Edukacja szkodzi finansom
Kryzys nauczył Amerykanów, że edukacja to inwestycja. Co roku Sallie Mae, firma specjalizująca się w pożyczkach studenckich, prowadzi badania wśród studentów i ich rodzin i zestawia je z danymi na temat swoich klientów. W tym roku 90 proc. rodziców twierdzi, że nauka w college’u to inwestycja. W 2009 r. uważało tak tylko 80 proc.
Ale za tę inwestycję ktoś musi zapłacić. - W postrecesyjnych warunkach rodziny zdecydowanie wierzą w marzenia o college’u, ale trzeźwo oceniają swoje możliwości zapłacenia za naukę - mówi cytowany przez "Los Angeles Times" Jack Remondi, prezes Sallie Mae. W porównaniu z rokiem szkolnym 2009/2010 wydatki rodziców na edukację dzieci spadły o ponad jedną trzecią i obecnie nie przekraczają 6 tys. dol. rocznie. Rodzice pokrywają średnio 27 proc. kosztów edukacji.
W USA duża część wydatków jest pokrywana przez studentów z grantów i stypendiów. I tu niespodzianka: pieniądze wcale nie muszą trafiać do najzdolniejszych. Nie trafiają też do tych, którzy mogliby ich bardziej potrzebować z racji chudszego portfela rodziców. Mogą na nie jednak liczyć studenci z zamożnych rodzin.
35 proc. biedniejszych rodzin dostało w postaci stypendiów średnio 7237 dol., a 36 proc. bogatych otrzymywało przeciętnie 10213 dol. - wylicza internetowy serwis amerykańskiej edycji "Bloomberg Businessweek". Na tym nie koniec: 69 proc. stypendiów pochodzi od samych szkół, a nie ze źródeł publicznych albo od organizacji non profit. Wniosek? "Te dane potwierdzają wyniki niedawnej analizy Fundacji Nowa Ameryka, która stwierdziła, że szkoły w coraz większym stopniu wykorzystują pomoc, żeby przyciągnąć zamożnych studentów. A więc gdy ograniczenie dochodów dotyka biedniejsze rodziny, zamożni rodzice mogą liczyć na pomocną dłoń" - konstatuje "Bloomberg Businessweek".
Ci, dla których nie wystarcza stypendiów, mogą oczywiście się zadłużyć, żeby móc się uczyć. Na dawaniu tej możliwości opiera się biznes firm takich jak Sallie Mae. Jest on całkiem spory (tylko ta firma udziela rocznie pożyczek o wartości 4 mld dol.). I dochodowy: w trzy miesiące firma jest w stanie zarobić blisko pół miliarda dolarów (choć w dużej części na jednej transakcji sprzedaży aktywów).
Pozostaje jeszcze pytanie, czy jest to biznes bezpieczny - dla obu stron. Sallie Mae chwali się wprawdzie, że udział pożyczek z opóźnieniami w spłacie przekraczającymi trzy miesiące to 3,6 proc. Ale jest też inna perspektywa. Jedno z amerykańskich biur kredytowych (odpowiedników naszego BIK) policzyło, że w ostatnich trzech latach udział należności zagrożonych w pożyczkach studenckich przekroczył 15 proc. (dla porównania w latach 2005-2007 było to 12,4 proc.).
"Ten raport to najnowsza czerwona flaga sygnalizująca, że ogromne zadłużenie jest problemem nie tylko dla studentów, lecz także potencjalnie dla całej gospodarki" - komentował "Los Angeles Times". Powód? - Ponieważ coraz więcej osób nie jest w stanie spłacić pożyczki studenckiej, pogarsza się ich rating kredytowy. To utrudnia im dostęp do kolejnych kredytów, które pomogłyby we wzroście gospodarczym - komentuje cytowany przez gazetę szef biura kredytowego.
Okazuje się, że - przynajmniej w Ameryce - edukacja to taki rodzaj inwestycji, który gospodarce może zaszkodzić, zamiast jej pomagać.
@RY1@i02/2013/143/i02.2013.143.00000070a.802.jpg@RY2@
Łukasz Wilkowicz zastępca kierownika działu branże i firmy
Łukasz Wilkowicz
zastępca kierownika działu branże i firmy
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu