Sieci zrewolucjonizowały polski handel
Przed 1989 r. wszystkie sklepy były państwowe, do tego często nie miały czym handlować, o czym najdobitniej świadczyły kartki i przydziały czy wykupywanie produktów rzuconych na rynek niemal na pniu. Prywatna przedsiębiorczość rozwijała się wyłącznie na bazarach i była traktowana jak margines. Dziś jest zupełnie odwrotnie.
W kraju nie tylko dominują sklepy należące do polskich jak i zagranicznych firm oraz indywidualnych przedsiębiorców, ale też działają największe zachodnie sieci. Do tego półki uginają się pod towarami, więc to producenci i sprzedawcy namawiają do kupowania.
- Współczesny handel stał się wieloformatowy z gęstą siecią sprzedaży, opartą na zaopatrzeniu krajowym, bowiem ponad 80 proc. produktów żywnościowych i ok. 60 proc. przemysłowych pochodzi z Polski - podkreśla Andrzej Faliński, dyrektor generalny Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji.
Przełomem dla rynku okazała się ustawa o swobodzie działalności gospodarczej z 1989 r., która zachęciła Polaków do spróbowania swoich szans w biznesie. Po roku jej obowiązywania liczba sklepów wzrosła z 249 tys. do prawie 470 tys. Tak dynamiczny rozwój sektora trwał aż do 1994 r., kiedy to w Polsce działało historycznie najwięcej placówek handlowych (850 tys.). Konsekwencją rosnącej konkurencji stała się walka na ceny. Przełożyło się to na spadek marż w handlu, które z 400 proc. spadły do poziomu od kilku do 150 proc. w zależności od asortymentu.
Do tego w kraju zaczęło przybywać zagranicznych sieci, które zadebiutowały z nowym formatem - hipermarketem oferującym nie tylko żywność, ale i artykuły przemysłowe czy tekstylia pod jednym dachem, co bardzo przypadło do gustu Polakom. Początkowo sieci rozwijały się głównie na obrzeżach miast, bo tam było miejsce na duże sklepy. Bliżej centrów miast pojawiły się za sprawą galerii handlowych, w których otwierały supermarkety. Największe sieci postanowiły też na własną rękę inwestować w obiekty, by jeszcze bardziej zbliżyć się do klientów.
Pierwszy przełom na rynku sieci nastąpił w 1992 r. wraz z pojawieniem się m.in. Plusa, Biedronki czy Netto. W ocenie ekspertów to dyskonty dokonały największej rewolucji w handlu, odczuwalnej do dziś. Dowiodły bowiem, że ceny mogą być niższe, niekoniecznie kosztem jakości towaru. Sprawiły też, że polski handel wszedł w fazę konsolidacji. By nie wypaść z rynku, małe sklepy zaczęły łączyć się w grupy zakupowe czy sieci handlowe. Wzrósł dzięki temu standard oferowanych przez nie usług. W efekcie już w 1996 r. liczba sklepów spadła o ponad połowę w stosunku do rekordowego 1994 r. i wyniosła 405 tys.
- Handel był i jest sektorem, który do Polski wprowadził jakościowe i organizacyjne standardy Zachodu, wymagając ich od swoich dostawców. Ale do UE polska gospodarka wchodziła przygotowana i z zaimplementowanymi systemami wymaganymi przy akcesji. Stąd wziął się nie tylko fenomen wzrostu krajowego, ale i trzykrotny w ciągu dekady członkowskiej wzrost eksportu, głównie żywności, choć nie tylko - podkreśla Andrzej Faliński.
To przeobrażenie sektora na skutek pojawienia się dyskontów trwa do dziś. A dowodem na to jest stale zwiększający się udział tego rodzaju placówek w rynku, kosztem hipermarketów i małych sklepów osiedlowych. Od 2008 r. zwiększył się on z 10 proc. do prawie 20 proc.
- Tymczasem udział hipermarketów w tym okresie zmalał z 14 do 13,9 proc., a osiedlowych małych sklepów z 64 proc. do 51 proc. - wymienia Jarosław Frontczak, analityk firmy badawczej PMR.
Oczywiście największą zasługę w tym ma Biedronka, która przez lata wyrosła nie tylko na największą sieć handlową, ale i wicelidera wśród polskich firm. Dziś liczy już 2,5 tys. sklepów, a jej obroty przekraczają 30 mld zł.
Wreszcie plany dynamicznego rozwoju Tesco, Carrefoura, E.Leclerca czy Biedronki sprawiły, że rynek dużych sklepów w dużych miastach zaczął powoli się nasycać. Wiele sieci postanowiło w związku z tym zacząć rozwijać się w mniejszych miejscowościach i w mniejszym formacie, z którego znany był handel w czasach PRL-u. Dzięki nim zmiany zaczęły dokonywać się również w tego rodzaju placówkach. Silna konkurencja ze strony sieci wymusiła na małych sklepach nie tylko zadbanie o asortyment, jego jakość, ekspozycję, ale i o ceny. Wielu kupców doszło do wniosku, że lepiej działać w grupie niż w pojedynkę. Zaczęło tym samym przyłączać się do sieci franczyzowych. To one pokazały też, że rolą sklepów nie jest wyłącznie sprzedaż żywności, ale też świadczenie innych usług, dzięki którym życie konsumentów stanie się prostsze. W związku z tym w małych sklepach najpierw pojawiły się terminale płatnicze, a potem możliwość zapłacenia rachunków za prąd, gaz, czynsz, doładowanie karty telefonicznej. Sieci tchnęły więc nowe życie w powoli wymierające placówki. Doceniać zaczęli to sami klienci, zwłaszcza gdy małe sklepy postawiły na świeże produkty, czym stały się mocną konkurencją dla lokalnych bazarów. A klienci, jak pokazują badania TNS, oczekują przede wszystkim świeżego asortymentu. Aż 76 proc. konsumentów kupuje tego rodzaju produkty blisko miejsca zamieszkania, a 65 proc. deklaruje chęć ich nabywania, o ile byłyby bardziej dostępne.
- Zaletą mniejszych sklepów okazało się to, że są dogodniej położone dla klientów, lepiej dobierają ofertę do ich potrzeb, a także stawiają na personalizację kontaktów z nimi. Ich usieciowienie dodatkowo sprawiło, że poprawiła się jakość asortymentu i spadły ceny - podkreśla Ireneusz Jabłoński, członek zarządu i ekspert Centrum im. Adama Smitha.
Jak wynika z raportu "Shopper Trends" firmy Nielsen, Polacy odwiedzają w związku z tym małe tradycyjne sklepy średnio co drugi dzień.
- Polska stworzyła unikalny model handlu, o zrównoważonej strukturze formatów handlowych - małych i dużych oraz własności krajowej i zagranicznej. Owszem 100 proc. hipermarketów przyszło z zewnątrz, ale już w formacie supermarketów ponad 60 proc. to kapitał polski. Tymczasem na zagranicznych rynkach, jak Niemcy, Francja, Wielka Brytania, Słowacja, Czechy czy krajach skandynawskich nastąpiło zdominowanie rynku przez sieci sklepów wielkopowierzchniowych. Ich udział stanowi tam 75-90 proc. - komentuje Andrzej Faliński i dodaje, że dzisiejsze liczby pokazują tylko, że obu rywalom się udało i nikt nikogo nie zdołał zdominować, pomimo propagandowych wojen w stylu "zaleją nas hipermarkety", dziś zastępowane hasłem "zaleją nas dyskonty".
W tej chwili handel musi się zmierzyć z kolejną rewolucją na rynku. Mowa o zakupach przez internet, które zyskują coraz więcej zwolenników. Sektor spożywczy jest obecnie najmniej rozwinięty w sieci, dlatego zdaniem ekspertów należy oczekiwać, że to on będzie jednym z najszybciej rosnących w kolejnych latach. Obecnie wartość zakupów spożywczych tą drogą szacuje się na ponad 500 mln zł. Eksperci spodziewają się jednak, że w ciągu trzech lat nastąpi przynajmniej podwojenie tej kwoty.
Patrycja Otto
@RY1@i02/2014/212/i02.2014.212.00000220b.803.jpg@RY2@
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu