzroczne elity z Wall Street i przekonywał do konieczności ratowania amerykańskiego small biznesu.
Obniżka nawet o 90 proc.
O prezydenckiej krucjacie przeciw elitom managementu głośno zrobiło się wczoraj, gdy do prasy wyciekły szczegóły radykalnego projektu cięć przygotowanego przez ekipę sekretarza skarbu Tima Geithnera.
Zakłada on obniżenie dochodów kierownictw siedmiu firm objętych największym bailoutem. Chodzi o dotychczasową elitę elit, która do tej pory trzęsła amerykańską gospodarką: Citigroup, Bank of America, American International Group, General Motors, Chryslera oraz finansowo-kredytowe ramiona tych ostatnich - General Motors Acceptance Corporation i Chrysler Financial.
Korporacje te w ramach tzw. planu Paulsona (sekretarza skarbu w ekipie George’a W. Busha - red.) dostały 250 mld dol. na wykup toksycznych długów. Rządowe wsparcie dla gigantów Wall Street i samochodowego zagłębia z Detroit obejmowało również specjalny fundusz na ratowanie firm: Troubled Assets Relief Program.
Pensje 25 najwyższych rangą menedżerów tych korporacji - których roczne pensje sięgają nawet 120 mln dol. - zostaną obniżone nawet o 90 proc. Kolejna setka z listy Geithnera zarobi jedynie o 40 proc. mniej.
Na tym jednak nie koniec. Zupełnie inaczej będzie wyglądał model wynagradzania dyrektorów poprzez przyznawanie akcji przedsiębiorstw. Dyrektorzy nadal będą dostawać papiery wartościowe. Jednak tym razem bez opcji szybkiej sprzedaży (akcje zostaną zamrożone nawet na 7 lat). Ma to ustrzec firmy przed spekulacyjną grą szefów. Zwolennicy pomysłu ekipy Obamy przypominają, że jednym z powodów ubiegłorocznego załamania były inwestycje i kredyty zbyt wysokiego ryzyka, które forsowała żądna jak największych zysków ze sprzedaży przeszacowanych akcji kadra kierownicza.
Najbardziej populistyczną propozycją jest zobowiązanie menedżerów do każdorazowego składania pytania w Departamencie Skarbu o zgodę na skorzystanie z firmowych odrzutowców, limuzyn, ekskluzywnych klubów golfowych czy na zorganizowanie przyjęć i lunchów.
Londyn też uderza w premie
Na podobne rozwiązania gotowy jest także rząd w Wielkiej Brytanii. W tamtejsze firmy oraz banki też wpompowano dziesiątki milionów funtów, by uratować je przed plajtą pociągającą za sobą wyrzucenie tysięcy pracowników na bruk.
Lord Myners, odpowiedzialny w rządzie brytyjskiego premiera Gordona Browna za nadzorowanie londyńskiego City, ostrzegł przedwczoraj menedżerów, by nawet przez myśl nie przeszło im przyznawanie sobie premii czy nagród.
- Jakikolwiek zysk wypracowywany przez te firmy jest urobkiem z inwestycji podatnika, więc to jemu należy się ewentualna dywidenda - stwierdził.
Dodał także, że jeśli firmy nie zastosują się do jego wskazówek, to gabinet gotów natychmiast przedsięwziąć radykalne środki prewencyjne. - Podatnik nie będzie traktowany jak dobra wróżka, która spełnia marzenia biznesmenów - dodał Lord Myners.
Najważniejszy small biznes
Większość Amerykanów na sprawę patrzy jak Lord Myners. - Popierają ingerencję w zasady rządzące Wall Street, bo wiedzą, że pieniądze na pomoc poszły z ich podatków. W powszechnej świadomości to coś w rodzaju stanu wyjątkowego, kiedy prawa wolnego rynku można zawiesić - komentuje w rozmowie z nami Karen Kaufmann z Uniwersytetu w Maryland.
Rozliczenie Wall Street z podarowanych pieniędzy i ograniczenie pensji menedżerom to drugi w ostatnich dniach ruch prezydenta Obamy. Przedwczoraj zapowiedział, że rząd pomoże małym i średnim przedsiębiorstwom, które dają zatrudnienie ponad połowie Amerykanów zatrudnionych poza budżetówką.
Na początek uruchomione zostaną fundusze na pomoc dla skromnych, lokalnych banków i kas pożyczkowych, których aktywa nie przekraczają miliarda dolarów.
218 mln
dolarów nagrody przyznało sobie w marcu kierownictwo AIG, mimo że firmie wciąż groziło bankructwo
Najpotężniejsi menedżerowie Ameryki: kiedyś elita elit, teraz na cenzurowanym
Fritz Henderson, prezes General Motors
Firma dostała pomoc przekraczającą 40 mld dol.
Po nacjonalizacji należy do amerykańskiego Departamentu Skarbu oraz rządu Kanady. Henderson, kiedy przejmował stery koncernu General Motors, zgodził się na obniżenie pensji z 1,3 mln dol. do 1 mln. Teraz dostanie jedną dziesiątą tej sumy.
Ray Young, dyrektor finansowy Chryslera
Słynny producent samochodów wystąpił do sądu o upadłość naprawczą (tzw. rozdział 11 prawa o bankructwie). W ramach restrukturyzacji 20 proc. jego udziałów (z opcją kolejnych 15 proc.) przejął włoski gigant Fiat, który ma zastosować nowoczesne metody zarządzania. Youngowi obcięto na razie pensję o 15 proc., do 720 tys. dol.
Andrew Hall, szef Phibro, odnogi Citigroup
Citigroup, jedna z firm, dla których zeszłoroczny bailout okazał się szczególnie zbawienny, dostała zapomogę w wysokości 45 mld dol. W zamian oddała swoje akcje warte 27 mld dol. Hall miał dostać 100 mln dol. nagrody. Tymczasem Citigroup sprzedała Phibro firmie Occidental Petroleum, która zamroziła wypłatę gigantycznego bonusu.
Kenneth D. Lewis, prezes Bank of America
Bank of America dostał z bailoutu podobną kwotę jak Citigroup. W związku z tym, że firma dalej ponosiła straty, Departament Stanu zmusił władze banku, by nie wypłacały żadnych bonusów prezesowi BoA. Jednak władza Tima
Geithnera nie sięga tak daleko, by pozbawić prezesa tej firmy środków z funduszu emerytalnego, czyli 70 mln dol.
Robert Benmosche, prezes American International Group
Gigant na rynku ubezpieczeń stracił płynność finansową we wrześniu 2008 r. Rezerwa Federalna pospieszyła mu z pomocą, otwierając linię kredytową wartą 85 mld dol.
AIG wciąż szastała pieniędzmi, więc dotkną ją wyjątkowe cięcia. Prezes otrzyma tylko 200 tys. dol. zasadniczej pensji.
Vikram Pandit, prezes Citigroup
Pandit zachował się dość osobliwie jak na grubą rybę z Wall Street. W minionych latach odbierał pobory na poziomie 38 mln dol. Teraz sam zdecydował, że nadszedł czas na ograniczenie pensji. - Dopóki nie wyjdziemy na prostą, nie będę brać więcej niż milion - zeznał przed senacką komisją Pandit.
Radosław Korzycki
radoslaw.korzycki@infor.pl
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu