Apple? za wolno, za Mało i zbyt drogo
Robert Pera porzucił koncern Steve’a Jobsa i założył firmę. Efekt? Zaledwie w ciągu sześciu lat stał się miliarderem
Marzeniem niejednego z nas jest praca w Apple’u. Firma kojarzy się z innowacyjnością i technologicznymi przełomami. Jest również tak bajecznie bogata, że z pewnością musi dobrze płacić. Ale nie dla wszystkich taka perspektywa jest ponętna. Robert Pera rzucił Apple’a, bo uznał, że koncern z Cupertino jest zbyt ociężały i nie gwarantuje mu osiągnięcia sukcesu. Szaleniec? Nic podobnego - w ubiegłym roku dołączył do grona miliarderów.
- Apple jest bez wątpienia wspaniałą firmą. Jednak zdałem sobie sprawę, że pracując w niej, nie uda mi się zrealizować marzeń tak szybko, jak tego pragnąłem - tak 34-latek opisuje najbardziej przełomowy moment w swojej karierze. Po kilku latach spędzonych w firmie dowodzonej przez Steve’a Jobsa - podczas których zajmował się technologiami bezprzewodowymi - postanowił odejść i założyć własny biznes.
Ta decyzja była bardzo odważna, bo Apple w 2005 roku był już na fali wznoszącej. Koncern kilka lat wcześniej wypuścił na rynek iPoda, który z miejsca stał się najbardziej popularnym przenośnym odtwarzaczem plików muzycznych, oraz eMaci, dzięki którym komputery z logo nadgryzionego jabłuszka ponownie zagościły w domach oraz szkołach. A machina stworzona przez Jobsa i napędzana jego geniuszem pracowała z dnia na dzień coraz szybciej i lepiej: trwały już prace nad iPhone’em, który zadebiutował w 2007 roku i natychmiast stał się najbardziej pożądanym smartfonem świata. I dzięki któremu Apple stał się najbogatszą firmą globu.
Mimo kroczenia przez Apple od sukcesu do sukcesu, Pera pozostał nieugięty i postanowił przeciąć pępowinę łączącą go z koncernem: złożył wymówienie, a potem założył własny biznes. Zgromadził oszczędności, wziął kredyty - w sumie uzbierał 30 tys. dol. - i uruchomił Ubiquiti Networks, które zajmuje się tym, na czym jego szef zna się najlepiej: komunikacją bezprzewodową.
- Kiedy rzuciłem Apple’a i stanąłem na swoim, myślałem wyłącznie o jednym: jeśli pomysł nie wypali, będą miał przechlapane - opowiada. By do tego nie dopuścić, ostro wziął się do pracy. Ale pierwsze, co zrobił, to z dnia na dzień zacisnął pasa. Zrezygnował z jednoczesnego wynajmowania mieszkania (600 dol. miesięcznie) i biura. Wybrał to drugie. - To była decyzja podyktowana ekonomią. Wynajęcie biura kosztowało 650 dol., więc przeniosłem do niego łóżko i przez kilkanaście miesięcy mieszkałem i pracowałem w tym samym pomieszczeniu. Miało to także zaletę: cały czas byłem skupiony na celu, który sobie postawiłem - mówi.
Nie musiał zmuszać się do pracy po godzinach: od małego interesował się komputerami oraz informatyką. O takich jak on mówi się "geek" - to osoby niemal patologicznie zakręcone na punkcie nowoczesnych technologii, niewyobrażające sobie chwili, w której nie mają dostępu do internetu. Żyjące nim bez przerwy, nierozstające się z komputerem (przed kilku laty) czy tabletem (dziś). On także godzinami wpatrywał się w monitor, jednak nieco różnił się od tradycyjnych geeków: pasjonował się i wciąż pasjonuje koszykówką. Być może nawet postawiłby na sportową karierę, jednak w szkole średniej zdiagnozowano u niego infekcję zastawki serca. Choroba była tak poważna, że leczenie zajęło rok. Przez ten czas nie chodził do szkoły, a ulubiony sport oglądał jedynie w telewizji. Po rekonwalescencji przestał marzyć o podboju NBA, a zamiast na sporcie skoncentrował się na nauce. Ukończył elektrotechnikę na Uniwersytecie w Kalifornijskim San Diego, a do tego dołożył japonistykę. Bo lubi tamtejszą kulturę.
Po kilku miesiącach harówki miał już w ręku gotowe prototypy dwóch kart umożliwiających bezprzewodową transmisję danych między komputerami, punktami WiFi oraz internetem. Oferowały całkiem przyzwoity zasięg, a przy okazji były tanie. I okazały się strzałem w dziesiątkę. Po wyroby Ubiquiti sięgały przede wszystkim firmy wytwarzające sprzęt elektroniczny dla krajów biednych i rozwijających się, w których końcowa cena produktu musi być atrakcyjna, bo np. pecet rywalizuje z jedzeniem. Zamówienia szły w setki tysięcy (m.in. Indie, Chiny oraz Brazylia), pierwsze zyski zostały szybko pomnożone przez zaprojektowanie kolejnych urządzeń. Summa summarum: w ubiegłym roku Robert Pera wprowadził firmę na nowojorską giełdę i stał się miliarderem. Rzecz jasna na papierze - bo na tyle rynek wycenił jego udziały w Ubiquiti Networks. Spełnienie marzenia zajęło mu zaledwie sześć lat.
Będąc wartym sporo ponad miliard dolarów, zajął się realizacją kolejnej pasji. W lipcu kupił koszykarski klub Memphis Grizzlies: za przyjemność władania tą drużyną zapłacił ponoć 350 mln dol. Na razie nie może mówić o wielkim sukcesie, bo zespół jedynie wyrównał osiągnięcia z poprzednich dwóch sezonów, czyli awansował do rundy play-off. I odpadł już w pierwszej rundzie.
By nawiązać walkę z najlepszymi w NBA, konieczne będą wzmocnienia. Ale nowe wyzwania czekają go również w biznesie, bo kurs akcji jego firmy gwałtownie spadł w ostatnich miesiącach. Wall Street z wielką ostrożnością podeszła do inwestycji w NBA (mało komu zwróciły się wydatki poniesione na utrzymanie zespołu), padł także ofiarą czarnego PR. Właśnie złożył pozew przeciwko firmie z Miami, która rozpuszczała pogłoski, jakoby Ubiquiti Networks miała powiązania z chińską mafią i robiła interesy z Iranem. Zwłaszcza ten drugi zarzut był biznesowo bardzo dotkliwy - Waszyngton uznaje Teheran nie tylko za swojego największego wroga, lecz także za wroga całego wolnego świata, i jest pod rosnącą presją ze strony Izraela, który optuje za zbrojną akcją wymierzoną w rządy ajatollahów.
Mimo przeciwności losu, które zmniejszyły majątek Pera poniżej miliarda (ok. 950 mln dol.), nie poddaje się. Jego firma nadal rozwija technologie bezprzewodowej komunikacji (ostatnio w ofercie pojawiło się urządzenie umożliwiające dostęp do sieci 10 tys. osób w promieniu 50 km) i zdobywa nowe kontrakty. Sam Pera nie przejmuje się zbytnio złymi giełdowymi notowaniami. Podkreśla, że akcje firmy cały czas znajdują nabywców, a to oznacza, że ludzie ci wierzą w to, że Ubiquiti Networks szybko wyjdzie z kłopotów. I stawia przed sobą kolejne wyzwania: być równie wielkim i równie solidnym, jak CISCO - jedna z największych firm informatycznych w USA. - Sukces to wypadkowa określenia swoich możliwości oraz działania podjętego we właściwym momencie i kierunku - mawia Robert Pera. Tych umiejętności nie sposób mu odmówić.
Apple jest wspaniałą firmą, ale po kilku latach zdałem sobie sprawę, że nie uda mi się w niej zrealizować marzeń tak szybko, jak tego pragnąłem
@RY1@i02/2012/145/i02.2012.145.18600110e.802.jpg@RY2@
mat. prasowe
ROBERT PERA, kieruje Ubiquiti Networks, która produkuje sprzęt do bezprzewodowego przesyłania danych
Piotr Czarnowski
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu