Śmiesznie tani luksus
Budują bogaci dla bogatych, by luksusowe apartamenty sprzedawały się na pniu. Promują je po cichu. Z dala od ludzkich oczu i uszu. Taki przynajmniej powinien być standard
Panorama jest imponująca. Jestem na 48. piętrze najsłynniejszego i najbardziej ekskluzywnego apartamentowca w Europie Środkowej położonego tuż obok warszawskiego Dworca Centralnego. To budynek Złota (wcześniej znany pod nazwą Złota 44), z racji swego kształtu zwany także Szklanym Żaglem lub Żaglem Libeskinda. Bo Daniel Libeskind, słynny nowojorski architekt, jest autorem tego projektu. Po mojej prawej stronie wysoki na 140 m hotel Marriott, po lewej 190-m (z uwzględnieniem anten) luksusowy biurowiec Rondo 1. Pośrodku modernistyczne centrum handlowe ze szklanymi kopułami zwane Złotymi Tarasami. Taki widok mam z każdego z pokojów, bo w każdym zamontowano wielkie panoramiczne okna - są także w łazience. Ale niezależnie od tego, w którym z pomieszczeń akurat jestem, oglądam jeden z trzech apartamentów pokazowych - te nie różnią się od siebie stylem. Dominuje chłodna elegancja. W oczy rzucają się nieosłonięte żelbetowe stropy, ukośne słupy i inne elementy betonowej konstrukcji, co dodatkowo podkreśla i tak już surowy wystrój. Ociepleniu wnętrza nie pomagają wykonane z prawdziwego drewna podłogi i drzwi, mięsiste wykładziny w sypialniach oraz - siłą rzeczy - biały i czarny marmur w łazience.
Zamiast tego każdy materiał i element upewnia mnie, że to wnętrze jak najbardziej luksusowe - o tym mogę się zresztą przekonać już po przekroczeniu progu. Tuż przy drzwiach wejściowych zamontowano dotykowy ekran wielkości małego telewizora, w rzeczywistości centrum sterowania całym apartamentem. Umożliwia nie tylko obsługę klimatyzacji, żaluzji, ogrzewania i oświetlenia, lecz także np. wezwanie taksówki, zamówienie jedzenia z restauracji, sprzątania mieszkania i innych usług. A tych w apartamentowcu nie brakuje. Do dyspozycji mieszkańców przewidziano m.in.: 25-metrowy basen, saunę, centrum spa, fitness club z osobną salą do jogi, bibliotekę i - jakby tego było mało - Le Club o pow. 250 mkw. umożliwiający organizowanie imprez na kilkadziesiąt osób. Jest też prywatna sala kinowa, profesjonalna piwnica na wina czy np. wieża obserwacyjna. Ta ostatnia została urządzona na szczycie budynku, gdzie wcześniej planowano olbrzymi, trzykondygnacyjny apartament o powierzchni 375 mkw. Na każde skinienie gotowi mają być i portierzy - chętnie pomogą wnieść zakupy, i konsjerże - zorganizują bilety do kina czy teatru, a w razie potrzeby także opiekę nad dzieckiem, i armia ochroniarzy - choć dostęp do budynku chroniony jest kartą magnetyczną, która pozwala na wjazd windą tylko na to piętro, na którym znajduje się apartament jej właściciela. Podobnych mieszkań jak to, które oglądam, czyli z jedną sypialnią, jest - jak się później dowiem - 72. Tych z dwiema sypialniami - 66, trzema - 90, a z czterema i więcej - 32. Powierzchnie apartamentów wahają się od 62 do 454 mkw. na piętrach od 9. do 54., a ceny sięgają 65 tys. zł za metr. Najdroższe mieszkanie na szczycie wieży kosztuje około 16 mln zł. W najtańszym ceny zaczynają się od 25 tys. zł za mkw.
Ceny? Niewygórowane
Nieco taniej - średnia to 24 tys. zł za mkw. - jest zaledwie kilka metrów dalej, gdzie spółka Tacit kontrolowana przez potentatów w handlu ropą sfinalizowała już budowę wieżowca Cosmopolitan (160 m wysokości). Także tu im wyżej, tym drożej - i to o 110 zł za mkw. na każdej kondygnacji, aż do 33. piętra. Budynek oferuje łącznie 252 apartamenty o powierzchni od 54 do 460 mkw. Do tego - i to obowiązkowo - miejsce w garażu podziemnym wycenione na 100 tys. zł (zazwyczaj kupuje się ich kilka, w tym także dla gości).
Ceny w apartamentowcach w Polsce są śmiesznie niskie, przekonuje mnie jednak Bartosz Turek, analityk rynku nieruchomości Lion’s Bank. - Za jedno luksusowe mieszkanie we Francji można byłoby kupić od trzech do pięciu podobnych nad Wisłą. Znacznie drożej niż w Polsce jest też w Wielkiej Brytanii czy Rosji. Mekką najdroższych nieruchomości na świecie jest jednak Monako, które od lat uchodzi w raportach firmy doradczej Knight Frank za najdroższy rynek w Europie. W księstwie na metr kwadratowy nieruchomości o wysokim standardzie trzeba wydać nawet 55 tys. euro, czyli tyle, ile za skromną kawalerkę w Warszawie - mówi. W praktyce oznacza to, że ten, kto dysponuje 1 mln euro, mógłby w Monako mieć zaledwie 20,6 mkw., podczas gdy w Londynie, Genewie i Paryżu stać by go już było odpowiednio na 33,2 mkw., 47,1 mkw. i 56,4 mkw. Dla porównania w Barcelonie za 1 mln euro można byłoby kupić nawet 166 mkw., czyli ponad osiem razy więcej niż w księstwie.
W Polsce inne są jednak nie tylko ceny, lecz także metraże. A to dlatego, że trzy czwarte oferowanych mieszkań ma z reguły od 50 do 70 mkw. powierzchni. Prawdziwych apartamentów, o powierzchni ponad 100 mkw., planuje się niewiele, bo też zainteresowanie nimi jest najmniejsze. Inne jest także ich wyposażenie. O ile za granicą, np. w Singapurze, powstają mieszkania pozwalające na zaparkowanie samochodu w salonie (jest to możliwe dzięki znacznych rozmiarów przeszklonej windzie) i z prywatną limuzyną do dyspozycji, o tyle w Polsce multimilioner, odbierając klucze do apartamentu w chmurach, może liczyć z reguły tylko na w pełni wyposażoną kuchnię i łazienkę. Żeby było wygodnie i luksusowo, dopiero od niedawna może też zlecić wykończenie reszty mieszkania, z reguły współpracującym z deweloperem pracowniom i biurom projektowym, rzadziej zewnętrznym firmom. Bo przecież nie zdarza się, że sam biega po sklepach i szuka kafli na podłogę. Urządzając dom, nie szczędzi przy tym grosza. Rekordzista najpierw wydał 2,5 mln zł na 100-metrową kawalerkę (a właściwie lokal bez ścian działowych) na 47. piętrze we wrocławskim Sky Tower, a potem na jej urządzenie - 800 tys. zł. W mieszkaniu ma teraz nie tylko kominek i dywan za 50 tys. zł, lecz także komplet mebli i biblioteczkę z najnowszą kolekcją książek. Nawet dodatki aranżacyjne zamówił u światowych projektantów i znanych designerskich marek, a dokupić musiał tylko garnki - śmieją się przedstawiciele biur sprzedaży. Zauważają przy tym, że w branży widoczny jest jeszcze jeden trend: najbogatsi kupują głównie wtedy, kiedy mogą albo od razu się sprowadzić, albo poznać standard wykończenia choćby klatki schodowej. Ba, na rynku mówi się nawet, że zapach wielkich pieniędzy ma być wyczuwany już w holu. Nikogo więc nie dziwi, że w warszawskiej rezydencji Foksal (około 25 tys. zł za mkw., w budynku jest 41 apartamentów) po wejściu przez wysokie na 3 m drzwi do mahoniowych skrzynek pocztowych z przeszklonymi drzwiczkami idzie się po marmurowej posadzce. Po drodze mija się znacznych rozmiarów klatkę dla egzotycznych ptaków uplecioną z cieniutkich drucików i ściany wyłożone palisandrowymi fornirami i onyksem.
Luksusowe nieruchomości to nie tylko drapacze chmur położone w ścisłych centrach miast, ale też z pietyzmem odnawiane kamienice - inwestycje małe, w których, jak np. w budynku przy ul. Hożej w Warszawie, dokonuje się renowacji stolarki okiennej, okuć drzwiowych czy też np. kutych balustrad i cementowych kafli na posadzkach. Zdaniem Artura Wacha, członka zarządu Lion’s House, to właśnie kameralny apartamentowiec był pierwszym luksusowym budynkiem powstałym w Polsce po 1989 r. Usytuowany przy ul. Podchorążych, z oknami wychodzącymi na stołeczne Łazienki Królewskie, ma 13 mieszkań. Jego budowę ukończono w 1993 r.
Domówka u Zienia
Wbrew pozorom jednak w sprzedaży i marketingu luksusowych nieruchomości wcale nie chodzi o pieniądze. Te bogaci przecież mają, i to w nadmiarze. Liczy się przede wszystkim to, jak ich przekonać, by zostawili je właśnie w firmie X, a nie poszli do konkurencji.
- Jednym ze sposobów na zainteresowanie, ale jednocześnie na zbudowanie odpowiedniego wizerunku inwestycji, jest zatrudnienie do jej promocji osób, które kojarzą się z luksusem i zamożnością. To dlatego firma Qualia Development do promocji Neptun Park w Trójmieście wynajęła Mateusza Kusznierewicza. Żeglarz nie tylko był twarzą inwestycji, lecz także w niej mieszkał i wraz z deweloperem organizował zajęcia sportowe - mówi Marlena Kosiura, wydawca portalu Inwestycjewkurortach.pl. - Twarzą inwestycji Marine Hotel w Kołobrzegu została pięściarka Agnieszka Rylik. Luksusowe apartamenty WaterLane w Gdańsku reklamował z kolei tenisista Wojciech Fibak - wskazuje kolejne przykłady.
Wsparcie celebryty, który ma pomóc w podniesieniu prestiżu mieszkań, chętnie wykorzystują także inni przedsiębiorcy. Jednym z pierwszych był inwestor domów jednorodzinnych Villa Natura w Wilanowie - apartament pokazowy projektowała Ewa Minge - i np. Platinum Properties, który na warszawskim Mokotowie zbudował ekskluzywny apartamentowiec Rezydencję Naruszewicza - autorem projektów wnętrz i przykładowych aranżacji mieszkań został Maciej Zień. Z kolei tylko w ostatnim czasie pokusił się o to Cosmopolitan i do współpracy zaprosił aż trzy znane osoby: projektantkę mody Gosię Baczyńską, publicystę Jacka Żakowskiego i siatkarza polskiej reprezentacji Zbyszka Bartmana. W efekcie ścianę salonu pokrył odpowiednio spreparowany mech - w kolorze absyntu, nad którym liśćmi w dół, a doniczką do góry zwisały rośliny - to apartament powstały z inspiracji Bartmana, "Japonia bez Cepelii" - jak swój projekt opisywał Żakowski oraz styl fusion, retro plus klasyka współczesnego designu - w wydaniu Baczyńskiej. - Pokój jadalny zdobią kupione w Londynie "Sonety" Szekspira z błędami drukarskimi (linie tekstu się nakładają i są czasem do góry nogami), z których udało się zrobić tapetę na ściany - mówiła w jednym z wywiadów Jolanta Kuczyńska, dyrektor PR & marketing w Cosmopolitan. Przy oknach ustawiono z kolei wysokie na ponad metr postacie - to rzeźby Beaty Stankiewicz.
Zatrudnianie celebrytów do aranżacji wnętrz, zdaniem specjalistów od marketingu dóbr luksusowych, to jednak błąd. Bo w tym, jak dotrzeć do klientów najbardziej zamożnych (według badań KPMG z 2013 r. zarabiających powyżej 85 tys. zł brutto rocznie jest w Polsce 786 tys.), pomagać powinna nie wiedza z zakresu marketingu, ale przede wszystkim psychologii. A ta sprowadza się do stwierdzenia, że im bardziej luksusowa inwestycja, tym mniej powinno być działań promocyjnych, przede wszystkim tych standardowych. To między innymi może tłumaczyć, dlaczego deweloper luksusowych loftów Woronicza Qbik w Warszawie w ogóle nie brał pod uwagę reklam w telewizji, a na portalu społecznościowym stworzył profil uzupełniany propozycjami designerskich projektów, takich jak surrealistyczne lampy czy parkingi dla rowerów na pionowej ścianie. Przede wszystkim jednak zaprosił do współpracy projektanta należącego do ścisłej czołówki polskiego świata mody. I nie tyle o urządzenie dwóch luksusowych loftów chodziło, ile o organizację eventu "Domówki u Zienia", podczas której prezentowano dwa pokazowe mieszkania. Wśród zaproszonych były głównie osoby znane z pierwszych stron gazet. A że nie przyjąć zaproszenia od Zienia nie wypada, o inwestycji natychmiast zrobiło się głośno w środowisku tych lepiej zarabiających. Co dodatkowo podkreśliło luksus i elitarność - inwestor dobrze wiedział, że tacy klienci lubią się czuć wyróżnieni i najchętniej spędzają czas we własnym gronie, bo tylko wówczas każdy nowy model ferrari czy efektowna kolia mogą być zauważone i docenione.
Na jeszcze inny aspekt promocji z udziałem znanych nazwisk zwraca uwagę projektantka Ewa Minge: - Gdybym miała kupić ekskluzywną nieruchomość reklamowaną przez aktorkę serialową lub piosenkarkę - największą nawet gwiazdę - to nie zdecydowałabym, na taki krok. A patrzę na to od strony marketingowej, bo sama przecież zbudowałam markę luksusową. To jest tylko dorzucenie nazwiska, przyklejanie metki, bo przecież taka osoba nie byłaby w stanie nic zaprojektować. Co innego, gdyby za inwestycją stał świetny projektant, najlepiej o międzynarodowej sławie. Taka od razu by na tym zyskała - przekonuje.
Na rynku dzieje się tak już coraz częściej - firmy chętnie sięgają teraz po uznanych architektów - ich nazwiska już w momencie ogłoszenia inwestycji mają przyciągać klientów. Tak było choćby w przypadku Złotej (Daniel Libeskind), Miasteczka Wilanów (Guy Perry) czy też np. Cosmopolitan (Jahn Helmut). Także czołowe polskie pracownie wynajmowane są do projektowania apartamentowców. Przykłady? Bulanda i Mucha - osiedle Niemczyckiego na Mazurach, biuro Sojka Mąka - Klimt House, JEMS Architekci - 19. Dzielnica oraz pracownia nieżyjącej już ikony polskiej architektury, czyli Stefana Kuryłowicza - Symfonia Residence.
- Jak moją sukienkę na 60. rocznicę panowania królowej angielskiej zakłada Cheryl Cole (brytyjska artystka i celebrytka - red.) i piszą o tym wszystkie zagraniczne media, to to działa. Mam obłędną reklamę, bo jestem w swoim sektorze. Ja tę sukienkę wymyśliłam, zaprojektowałam, skonstruowałam. Gwiazda mnie tu tylko uwiarygodniła - tak ten fenomen wyjaśnia Ewa Minge. Zastrzega przy tym, że podobnie jest na rynku nieruchomości w przypadku jej nazwiska czy też np. nazwiska Zień - oboje wraz z zespołem architektów projektują m.in. kafelki, sztućce, firanki, a ostatnio także np. meble z diamentami i pikowane wanny.
Ale nierzadko nawet i takie działania mogą okazać się zbędne, jak pokazuje rynkowa praktyka. Podstawą promocji może być choćby cena lokalu lub np. jego lokalizacja i historia. Na to pierwsze postawił pierwszy inwestor Złotej (Orco Property Group), kiedy ściągał z Londynu Rogera Blacka, menedżera z doświadczeniem w handlu apartamentami w drapaczach chmur. Ten, proponując nową strategię sprzedaży, wyszedł z założenia, że apartamenty sprzedawały się słabo, bo były... za tanie. (Jeśli coś jest luksusowe, to musi być drogie, jak będzie później tłumaczył). Podniósł więc cenę z 35 do 65 tys. zł za mkw., żeby nie pozostawić cienia wątpliwości, że Złota to najbardziej ekskluzywny budynek mieszkalny w Polsce. (Polski rynek nie był jednak na takie działania gotowy, jak się później okazało, nawet krezusi liczą pieniądze). To drugie rozwiązanie wybrał z kolei Angel Wawel w Krakowie - główny nacisk położył na informacje, że luksusowe lokale powstają w XIX-wiecznym skrzydle zabytkowych, poklasztornych zabudowań z XVI w. "Szykowany tam apartament królewski o powierzchni 700 m ma być unikatem na skalę europejską, a to między innymi dlatego, że jego ściany i sufit zdobią malowidła ścienne wykonane przez artystę międzywojennego Jana Bukowskiego, spod jego pędzla wyszła m.in. część polichromii w kościele Mariackim w Krakowie" - można przeczytać na stronie internetowej. Poza tym zachowane mają być też okna witrażowe, drewniane sklepienie, polichromie i drewniana galeria - wszystkie gruntownie odrestaurowane. Efekt? Coraz częściej w branży nieruchomości zamiast o ambasadorach marki mówi się teraz o ambasadach marki. I co za tym idzie, jeszcze większy nacisk kładzie się także na wyposażenie i aranżację apartamentów; i to nie tylko tych pokazowych. - Innymi słowy: nie promujemy danego apartamentu znaną twarzą, ale miejsce, które samo w sobie jest wyjątkowe - podkreśla Marlena Kosiura.
Efekt snoba
- Żadnych promocji, rabatów, upustów, wykończenia pod klucz w gratisie. W przypadku luksusowych nieruchomości nie ma i nie może być mowy o rozdawnictwie, atrakcyjnym harmonogramie wpłat i sprzedaży ratalnej - wyliczają dyrektorzy marketingu najdroższych apartamentowców (chcą pozostać anonimowi). Deklarują przy tym, że każdy z nich przestrzega niepisanej zasady, że firmy sprzedające mieszkania za około 15 tys. zł za mkw. (od takiej ceny zaczyna się luksus w polskich miastach, z wyjątkiem Warszawy, gdzie jest to około 20 tys. zł) nie powinny w ogóle myśleć o stosowaniu promocji typowych dla rynku dóbr masowych - to może negatywnie wpłynąć na wizerunek, a jego odbudowa jest bardzo kosztowna.
W tym przypadku siłą musi być już nie tylko wysoka cena, prestiż, ale też odpowiednie pozycjonowanie, co jest określane jako paradoks Veblena lub - jak chcą niektórzy - efekt snoba. Oba sprowadzają się do stwierdzenia, że im mniej osób ma dostęp do danego dobra (w tym przypadku luksusowego mieszkania), tym większe jest nim zainteresowanie. Tyle teoria. W praktyce: podnieś cenę, a zobaczysz, że wzrośnie popyt. Albo: ogranicz listę potencjalnych kupców, która przecież i tak już jest krótka. Spraw, by dostać się na inwestycję wcale nie było łatwo. Tak właśnie kilka miesięcy temu zrobił inwestor jednej z luksusowych nieruchomości w pobliżu Łazienek Królewskich w Warszawie, który sam starannie dobierał sobie klientów. Ten, kto chciał obejrzeć mieszkanie, musiał najpierw przejść specjalny casting - podobny do tego, jaki zorganizowano dla zainteresowanych mieszkaniem w Pozuelo de Alarcon, zwanym hiszpańskim Beverly Hills. To tam, gdzie swoje domy mają m.in. Penelope Cruz i Cristiano Ronaldo.
Jest też zasada numer dwa: tak jak krezusi cenią dyskrecję, tak też wielkie pieniądze lubią ciszę. Dlatego też postaw na marketing szeptany - wtedy informacja o inwestycji, w tym także o rozpoczęciu sprzedaży, będzie przekazywana z ust do ust, a najdroższe lokale rozejdą się na pniu. - Tylko nieliczni wiedzieli nawet, że na 43. i 44. piętrze Cosmopolitan są dwa dwupoziomowe penthouse’y o powierzchni 460 mkw. z tarasami położonymi wyżej niż tarasy widokowe w Pałacu Kultury i Nauki. Tymczasem już dawno znalazły nabywców - dowodzi Bartosz Turek z Lion’s House. Agnieszka Opalińska, współwłaścicielka agencji nieruchomości A.Y.L.I. Real Estate, podkreśla: - Kieruj się zasadami "Mniej znaczy więcej" i "Fakty, a nie obietnice". Luksusowy produkt (mam na myśli faktycznie dobrą inwestycję, a nie aspirującą do bycia luksusową) jest dedykowany tylko wybranym klientom, wyjątkowym. I tak powinni się oni czuć. Nie potrzebują oprawy i dodatkowej zachęty poprzez reklamy w prasie. Ci, którzy mają kupić taki apartament, najczęściej dowiadują się o nim dzięki prywatnym kontaktom lub od swoich zaufanych pośredników - tłumaczy. - Konieczna, poza profesjonalną obsługą sprzedażową skupioną na kliencie, jest także strona internetowa. Nowoczesna, czytelna, z pięknymi zdjęciami i grafiką. Łatwa w nawigacji, z wiarygodnym opisem oddającym charakter inwestycji - dodaje.
Część firm sprzedających luksusowe nieruchomości nie rezygnuje jednak z kampanii w mediach tradycyjnych. Zamawia je głównie w pismach lifestyle’owych i poradnikach. I tak np. w magazynie "Wino" i "Mercedes Magazine" zobaczyć można było reklamy luksusowych apartamentów przy plaży w Mielnie, gdzie za metr kwadratowy przyjdzie zapłacić do 20 tys. zł. - To były jednorazowe działania związane z rozpoczęciem sprzedaży. Zależało nam na dostępie do klientów z pokaźnymi portfelami, ale bez konieczności szukania innych sposobów na zapoznanie ich z aktualną ofertą - wyjaśnia Cezary Kulesza, specjalista ds. sprzedaży i marketingu Firmus Markets. Marlena Kosiura: - Równie istotne jest dopasowanie się do sposobu spędzania wolnego czasu przez klienta, a co za tym idzie także szukanie wspólnych zainteresowań, jak choćby związków ze sportem, sztuką, z modą czy też luksusowymi samochodami.
- Koszty? - prezes jednego z luksusowych apartamentowców (prosi o anonimowość) nie traci dobrego humoru. - Te z naszego punktu widzenia nie są tak istotne. Tym bardziej że ostateczna cena za metr uwzględnia zarówno wydatki na wyposażenie apartamentu, jak i nakłady na działania promocyjne. Taki już jest ten biznes i tak być musi. Płaci się nie tyle za produkt, ile za historię, w tym przypadku luksusową otoczkę - tłumaczy.
Komu apartament, komu
Wbrew pozorom jednak, choć budują bogaci dla bogatych, to nie zawsze inwestycja ma szansę zakończyć się sukcesem. Promowana jako "najprawdopodobniej największa i najlepsza tego typu przestrzeń, jaka kiedykolwiek powstała w Europie" Złota okazała się przed kilkoma miesiącami finansową wpadką. Po publikacji raportów okresowych wyszło na jaw, że firma nie spłacała kredytu zaciągniętego na budowę, a bank przerażony powolnym tempem prac i wyrzuceniem z placu budowy włoskiej firmy budowlanej nie wypłacił kolejnych transz. Jakby tego było mało, o kontrolę nad spółką zaczęli walczyć akcjonariusze. Pomyłką, zdaniem analityków, były też zbyt wygórowane ceny - o ile wcześniej firma deklarowała, że ma już chętnych na blisko połowę mieszkań, to po podwyżce nabywcę znalazł tylko co czwarty apartament. To spowodowało lawinowy odpływ chętnych - głównie do sąsiadującego z Żaglem Cosmopolitan, który do dziś jeszcze nie sprzedał wszystkich apartamentów. Podobnie zresztą jest w Sea Towers w Gdyni, Piano House w Warszawie czy np. wrocławskim Sky Tower, choć i te inwestycje rozpoczęły się kilka lat temu i już zostały ukończone.
- Trzeba pamiętać, że luksusowe nieruchomości sprzedają się dłużej niż te z segmentu popularnego. O ile w przypadku standardowej oferty mówimy o trzech latach, o tyle w przypadku mieszkań z najwyższej półki o 5-6 latach - uspokaja Bartosz Turek z Lion’s House. I zastrzega, że choć wyniki sprzedaży apartamentów w wysokościowcach pokazują, że rynek jest płytki, a klientów, którzy mogą sobie pozwolić na wydatek kilku milionów złotych, jest mało, to ze zbyciem mieszkań koniec końców nie powinno być problemu. - A to głównie dlatego, że w kryzysie krezusi stają się z reguły jeszcze bardziej bogaci - wyjaśnia. Poza tym bogaci dobrze wiedzą, że im większe spowolnienie w gospodarce, tym bardziej czas gra na ich korzyść. Unikatowe projekty są wtedy jeszcze bardziej dopieszczone.
Podnieś cenę, a zobaczysz, że wzrośnie popyt. Albo ogranicz listę potencjalnych kupców, która przecież i tak już jest krótka. Spraw, by dostać się na inwestycję wcale nie było łatwo
@RY1@i02/2014/177/i02.2014.177.000001400.804.jpg@RY2@
@RY1@i02/2014/177/i02.2014.177.000001400.805.jpg@RY2@
mat. prasowe (2)
Dorota Kalinowska
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu