Dziennik Gazeta Prawana logo

Od łóżek polowych do centrów handlowych

30 czerwca 2018

Przez ćwierćwiecze w polskim handlu zmieniło się wszystko. Półki uginają się od towarów, o których przed 1989 r. przeciętny konsument mógł tylko pomarzyć. Zamiast lad w większości sklepów mamy samoobsługę, a klientów sprzedawcy witają z uśmiechem

Przełomem dla sektora handlowego borykającego się z wiecznym problemem braków wszystkiego okazała się ustawa o swobodzie działalności gospodarczej z 1989 r. Szacuje się, że w tamtym czasie nawet 2 mln osób zdecydowało się spróbować swoich szans we własnym drobnym handlu. Była to odpowiedź na eksplozję popytu, która pojawiła się na fali politycznych zmian. Dostępne stało się wszystko, dla każdego i bez ograniczeń. W efekcie w 1990 r. w kraju, według danych GUS, funkcjonowało niemal 470 tys. sklepów. To prawie dwa razy tyle, ile w 1989 r. Taki dynamiczny rozwój trwał aż do 1994 r., kiedy to konsumenci mieli do dyspozycji aż 850 tys. placówek handlowych.

Z ulicy do salonu

W tamtym okresie zakupy wyglądały jednak całkiem inaczej niż dziś. Był to czas najpierw łóżek polowych, służących za witrynę, a później - w bardziej nowoczesnej wersji, tzw. szczęk, czyli blaszanych rozkładanych stoisk, które masowo wyrastały, gdzie tylko się dało. W Warszawie "centrami handlowymi" stały się plac Defilad czy Stadion X-lecia. Ten ostatni w 1989 r., w zamian za utrzymanie obiektu, został wydzierżawiony prywatnej firmie Damis. Z czasem powstało tam 6 tys. punktów handlowych, przez co obiekt wyrósł nie tylko na największy jarmark w Polsce, ale i w Europie. Towary na bazar handlowcy przywozili osobiście pociągami, autokarami i własnymi samochodami z Niemiec, Austrii, Turcji czy Skandynawii. Szybko na polskim rynku zaczęły się pojawiać zagraniczne sieci handlowe: Billa, HIT, potem kolejne firmy takie jak Tesco, Real, Auchan, Carrefour.

- Początek lat 90. to czas zaspokajania potrzeb konsumentów, które wcześniej nie były zaspokajane. Zamiarem handlowców było więc dostarczyć to, czego oczekiwali Polacy. A ci chcieli kupować szampon Palette czy słynną czekoladę z całymi orzechami Nussbeisser - wspomina początki Andrzej Uryga, prezes zarządu PHZ Baltona.

Nie trzeba było jednak długo czekać, by rynek zweryfikował skalę przedsiębiorczości w handlu. Już w 1995 r. liczba sklepów spadła do nieco ponad 400 tys., a obecnie jest ich już tylko ponad 300 tys.

Przełom wieków przyniósł zmiany jakościowe w handlu. Polacy zaczęli zwracać uwagę na standard i warunki panujące w sklepach. To czas, kiedy zaczęły otwierać się salony pod logo znanych na Zachodzie marek odzieżowych, obuwniczych. Stało się to możliwe wraz z ewolucją hipermarketów w centra handlowe, do których handel przenosił się z ulic miast. Pojawiła się też specjalizacja w handlu. Ze sklepów ogólnoprzemysłowych wyodrębniły się te ze sprzętem AGD/RTV, oświetleniem, materiałami budowlanymi czy kosmetykami.

- Razem z pojawieniem się u nas pierwszych hipermarketów w latach 90. nastąpił wyraźny transfer do Polski kultury zakupowej z zachodniego modelu. Zakupy były niemal celebrowane, postrzegane jako rodzinna forma spędzania wolnego czasu czy cel weekendowej wyprawy samochodem - tłumaczy Katarzyna Anders z PMT Marketing System.

W tej chwili handel zatacza koło. Działania podejmowane przez władze miast mają na celu ponowne sprowadzenie sklepów na ulice handlowe. Powoli już to się dzieje. W największych aglomeracjach ulice, tak jak w czasach PRL-u, stają się miejscem, w którym działalność uruchamiają najbardziej luksusowe, a tym samym pożądane przez klientów marki.

Klient nasz pan

Dynamiczny rozwój handlu sprawił, że to sklepy musiały zacząć zabiegać o klientów. Skończył się czas reglamentacji towarów i urzędowych cen. W walce o klienta wygrywał ten, który oferował to, czego chciał klient i o każdej porze. Nieodłącznym elementem sprzedaży stały się promocje, upusty cenowe i wyprzedaże.

Oznaczało to gwałtowny spadek marż w handlu - już nie było to 300-400, ale od kilku do 150 proc. w zależności od asortymentu. Ceny towarów w związku z tym spadały, a siła nabywcza konsumentów stale rosła. Rok 1989 z powodu szalejącej inflacji był tym, w którym można było kupić jeszcze najmniej. Pensja starczała wówczas na niecałe 400 bochenków chleba, 17 butelek wódki, ponad 100 tabliczek czekolady czy 12 żelazek. Dekadę później za jedno miesięczne wynagrodzenie kupić można było już prawie 1600 bochenków chleba, 150 butelek wódki, ok. 1 tys. tabliczek czekolady i 17 żelazek. Obecnie jest podobnie.

Stare jak nowe

Z rosnącą konkurencją i oczekiwaniami wobec sklepów musieli zmierzyć się też ówcześni monopoliści, jak Społem, które dominowało na rynku spożywczym, czy Baltona i Pewex, będące w czasach PRL-u oficjalnymi dostawcami towarów importowanych.

- Przed 1989 r. Społem dysponowało ponad 20 tys. sklepów. Przekształcenia własnościowe w gospodarce narodowej, urynkowienie oraz pojawienie się sieci zagranicznych to był trudny moment dla firmy. Państwo nie zapewniło żadnych instrumentów chroniących polski handel artykułami spożywczymi w konfrontacji w zasobnymi finansowo i dysponującymi nowoczesnymi technologiami zagranicznymi sieciami handlowymi. Nie wszystkie spółdzielnie potrafiły się więc odnaleźć w nowej rzeczywistości - wyjaśnia Jerzy Rybiński, prezes KZRSS Społem, i dodaje, że dziś działa ponad 300 spółdzielni, które dysponują ok. 4 tys. sklepów. Obroty sięgają 7 mld zł, co plasuje firmę ciągle w gronie największych podmiotów handlowych w kraju.

Przetrwanie sieci było możliwe dzięki bardzo dobrym lokalizacjom sklepów - w ścisłym centrum miast i na osiedlach mieszkaniowych. Do tej pory uchodzą za najlepsze na rynku, przez co wiele sieci stara się o ich przejęcie. Społem włożyło jednak również ogromną pracę w remont placówek i odświeżenie wizerunku sieci, która przestała kojarzyć się z czasem PRL-u , a zaczęła z nowoczesnym handlem.

Pewex nie przetrwał próby czasu, Baltona była bliska likwidacji. - Do 1989 r. tylko w Baltonie liczącej 260 placówek można było kupić towary importowane. Po tym roku rynek się otworzył, napłynęła konkurencja, a Baltona straciła monopol. By utrzymać rentowność, spółka wyprzedawała nieruchomości, zmieniała strukturę handlu. Transformacja trwała do momentu całkowitej prywatyzacji w 2005 r. Wówczas Skarb Państwa sprzedał 27 proc. akcji Baltony, co doprowadziło do ostatecznej prywatyzacji firmy - komentuje Andrzej Uryga. To był też czas, kiedy spółka dostała nowe życie. Postawiła wówczas na rozwój nie tylko na polskim, ale i europejskim rynku duty free. Teraz rozwija sklepy wolnocłowe, ogólnodostępne typu convenience, kawiarnie. Działa w portach lotniczych, na przejściach granicznych, zaopatruje placówki dyplomatyczne i wojskowe, statki, promy i pokłady samolotów. Dziś w Polsce jest obecna w 8 z 13 portów lotniczych, ma 31 sklepów, 13 kawiarni i restauracji. Oprócz tego ma 8 punktów detalicznych, działa w siedmiu portach lotniczych za granicą.

@RY1@i02/2014/116/i02.2014.116.00000120a.803.jpg@RY2@

@RY1@i02/2014/116/i02.2014.116.00000120a.804.jpg@RY2@

Jak zmieniał się polski handel

Patrycja Otto

patrycja.otto@infor.pl

@RY1@i02/2014/116/i02.2014.116.00000120a.105.jpg@RY2@

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.