Banki i klienci chcą zdążyć przed rekomendacją T
Dobre perspektywy i zbliżający się termin wejścia w życie rekomendacji T sprawiają, że Polacy coraz chętniej zadłużają się w unijnej walucie. Swój udział mają w tym banki, które przed godziną zero prowadzą agresywną kampanię.
Z wyliczeń Expandera wynika, że kredyty w euro stanowiły w drugim kwartale aż 65 proc. wszystkich zaciągniętych kredytów. To niebywały wzrost, biorąc pod uwagę, że na początku roku stanowiły one tylko 3,6 proc. W lipcu ich liczba znów wzrośnie, bo banki robią, co mogą, żeby przed zaostrzeniem przepisów udzielić jak najwięcej kredytów w euro: obniżają marże, rezygnują z prowizji, oferują dodatkowy kredyt na wyposażenie mieszkania. "To Twoja ostatnia szansa" - kusi Raiffeisen Bank, który kilka dni temu wyszedł z nową ofertą kredytu w euro bez prowizji. Podobnie robią Lukas Bank, Eurobank, Kredyt Bank, a także Deutsche Bank PBC.
Dokładnie 23 sierpnia wchodzi w życie rekomendacja Komisji Nadzoru Finansowego zakazująca bankom udzielania kredytów hipotecznych osobom, które nie mają co najmniej 20 proc. wartości kupowanego mieszkania. Tym bez oszczędności pozostanie tylko droższy kredyt w złotych.
Obecnie wiele instytucji finansowych zastanawia się, co zrobić, żeby w przyszłości nie łamać reguł rekomendacji T, a jednocześnie zwiększać swój udział w rynku kredytów hipotecznych. Np. BNP Paribas Fortis proponuje klientom kredyt dwugotówkowy: część kredytu można wziąć w euro, a część w złotych. Inne banki po cichu przygotowują także systemy dodatkowych zabezpieczeń, które zastąpią wkład własny (może nim być np. hipoteka rodziców). Wygląda więc na to, że banki po raz kolejny udowodnią, że próby ścisłego kontrolowania i regulowania rynków finansowych na niewiele się zdadzą.
Zwłaszcza że kredyt w euro jest dziś bardzo opłacalny: pożyczając 300 tys. zł w naszej walucie na 30 lat, miesięcznie będziemy wpłacać do banku ok. 1800 zł. Za taki sam kredyt w euro rata wyniesie ok. 1400 zł. Co prawda zadłużenie w walutach wiąże się z ryzykiem kursowym. Ale, jak wyliczyli eksperci z Open Finance, spłaty kredytów w złotych i euro zrównają się dopiero wówczas, gdy europejska waluta będzie kosztować 4,86 zł.
Takiego scenariusza nie przewidują szybko ani polscy, ani zagraniczni analitycy. Według Pawła Majkowskiego z firmy Expander pod koniec roku za euro będziemy płacić mniej niż 4 zł. Natomiast prognozy Merrill Lynch mówią nawet, że 3,70 zł. Jeśli faktycznie tak się stanie, to ci, którzy dziś zaciągają kredyty w euro, skorzystają: wartość ich zadłużenia w przeliczeniu na złote spadnie o 10 - 15 proc.
Wiele jednak zależy od sytuacji finansów publicznych i danych makroekonomicznych. Na razie są podstawy do optymizmu: od kilku miesięcy systematycznie rośnie produkcja i eksport, zmniejsza się bezrobocie. Pozytywne sygnały płyną również z firm, które zgromadziły na kontach 168 mld zł (o 13 proc. więcej niż rok temu) i już zaczynają inwestować. A to oznacza nowe miejsca pracy i wzrost wynagrodzeń.
Ewa Wesołowska
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu