W czasie kryzysu państwo powinno pomóc bankom ożywić akcję kredytową
prezes Związku Banków Polskich
- Parę twardych danych, by obalić część mitów. Należności banków na koniec stycznia 2009 w porównaniu z końcem 2008 r. wzrosły z 638 do 666,6 mld zł. Kredyty dla gospodarstw domowych wzrosły z 372 do 389,1 mld zł, dla firm z 225 do 233,4 mld zł. W przypadku instytucji samorządowych odnotowaliśmy wzrost z 17 mld zł do 20,6 mld zł. Teraz kredytowanie mieszkalnictwa w IV kwartale ub.r., kiedy mieliśmy już kryzys: banki udzieliły kredytów na kwotę 13,18 mld zł, ponad 7 proc. mniej niż w ostatnim kwartale 2007 r. Ilościowo spadek wyniósł zaś 13,4 proc.
W grudniu zadaliśmy bankom - które łącznie mają 64-proc. udział w rynku kredytowym - pytanie, jakie są ich zdaniem prognozy na rok 2009? Uzyskaliśmy odpowiedź, że możemy oczekiwać 10-, 11-proc. wzrostu akcji kredytowej. Zdecydowana większość miała dotyczyć kredytów dla gospodarstw domowych, wzrost akcji kredytowej dla firm powinien się wahać w granicach 2 proc. Zdaniem bankowców największy problem z dostępem do kredytów będzie dotyczył największych firm oraz małych i średnich przedsiębiorstw z tych branż, które na arenie międzynarodowej mają największe kłopoty finansowe.
Postawiliśmy następujące tezy: polskiemu sektorowi bankowemu brakuje dostępu do długoterminowych pasywów zarówno na rynku krajowym, jak i międzynarodowym, by istotnie zwiększać akcję kredytową. Tym bardziej że wiemy, iż potrzeby kredytowe budżetu państwa w 2009 r. istotnie wzrosną. Rozpoczęliśmy intensywne rozmowy z rządem i NBP, by wesprzeć mobilizowanie środków do kreowania akcji kredytowej. Zaczęły już pozytywnie działać elementy z pakietu zaufania, ale to instrumentarium okazało się niewystarczające. Istnieje pilna potrzeba, by NBP, wzorem innych banków centralnych, istotnie zwiększył podaż pieniądza rezerwowego na cele kredytowe. Rząd powinien pomagać NBP w tych działaniach, wspierając fundusze poręczeniowo-gwarancyjne działające na szczeblach centralnych i lokalnych. Część klientów, głównie małych i średnich firm, nie może otrzymać kredytu, bo nie ma zdolności kredytowej. Mają wiarygodność, mają dobry projekt, ale nie mają owej zdolności. W takim przypadku trzeba zwiększać potencjał funduszy pożyczkowych.
Zdajemy sobie sprawę, że część przedsiębiorców na skutek perturbacji rynkowych będzie miała kłopoty finansowe. Trzeba się przymierzyć do restrukturyzacji tych długów, które będą niespłacone wobec sektora bankowego na skutek zaburzeń w gospodarce europejskiej i światowej. Trzeba zmodyfikować rozwiązania podatkowe, by banki mogły sprzedać wierzytelności oraz wprowadzić rozwiązania pozwalające na szybkie układanie się banków z przedsiębiorcami. Sektor bankowy jest zainteresowany kredytowaniem na skalę swoich możliwości. Żeby banki mogły kredytować firmy na większą skalę, trzeba realizować sygnalizowane przez rząd i bank centralny programy wsparcia, o które od miesięcy wnosi sektor bankowy.
prezes Dom Development
- Uzyskanie obecnie kredytowania jest niezwykle trudne. Nasza branża nie cieszy się w tej chwili sentymentem banków. Problem leży jednak głębiej. Kwestia zasadnicza to przede wszystkim brak popytu. W tej chwili problemem są nie tylko kredyty na bieżącą działalność. Tak naprawdę chodzi o to, by nie doszło do zapaści w branży. Popyt na nowe mieszkania wynosi zaledwie 15-20 proc. sprzedaży roku zeszłego, licząc styczeń do stycznia. W takiej sytuacji nie ma sensu finansować nowych projektów. Obecnie w bankach klimat jest taki, że poza projektami już finansowanymi, które trzeba dokończyć, nie ma szans na kredyt na nowe inwestycje.
prezes Polskiej Rady Biznesu
- Zgadzam się, że popyt ustał. A stało się tak, dlatego że w minionych latach wielu nabywców mieszkań brało tańszy kredyt w euro czy frankach szwajcarskich i teraz, przy wysokim kursie, mają problem. Ich panika skutecznie ostudziła apetyty nowych klientów. Teraz klienci, którzy mogliby się stać stroną popytową, słysząc prognozy, że mieszkania w Polsce potanieją o 20, 30, a może nawet 50 proc., wstrzymują się z zakupami. W mojej opinii, jeżeli na rynku będzie podaż mieszkań tańszych, będzie to wysyp mieszkań przejętych przez banki od tych klientów, którzy nie będą w stanie udźwignąć zobowiązań kredytowych. Jako deweloper nie dziwię się bankom, że będą patrzyły, czy finansować deweloperów, ponieważ sytuacja jest bardzo niepewna. Ten rok wyczyści połowę firm deweloperskich - nie będą w stanie utrzymać się na rynku. Popyt wciąż czeka na spadek cen. Jeżeli w Warszawie mieszkanie miałoby kosztować 3,5-4 tys. zł za mkw., oznaczałoby to, że większość deweloperów będzie traciła, bo koszt wybudowania mieszkania wynosił najmniej 4,5 tys. zł za mkw.
doradca prezesa Polkomtelu
- Ogólna atmosfera, jaka panuje wokół udzielania kredytów, powoduje wśród firm niepewność co do tego, na jakie finansowanie mogą liczyć. Jako przedsiębiorcy widzimy, że banki mocniej się zastanawiają, zanim zdecydują się udzielić kredytu. Jesteśmy rozczarowani kosztem kredytu. Oczekiwanie były takie, że wraz z cięciami stóp procentowych koszt pozyskania pieniądza na rynku będzie spadał. Jednak to, co obniżył bank centralny, częściowo zostało zjedzone przez niższe obniżki WIBOR-u i przez wzrost marż. Dlatego koszt kredytu jest na takim samym poziomie jak kilka miesięcy temu, a o kredyt jest znacznie trudniej.
Z punktu widzenia takiej firmy jak nasza, która nie odczuwa spadku popytu na usługi, bardziej istotne jest to, by Polska była bardziej stabilna ekonomicznie w dłuższym okresie, niż żeby z dnia na dzień zapobiegać spowolnieniu gospodarczemu. Nas bardziej dotyka słaby złoty, gdyż przy dalszej deprecjacji złotego musimy się liczyć ze spadkiem konsumpcji, a tym samym popytu na nasze usługi.
prezes Banku Zachodniego WBK
- Mówiąc o akcji kredytowej, nie możemy abstrahować od tego, co się dzieje na rynku depozytowym. Na koniec roku wskaźnik kredytów do depozytów w całym sektorze wynosił 108 proc. Obecnie na rynku międzybankowym nie ma pieniądza hurtowego albo jest on bardzo drogi. W związku z brakiem płynności na rynku hurtowym rosną stopy depozytowe, co automatycznie przekłada się na spadek rentowności banku: spada wskaźnik kapitałowy, spada możliwość udzielania kredytów. Obecnie głównym problemem wszystkich banków jest płynność. Banki mają krótkoterminowe finansowanie: z NBP i z depozytów ludności. Ale jeżeli kredyty konsumpcyjne średnio trwają dwa lata, hipoteczne 7-8 lat, inwestycyjne pięć lat, a obrotowe 2-3 lata, to pieniądz jedno-, dwu- czy trzymiesięczny nie jest w stanie rozwiązać problemu finansowania kredytów. Zgadzam się z prezesem Pietraszkiewiczem: na rynku brakuje długoterminowego finansowania, które pozwoliłoby bankom zwiększyć akcję kredytową.
Kolejny problem to ryzyko kredytowe, które zawsze rośnie w momencie spowolnienia gospodarczego czy w recesji. A Polska jest w okresie przedrecesyjnym, nasz tegoroczny wzrost gospodarczy będzie oscylował koło zera, a może być nawet ujemny. Nie jest tak, że my, jako banki, zaostrzamy automatycznie procedury kredytowe, spada też popyt na kredyt ze strony samych firm, które ograniczają zadłużenie. I te wszystkie cztery czynniki: drogie depozyty, brak płynności długoterminowej, rosnące ryzyko kredytowe i mniejszy popyt składają się na wyhamowanie akcji kredytowej.
wiceprezes PKO BP
- Zaszła ogromna zmiana. W 2007 r. sektor bankowy miał ponad 15 mld zł nadwyżki, obecnie mamy lukę w wysokości 50 mld zł: jako banki w 2008 r. udzieliliśmy więcej kredytów, niż posiadaliśmy depozytów. Co oznacza, że mieliśmy dostęp do finansowania zewnętrznego, czy to w formie pożyczek od spółek-matek, czy w formie emisji obligacji. W tej chwili te rynki zostały odcięte. A to oznacza, że tempo wzrostu akcji kredytowej wyznacza potencjał polskiego rynku akumulacji oszczędności na depozyty. Instytucje publiczne mogą się włączyć, pomagając uwolnić istniejące w bilansach banków środki, które można by przeznaczyć na akcję kredytową.
Spowolnienie gospodarcze oznacza wzrost ryzyka. Każdy przedsiębiorca, a w tym również bank, musi w takiej sytuacji uwzględnić, że trudniej mu będzie realizować jego biznesplan, podobne problemy będą mieli jego klienci. Stąd większe ryzyko, jakie muszą brać na siebie banki. Rodzi się pytanie, czy części tego ryzyka nie powinien wziąć na siebie sektor publiczny w formie gwarancji rządowych czy przez dofinansowanie niektórych projektów.
były wiceminister finansów
- Zgadzam się, że powinniśmy rozszerzyć pakiet zabezpieczeń akceptowanych przez bank centralny. Trzeba pomyśleć o bardziej konkurencyjnych warunkach przyznawania przez NBP kredytów zasilających sektor bankowy pod zabezpieczenie obligacji Skarbu Państwa, które się znajdują w portfelach banków komercyjnych. Dziś te warunki są mało konkurencyjne w stosunku do tego, co banki mogą uzyskać, idąc po płynność do EBC. Pracujemy wspólnie z NBP nad zwiększeniem płynności sektora, gdyż zgadzamy się, że operacje otwartego rynku są niewystarczające.
Chciałabym się skupić na drugim elemencie pakietu antykryzysowego: kwestii gwarancji i funduszy pożyczkowo-gwarancyjnych oraz roli BGK, przed którym zostało postawione olbrzymie zadanie w realizacji programów rządowych i udzielania gwarancji. Na finiszu są prace nad pierwszą ustawą z pakietu antykryzysowego: o wsparciu dla instytucji finansowych. Trwają prace zespołu roboczego ZBP i MF w sprawie umowy ramowej o wspieraniu instytucji zagrożonych brakiem płynności finansowej, co rozwiązałoby problem wizerunkowy tych instytucji, które po takie wsparcie zwróciłyby się w przyszłości. Jednym z ważniejszych rozwiązań, nad którym pracujemy, będzie udzielanie gwarancji rządowych dla instrumentów dłużnych banków, oferowanych w celu pozyskania płynności lub kapitału. W przeszłości, z powodu nadpłynności całego sektora, takie rozwiązania nie były praktykowane przez nasze banki, ale w państwach Europy Zachodniej czy w Stanach Zjednoczonych były one z powodzeniem stosowane.
Jest projekt dokapitalizowania BGK, by w większym zakresie mógł udzielać gwarancji i poręczeń dla sektora bankowego. Zgodnie z planami, BGK ma zostać dokapitalizowany kwotą 5 mld zł, co pozwoli mu zwiększyć potencjał gwarancyjny. Limit gwarancji Skarbu Państwa, zapisany w ramach ustawy budżetowej na ten rok, to 40 mld zł, w 2008 roku wynosił 15 mld zł, a wykorzystaliśmy tylko 3 mld zł. Zapotrzebowanie na gwarancje wzrośnie, stąd zwiększenie limitów. Wszystkie ustawy uzyskały status szybkiej ścieżki legislacyjnej, w ciągu miesiąca powinny wyjść z Sejmu.
- Przygotowana przez rząd ustawa o wsparciu instytucji finansowych jest wadliwa. Bank, który jest w dobrej sytuacji, a zechce skorzystać ze wsparcia rządu, musi zadeklarować na kilka lat niedzielenie dywidendy, zamrożenie wynagrodzenia dla kadry. Nie widzę możliwości, żeby jakikolwiek bank zdecydował się na przyjęcie takich zobowiązań. Takie rozwiązanie budzi też wątpliwości natury prawnej.
wiceprezes Banku Handlowego
- Banki budują strategię na lata kryzysu. Oczywiście żadna instytucja finansowa nie może pozwolić sobie na to, by się zatrzymać: zamrozić akcję kredytową czy depozytową lub zaprzestać poszukiwania nowych klientów.
Kiedy banki się spotykają na nieformalnych spotkaniach, to każdy zadaje pytanie: będziesz rósł o kilka procent czy będziesz się kurczył? Poszukiwanie odpowiedzi nie jest łatwe, gdyż nie wiemy, jakie będą efekty przyjętego na jesieni ubiegłego roku planu stabilności i rozwoju. Brak aktów wykonawczych powoduje, że banki wstrzymują się z pewnymi działaniami. Drugim powodem wyhamowania kredytów jest sytuacja na rynku walutowym. Gwałtowna deprecjacja złotego sprawiła, że banki zaczynały już myśleć schematami kryzysowymi. Konieczne są więc działania, które przyczyniłyby się do większej stabilizacji na tym rynku.
Nie możemy też zapominać o płynności. W ubiegłym roku wystąpiła nierównowaga bilansu sektora bankowego. Mieliśmy grupę banków, która bardzo skutecznie ściągała pieniądze z rynku, jeszcze przed wybuchem wojny depozytowej na jesieni ub.r. Ale były banki pozbawione bazy depozytowej, a mimo to bardzo aktywnie włączające się w akcję kredytową. Dzisiaj nagle te banki zniknęły z rynku kredytowego, co przede wszystkim widać na rynku kredytów mieszkaniowych. By przywrócić tę równowagę, zarówno jeśli chodzi o kredyty hipoteczne, ale także segment małych i średnich firm, leasing czy faktoring, ożywczą rolę mogłaby spełniać sekuratyzacja tych zobowiązań. Głównym pytaniem jest: czy są inwestorzy? Wzorem państw zachodnich taką rolę mogłyby odgrywać instytucje rządowe czy pararządowe albo właśnie BGK. Oczywiście pod pewnymi warunkami, jak np. uruchomienie uzyskanej w ten sposób płynności na akcję kredytową.
Ryzyko kredytowe to główny element, którym próbuje się wytłumaczyć brak kredytów. Rozróżniłbym finansowanie inwestycyjne i obrotowe. Nie widzę problemu w pozyskiwaniu przez duże firmy finansowania inwestycyjnego, ale warunki będą już inne niż rok temu, co zapewne w wielu przypadkach będzie skutkowało przesunięciem inwestycji. W przypadku finansowania obrotowego większe znaczenie będzie miała branża, w jakiej działa firma. Poszczególne gałęzie gospodarki są i będą różnie definiowane przez banki ze względu na ryzyko. Dlatego w pierwszym rzędzie wszelkie inicjatywy pomocowe powinny objąć słabsze branże, które będą miały trudności z pozyskaniem finansowania.
- Po stronie depozytowej można by ograniczyć wysokość depozytów oferowanych przez banki np. do wysokości stopy lombardowej. By poprawić płynność, należałoby obniżyć poziom rezerwy obowiązkowej z obecnych 3,5 proc. do co najmniej 2 proc. Ważne jest wydłużenie dostępnego finansowania płynącego z NBP powyżej trzech miesięcy. Kolejnym remedium mogłoby być odważniejsze przyjmowanie przez NBP różnego rodzaju zabezpieczeń w zamian za płynność, np. sekurytyzowane kredyty hipoteczne i korporacyjne. Dodatkowym elementem, który przymusiłby banki do udzielania kredytów, byłoby ekonomiczne karanie banków za utrzymywanie depozytów w NBP, wprowadzając np. stawkę na poziomie 0 proc. Działaniem pozwalającym zmniejszyć ryzyko kredytowe może być zwiększenie roli gwarancji, o których rząd mówił w ramach pakietu i stabilizacji i rozwoju.
- Odnosząc się do tego, co powiedziała pani minister: część propozycji i instrumentów jest właściwie adresowana, ale nazwałbym je wariantem umiarkowanym. Wydaje się, że można skonstruować znacznie bardziej prowzrostowy pakiet, a być może wcale nie aż tak drogi czy trudny do udźwignięcia dla finansów publicznych. Przede wszystkim chodzi o możliwość pozyskiwania przez banki finansowania pod zdrowe aktywa, które są w portfelach banków. Jeżeli chodzi o gwarancje dla instrumentów dłużnych, które mogłyby emitować banki, to same gwarancje nie rozwiązują problemu. Obecnie i prawdopodobnie także w najbliższej przyszłości nie będzie rynku dla tego typu papierów. Jeżeli mówimy o znaczących emisjach, rzędu kilku miliardów złotych, to nie wyobrażam sobie możliwości znalezienia nabywców takich obligacji. Obecnie sam Skarb Państwa swoje instrumenty dłużne emituje z kuponem na 300 pkt baz. Po jakiej cenie swoje papiery miałyby plasować banki czy inne instytucje finansowe? Doliczając koszt gwarancji, musiałyby one kosztować obecnie 400-450 pkt baz., co jest bardzo wysoką ceną. Jeżeli za pozyskanie kapitału banki płaciłyby taką cenę, ile musiałby kosztować klienta kredyt?
- Nie znam inwestora, przynajmniej w branży deweloperskiej, który obecnie przy kredycie inwestycyjnym 7 proc. zdecydował się na rozpoczęcie inwestycji. Największy problem przedsiębiorcy mają z płynnością, już zaczynają się tworzyć się zatory płatnicze. Zgadzam się, że w przeszłości marże kredytowe były relatywnie niskie. Jednak w obecnej sytuacji marże na poziome 3 czy 4 proc. dla kredytów hipotecznych są trudne do udźwignięcia, stąd problem ze sprzedaniem już wybudowanych mieszkań.
Sprawa, która zaskoczyła nas wszystkich, jak tu siedzimy, to kurs złotego, który nijak się ma do zdrowego rozsądku. Nie można mówić, że nie ma spekulacji, gdyż porównywanie dzisiaj gospodarki węgierskiej, która przeżywa olbrzymie problemy, z polską, na pewno nie tłumaczy tak gwałtownej przeceny złotego, dwukrotnie większej przecież niż forinta.
Deweloperzy, którzy mieli zyski przez ostatnie lata, przez kolejne trzy przeżyją - nie będzie tylko nowych inwestycji. Ci, którzy inwestowali na górce, padną. Jeżeli nic się nie zmieni na rynku kredytów mieszkaniowych, przegrani będą po obu stronach: banki i deweloperów. Dlatego potrzebna jest współpraca firm, banków, NBP i rządu, by wyjść z tego pata.
- Jesteśmy na najlepszej drodze, żeby bardzo się zdziwić, gdy roztrwonimy środki przyznane nam w ramach funduszy unijnych. Opieszałość administracji, zarówno rządowej, jak i lokalnej, sprawia, że ich wykorzystanie jest znikome. To, co się dzieje, to prawdziwy horror. Inwestycje budowlane z wykorzystaniem środków unijnych jest dużo trudniej realizować niż 3-4 lata temu. Myślę, że nie doceniamy wpływu załamania się budownictwa mieszkaniowego na całą gospodarkę. Jeżeli firmy deweloperskie na skutek masowego wstrzymywania inwestycji nie stworzą do końca 2010 r. 40-miliardowego popytu w firmach budowlano-montażowych, grozi nam fala bankructw i w tej branży. Bez pomocy publicznej sektor czeka załamanie.
Co można zrobić, by zachęcić banki do zaktywizowania akcji kredytowej:
zmodyfikować rozwiązania podatkowe, by banki mogły sprzedać wierzytelności;
wprowadzić rozwiązania pozwalające na szybkie układanie się banków z przedsiębiorcami;
ustabilizować rynek walutowy i wzmocnić kurs złotego;
obniżyć rezerwę obowiązkową do co najmniej 2 proc. z obecnych 3,5 proc.;
zaangażować sektor publiczny jako inwestorów papierów dłużnych banków;
zwiększyć rolę BGK w systemie poręczeń i gwarancji kredytowych;
wydłużyć finansowanie dostępne w NBP ponad trzy miesiące;
wprowadzić ułatwienia fiskalne dla banków chcących sekurytyzować zdrowe aktywa.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.