Firmy z Polski na niemal wszystkich kontynentach
Również Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo inwestuje w złoża ostrożnie, chociaż - jak to w tej branży - kwoty są niebagatelne. W 2007 r. poprzez swoją spółkę zależną PGNiG Norway gazowy potentat zakupił nieco ponad 11 proc. udziałów w złożach Skarv. Do końca ubiegłego roku norweskie inwestycje PGNiG sięgnęły 760 mln dolarów.
Inwestycje w złoża mają jednak to do siebie, że wymagają olbrzymiej gotówki i ogromnej cierpliwości. Przekonał się o tym boleśnie Ryszard Krauze i jego Petrolinvest, który na złoża w Kazachstanie wyłożył ponad 350 mln dolarów, jak dotychczas bez większych efektów. Kilka tygodni temu najcenniejszą koncesją wydobywczą musiał się podzielić z francuskim Totalem, co umożliwiło dalsze finansowanie tego projektu.
Jedną z pierwszych wielkich wpadek polskich firm w inwestycjach zagranicznych była jednak próba przejęcia przez KGHM złóż miedzi w Kongo w 1997 r. Niestabilny kraj okazał się dla polskiego potentata zbyt trudnym rynkiem i poza utopieniem w projekcie 100 mln dolarów i dziesiątkami przeważnie niepochlebnych publikacji prasowych legnicki koncern nie zanotował innych efektów tej inwestycji.
Nie oznacza to, że nie potrafi inwestować za granicą - w tym roku zdobył przyczółek w Kanadzie, tworząc joint venture z lokalnym koncernem Abacus Mining & Exploration Corporation. Na razie na wejście na kanadyjski rynek wydał nieco ponad 40 mln dolarów (chociaż plany inwestycyjne są znacznie szersze), a wiec mniej niż w Kongo, za to ze znacznie większą szansą na powodzenie.
Dużo boleśniejsze doświadczenia ma Bioton, który chciał jednym susem doskoczyć do światowej czołówki firm biotechnologicznych. Potężne inwestycje (m.in. rosyjski Bioton Wostok, fabryka szczepionek w Izraelu, fabryka w Chinach) nie przyniosły spodziewanych zysków i inwestorzy giełdowi odwrócili się od nazbyt ambitnej firmy.
Czasem od spektakularnych transakcji lepsze jest powolne i konsekwentne budowanie międzynarodowej pozycji. Tu nieźle wypadają polskie firmy informatyczne. Comarch, który na rynkach zagranicznych inwestuje od dziesięciu lat, stworzył w tym czasie sieć spółek zależnych na niemal wszystkich kontynentach (m.in. w Niemczech, Czechach, Rosji, na Ukrainie, Litwie, ale też i w USA, Chinach, Dubaju, Panamie, Wietnamie). Podobną strategię konsekwentnego budowania międzynarodowego holdingu przyjęło Asseco. Holding obejmuje swoim działaniem wszystkie kraje Europy Środkowo-wschodniej, a także Niemcy i Hiszpanię.
Ale w innych branżach możemy znaleźć pozytywne przykłady. Podobną strategię przyjął wadowicki Maspex, który dzięki ośmiu akwizycjom zagranicznym stał się regionalną potęgą w branży spożywczej. Spółka jest zdecydowanym liderem na rynku producentów soków, nektarów i napojów w Polsce, w Czechach, na Słowacji, czołowym producentem na Węgrzech, w Rumunii i Bułgarii.
Podobnie jak Maspex na własne zakłady produkcyjne za granicą stawia Mokate, producent kawy i herbaty. Na koniec ubiegłego roku udział eksportu w przychodach tej spółki stanowi już 56 proc.
Jak podkreśla Jerzy Chrystowski, doradca zarządu Mokate, firma ma w planach zdobywanie nowych rynków. Interesują ją szczególnie Indie, Dubaj, Szanghaj, Tajlandia i Pakistan.
Główna linia akwizycji i ekspansji zagranicznej Mokate, która zaczęła się pod koniec lat 90., biegnie na południe i na kraje Europy Środkowo-Wschodniej. Dziś w skład grupy wchodzą podmioty na Słowacji, Węgrzech oraz w Czechach, gdzie firma już wchłonęła trzy zakłady.
Coraz silniejszą pozycję Mokate zdobywa na Bałkanach.
Częstymi motywami inwestycji zagranicznych są przybliżenie produkcji do klienta i oszczędności na transporcie. Tak rozumowała Grupa Atlas, gdy wkroczyła na rynek rosyjski, budując za 5 mln dolarów fabrykę zapraw w Dubnej pod Moskwą. To rozdanie producent klejów do glazury przegrał, nie mogąc konkurować z podróbkami i tracąc siły na walkę z rosyjską biurokracją.
Kierunek wschodni wciąż pozostaje jednak dla tej firmy aktualny.
Konsekwentnie buduje swoją pozycję na rynku opakowań Can Pack, który przez ostatnie dwadzieścia lat dorobił się fabryk na Ukrainie, w Bukareszcie w Rumunii, Dubaju w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, Scunthorpe w Wielkiej Brytanii, Aurangabad w Indiach i Wołokołamsku w Rosji - jednych z najnowocześniejszych zakładów tego typu na świecie.
Także polski przemysł odzieżowy, obuwniczy i kosmetyczny święci poza naszym krajem triumfy. W zasadzie to w tych branżach znajdziemy najwięcej przykładów, które rozsławiają polskie wzornictwo i jakość w świecie. Marka Inglot podbija bowiem już nie tylko Europę, ale i Amerykę. W zeszłym roku uruchomiła pierwszy salon w Nowym Jorku. W tym roku udało jej się zaistnieć w jednym z najważniejszych centrów handlowych Stanów Zjednoczonych - The Forum Shops Caesars w Las Vegas. Inglot ze swoimi salonami jest też obecny w Australii, Bahrajnie, Abu Dhabi, Kanadzie, Dubaju, Turcji, Arabii Saudyjskiej, Wielkiej Brytanii, na Litwie, Malcie, w Omanie, Kuwejcie i Indiach.
Nasz przemysł tekstylny rozsławiają takie firmy, jak: KAN, LPP, Gino Rossi czy CCC. Firma LPP podbija Europę Środkowo-Wschodnią, gdzie ma w sumie 333 sklepy, z tego 146 pod marką Reserved, 80 pod logo Cropp oraz 107 po marką House.
Wschód jest w kręgu zainteresowań także firmy Redan, właściciela marki Top Secret. Na Ukrainie spółce udało się już otworzyć 12 sklepów. Z kolej Grupa NG2, właściciel marki CCC, za cel ekspansji obrała sobie naszych południowych sąsiadów. Dziś w Czechach firma ma 40 salonów, a docelowo chce mieć ich 70. W tym roku ich liczba ma wzrosnąć o 10.
Eksportowym towarem jest także dziecięca marka Smyk, która szczególnie dobrze zadomowiła się na rynku niemieckim. Działa pod marką Spiele Max i ma 46 sklepów.
Czasem przejęcia wynikają z chęci zablokowania konkurenta - to było jednym z głównych motywów przejęcia przez CIECH rumuńskiego USG Gomora za 60 mln euro. Konkurentem w grze o ten zakład był bowiem indyjski koncern, w którego wejściu na europejski rynek polska firma upatrywała zagrożenia dla swojej pozycji.
O ile polscy producenci nieźle radzą sobie na zagranicznych rynkach, to nie można tego przeważnie powiedzieć o sektorze finansowym. Zagraniczne inwestycje polskich instytucji - należący do PKO BP Kedobank na Ukrainie i PZU Lietuva i PZU Ukraina, własność największego polskiego ubezpieczyciela- to nie są spółki, o których można by mówić w kategoriach sukcesu. O porażce zdecydował po części kryzys (który zaszkodził też innym działającym na wschodnich rynkach firmom, by wspomnieć tylko ukraińską inwestycję Iner Groclinu).
Dla innych kryzys okazał się okazją do zakupów - jak dla Boryszewa, który w lipcu tego roku przejął za około 100 mln zł spółkę Maslow, mającą zakłady we Włoszech, oraz spółki w Chinach, Japonii i Brazylii.
Polska nie wypracowała jeszcze globalnej marki na miarę Nokii, o czym marzą ekonomiści. Jednak po dwudziestu latach transformacji możemy się pochwalić kilkoma firmami, które wyrosły na poważnych graczy, na razie wprawdzie w skali regionalnej, ale z niezłymi perspektywami na przyszłość.
Widać wyraźnie, że otwarcie rynków związane z wejściem do Unii Europejskiej ożywiło ekspansję polskich firm. Przejęcie Microsoftu i Coca-Coli jest poza zasięgiem polskich firm (na razie), ale jest już coraz więcej przykładów firm, dla których polski rynek okazał się już za mały i budują swoją pozycję poprzez przejęcia za granicą. Można znaleźć coraz więcej przykładów świadczących o tym, że inwestycje zagraniczne polskich firm przestają być wyjątkami, a stają się regułą.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu