Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Biznes

Zeszliśmy na psy

29 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 37 minut

Pies najlepszym przyjacielem człowieka? Bzdura, dziś to modny gadżet, jak tablet czy telewizor 3D, wyprodukowany pod nasze zachcianki, ze zdegenerowanym organizmem i z zaburzoną psychiką

Za mordką nieporadnego szczeniaczka stoi drapieżny biznes. Dochodowy, odporny na kryzysy i rozwojowy. Pełen chciwości i oszustwa, żerujący na ludzkiej potrzebie miłości, braku wiedzy i naiwnej słabości do zwierząt. O to, byśmy zapomnieli, że pies jest potomkiem wilka, dbają sztaby marketingowców. Wpajają nam, że powinien się on ubierać jak człowiek, stosować diety i bawić się jak my, uczyć, oglądać telewizję, odpoczywać, mieć polisę ubezpieczeniową, własną szczoteczkę do zębów, pilniczek do pazurów, dowód osobisty, buty, a nawet piwo. A gdy ktoś przestaje za tym nadążać, na pomoc sunie armia psich zoopsychologów. Pseudohodowcy w pocie czoła pracują nad stworzeniem nowych ras o cechach jak najmniej uciążliwych dla zapracowanych mieszkańców wielkich miast. Hitem rynku z pewnością stałby się szczeniak nowej rasy, który nie sika i bezgłośnie szczeka.

Pies stał się towarem, jak sprzęt RTV czy samochód, nawet bardziej wartościowym, bo prócz walorów użytkowych dochodzą emocje nabywcy. W kryzysie prędzej odejmiemy od ust sobie, a psu damy jak zawsze co najlepsze.

Według danych firmy badającej Euromonitor International w 2013 r. wartość wszystkich sprzedanych produktów zoologicznych w Polsce wyniosła ok. 2,25 mld zł (w 2005 r. było to niespełna 1,5 mld zł). - Największy udział w tej sumie mają karmy dla psów i kotów, w ubiegłym roku sprzedano ich za ok. 1,87 mld zł. Tempo wzrostu sprzedaży produktów utrzymało się na poziomie 4 proc., mimo zawirowań gospodarczych, z którymi borykamy się od połowy 2008 r. - przyznaje Mateusz Karatysz, redaktor prowadzący "Rynku Zoologicznego". Eksperci szacują, że w 2015 r. wartość sprzedanej karmy przekroczy już 2 mld zł.

To i tak wciąż niewiele, gdy spojrzeć na liczebność psów w Europie - na naszym kontynencie żyje ich już prawie 60 mln, najwięcej we Francji i w Wielkiej Brytanii - po ok. 8 mln. My jesteśmy na trzecim miejscu - szczekających po polsku jest ok. 7,5 mln. To znacznie więcej, niż mają np. Niemcy - 5 mln - którzy już teraz wydają na jedzenie dla psiaków i kotów ponad 2 mld euro. Zważywszy, że tylko co piąty właściciel psa w Polsce kupuje dla niego gotową karmę, a na Zachodzie przeważająca większość (np. w Danii ok. 90 proc.), potencjał rynku jest tak ogromny, że nasz kraj stał się głównym celem ekspansji największych koncernów zoologicznych na świecie. Ponad rok temu wkroczyli do nas np. Niemcy z Fressnapf, gracza numer 1 w Europie w branży sklepów z akcesoriami zoologicznymi.

Wejście gigantów oznacza jednak nie tylko konkurencję, lecz także zmasowany atak marketingowy, przed którym nie umiemy się obronić, bo nasza wiedza o prawdziwych potrzebach czworonożnych przyjaciół jest zatrważająco niska. - Modne są np. zimowe ubranka dla psów, głównie krótkowłosych, bo ich właścicielom wydaje się, że zimą ich pupile marzną. Najczęściej zakrywają one tylko kark i grzbiet, a przecież pies wychładza się od podbrzusza, gdzie ma najmniej sierści. Biegając, zgarnia pod kożuszek czy sweterek lód i śnieg, jak koło w samochodzie pod błotnik. Pies bez ubranka otrząśnie się i wszystko z siebie zrzuca. A w ubranku czuje się tak jak my, gdy zakładamy na mróz mokry podkoszulek - mówi Remigiusz Cichoń, lekarz weterynarii, psycholog zwierząt ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Poznaniu.

Jeszcze większe pieniądze

Ubranka dla psów to wycinek rynku oferującego nieprzebraną ilość produktów dla naszych ulubieńców. Najczęściej im niepotrzebne, lecz doskonale zaspokajające nasze ego dobrego opiekuna. - Nie dziwią nikogo salony piękności dla psów, w których kąpiel, strzyżenie czy obcinanie pazurów to podstawa. Na rynku dostępne są m.in. szampony dla psów ze skórą wrażliwą oferowane we wszelakich wersjach zapachowych. W USA ruszyła niedawno pierwsza telewizja kablowa dla zwierząt nadająca 24 godziny na dobę po to, by pies nie czuł się samotny podczas nieobecności właściciela. Polscy właściciele mogą za to kupić szelki z kamerą i GPS-em, dzięki którym będą znali każdy ruch własnego pupila - wylicza Mateusz Karatysz.

Oferta naprawdę jest bogata - buty za 300 zł, piwo bezalkoholowe o smaku wołowiny za 7,5 zł, lakier do pazurów - 50 zł, specjalna mata do załatwiania się, która automatycznie wydziela psu smakołyki, gdy oszczędzi parkiet, maseczka na sierść, zwiększająca połysk za 150 zł. Albo pakiety ubezpieczeń, które już za kilkudziesięciozłotową roczną składkę zapewnią pokrycie kosztów leczenia, a nawet pochówku zwierzęcia.

O ile jednak marketingowe sztuczki dotyczące gadżetów wciąż w Polsce raczkują - z powodu niskiej zamożności społeczeństwa - o tyle w kwestiach żywieniowych przyjmujemy reklamowe przekazy bezrefleksyjnie. - Dajemy się nabierać na marketingowe chwyty, np. karmy przeznaczone dla poszczególnych ras. Inna karma dla yorka, a inna dla pinczera nie ma większego sensu, bo zapotrzebowanie żywieniowe psów jest proste i podobne dla większości ras. Inaczej jest w przypadku karm dietetycznych czy dla poszczególnych faz rozwoju - wtedy warto w taki produkt zainwestować. Ale należy pamiętać, że wyżywienie psa średniej wielkości powinno kosztować od ok. 150 do 200 zł miesięcznie - mówi Jacek Bany, lekarz weterynarii z Legionowa. Dodaje, że gotowe pożywienie dla psów to zło konieczne, bo to rozwiązanie wygodniejsze i bezpieczniejsze niż samodzielne przygotowywanie posiłków dla pupila. - Odpowiednie zestawienie produktów, by dostarczyć wymagane dawki poszczególnych składników, zwłaszcza dla szczeniaków ras dużych, szybko rosnących, jest zadaniem trudnym. Tym bardziej że żywność dostępna w sklepach dla ludzi jest niskiej jakości i tak naprawdę często nie wiemy, co kupujemy. A standardy produkcji karm zwierzęcych uznanych marek są na poziomie światowym - zastrzega Bany.

Jednak podstawowa karma to nie wszystko - marketingowcy wymyślili np. przysmaki. To też karma, tyle że inaczej nazwana, opakowana i droższa od zwykłej nawet 10 razy. Mało który klient, skuszony "przysmakiem nagrodą dedykowaną do szkolenia", doczyta na opakowaniu, że "zaleca się stosować 2-3 przekąski dziennie", co nawet u mało rozgarniętego tresera wywoła śmiech, bo trening psa polega na częstym, wielokrotnym nagradzaniu za każde poprawnie wykonane ćwiczenie.

Błędy w żywieniu to jedna z głównych przyczyn problemów zdrowotnych naszych pupili. Z badań przeprowadzonych w 2012 r. w ramach kampanii "Polegam na Tobie" wynika, że na różnego rodzaju schorzenia cierpi prawie 70 proc. psów. Najgorzej jest z higieną jamy ustnej. Prawie u połowy przebadanych zwierząt stwierdzono obecność kamienia nazębnego i zapalenia dziąseł. Co piąty pies jest za gruby, co prowadzi do zwyrodnień stawów. Polskie psy mają też problemy ze skórą, borykają się z łupieżem, grzybicami i alergiami. Co dziesiąty choruje na zapalenie uszu. Poza tym za rzadko je szczepimy, nie chronimy przed pasożytami zewnętrznymi, nie odrobaczamy ani nawet nie dajemy im wystarczająco dużo ruchu.

Choć profilaktyka kuleje, branża weterynaryjna ma się dobrze. Z badań przygotowanych na zlecenie Polskiego Stowarzyszenia Lekarzy Weterynarii Małych Zwierząt przez agencję On Board Public Relations (raport "Biznesu Weterynaryjnego", luty 2012 r.) wynika, że tylko co piąty właściciel psa szuka pomocy u rodziny czy znajomych, reszta idzie do weterynarza.

- Zmieniła się mentalność ludzi. Dzisiaj nawet osoby mieszkające na terenach wiejskich potrafią codziennie jeździć wiele kilometrów do przychodni, by leczyć psa. Gdy ponad 20 lat temu zaczynałem pracować jako lekarz weterynarii, w Warszawie było kilkadziesiąt lecznic i kilka rentgenów. Dziś w stolicy przychodni jest kilkaset, stosuje się u chorych psów dializy, wymienia stawy biodrowe, ostatnio dokonano pierwszego przeszczepu nerki. Właściwie jedynym ograniczeniem są finanse, bo z medycznego punktu widzenia większych różnic między leczeniem ludzi i psów już nie ma - zauważa Jacek Bany.

Wartość rynku farmaceutyków dla małych zwierząt szacowana jest już na 190 mln zł. Perspektywy rozwoju tego biznesu są szerokie - pomaga w tym prawo farmaceutyczne, które zabrania podawania zwierzętom leków ludzkich. - Wiele lekarstw dla ludzi zawiera takie same substancje czynne jak medykamenty dla zwierząt małych. I tak samo są przyswajalne przez zwierzęce organizmy. Ale prawo zabrania stosowania ludzkich leków, więc klienci muszą płacić o wiele więcej za środek dla psa, który niczym się nie różni od tańszego leku ludzkiego. To czysty biznes dla koncernów farmaceutycznych, które być może dzięki sprawnemu lobby doprowadziło do takich zapisów w ustawie - mówi lekarz weterynarii, który prosi o anonimowość.

O ile w przypadku kundli ich słabą kondycję można tłumaczyć zaniedbaniami właścicieli, o tyle słabe zdrowie psów rasowych skłania do pytań, czy jakość hodowli jest wystarczająco wysoka. Kupno psa rasowego z renomowanej hodowli wiąże się z dużym wydatkiem, bo szczeniaki niektórych rzadkich ras kosztują 5-6 tys. zł. To ceny polskie, bo za światowe czempiony, np. doga z Bordeaux imieniem Belmondo nabywcy zapłacili niedawno 25 tys. dol. Wydaje się, że właściciel, który wydał tyle pieniędzy, nie będzie oszczędzał na zdrowiu podopiecznego i zadba o najwyższą jakość wyżywienia i opieki medycznej. A jednak psy rasowe chorują, i to często. - Przykładowo u labradorów liczba zdiagnozowanych przypadków dysplazji stawów biodrowych czy łokciowych znacznie przekracza średnią statystyczną - zauważa Jacek Bany.

- Przerasowienie występuje, gdy powstaje moda na konkretną rasę. Tak dzieje się np. w przypadku mopsów, które wyhodowano specjalnie, by wyglądem wzbudzały wśród ludzi instynkty opiekuńcze. Niestety, u wielu psów o krótkich kufach, takich jak mopsy, zanika zatoka czołowa, co skutkuje poważnymi problemami ze zdrowiem - tłumaczy dr Katarzyna Fiszdon z Katedry Genetyki i Ogólnej Hodowli Zwierząt Wydziału Nauk o Zwierzętach Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie.

Ekspert zwraca jednak uwagę, że nie ma naukowych podstaw, by sądzić, iż mieszańce są zdrowsze niż psy rasowe. Powszechny sąd może brać się stąd, że u rasowych dość trafnie określa się podatność na zachorowania danego typu, jak wspomniana u labradorów dysplazja. - Jamniki cierpią na dyskopatię znacznie częściej niż inne rasy, a u chartów praktycznie to nie występuje. To jednak nie oznacza, że jamniki są mniej odporne, a charty ponadprzeciętnie zdrowe. Jednak u mieszańca to zawsze będzie ruletka, bo nie wiadomo, jakie geny przeważą. U psów rasowych taka wiedza pomaga w profilaktyce, możemy uświadamiać właściciela, jaki tryb życia powinien prowadzić wspólnie ze swoim pupilem, na co zwracać uwagę, czego się wystrzegać. Przy mieszańcu zawsze będzie to niewiadoma - podkreśla dr Fiszdon z SGGW.

- "Przerasowienie" to może nie najlepsze słowo, choć rzeczywiście istnieją choroby o podłożu genetycznym, które występują częściej u poszczególnych ras. Jest to jednak również wynik nierozważnego postępowania nierzetelnych hodowców, którzy konsekwentnie przeznaczają do rozrodu osobniki obarczone daną wadą, przez co utrwalają ją w danej linii hodowlanej. Same psy i koty przez wiele osób postrzegane są zaś w kategoriach nie tylko towarzysza i przyjaciela, ale także symbolu statusu społecznego. Rynek dostosowuje się do tych potrzeb, co z kolei sprzyja komercjalizacji hodowli ze wszystkimi negatywnymi konsekwencjami - mówi dr nauk weterynaryjnych Magdalena Kalwas-Śliwińska z Kliniki Małych Zwierząt SGGW.

Choć jesteśmy europejskim psim potentatem, to lokujemy się w ogonie statystyk, jeśli chodzi o ich rasowość. Psów rasowych w Polsce jest zaledwie 4-5 proc., to w przybliżeniu 300-400 tys. sztuk. Dla porównania - w Danii jest ich ok. 90 proc.

- Świadomość wiedzy o psach jest w Polsce tragicznie mała. Media nakłaniają, by brać zwierzęta ze schronisk, a przecież schronisk w ogóle nie powinno być w tej formie - ogromnych, z wielką liczbą psów. Powinny zostać jedynie punkty dla znalezionych zwierząt, z których większość jest odbierana przez właścicieli, czy potrzebujących czasowej opieki, np. gdy właściciel zachorował. Trzeba masowo sterylizować suki, wtedy problem bezpańskich zwierząt zniknie najdalej za 10 lat - alarmuje Małgorzata Supronowicz, lekarz weterynarii, hodowca.

Dodaje, że wielokrotnie spotyka się z wielką ignorancją ludzi, którzy ulegając modzie, chcą kupić rasowego psa, choć kompletnie nie wiedzą, jakie ma on wymagania. - Ludzie zaczęli myśleć, że jak mają pieniądze, to mogą wszystko sobie kupić. Biorą więc psa rasy husky do bloku, a przecież to psy pociągowe, najlepiej czują się na otwartej przestrzeni. Albo przychodzi do mnie pani z chłopczykiem, który kopie szczeniaki i na moją uwagę, żeby tego nie robił, wyzywa mnie i straszy sądem, bo nie chcę jej sprzedać psa. Żaden szanujący się hodowca nie odda zwierzęcia w ręce ludzi niezrównoważonych - opowiada Małgorzata Supronowicz.

Przekleństwo ja

Zwraca uwagę, że na rynku pojawiło się mnóstwo - jak ich nazywa - rozmnażaczy psów. - To prości ludzie, którzy nie mają pojęcia o hodowli. Ale zrobili sobie z tego interes i sprzedają psy chore, z wadami, każdemu, kto zapłaci. Stąd biorą się deformacje genetyczne całych linii hodowlanych. To jest dramat dla uczciwych hodowców, którzy inwestują wiele pieniędzy i czasu, by stworzyć jak najlepsze i najzdrowsze psy. Jeżdżą na wystawy, także zagraniczne, które nie są snobizmem i sposobem na nabijanie wartości psa, jak się niektórym wydaje, tylko miejscem wymiany doświadczeń, sposobem na zapewnienie jak najlepszej jakości hodowli - wylicza dr Supronowicz.

- Przyszedł do mnie człowiek z yorkiem w ręku, powiedział, że właśnie kupił go na bazarze i poprosił o zbadanie, bo otwiera hodowlę. Na pierwszy rzut oka było widać, że psiak ma wadę zgryzu i kolan, i jeszcze przepuklinę. Gdy powiedziałem mu, że takiego psa nie wolno rozmnażać, zwyzywał mnie. Dziś pewnie sprzedaje na tym samym bazarze swoje szczeniaki i na tym zarabia - wspomina Jacek Bany.

Dziś, po zmianie w 2012 r. prawa o ochronie praw zwierząt, które miało wyeliminować pokątny handel na bazarach, hodowcą może być każdy. Wystarczy założyć stowarzyszenie, w którym zarejestruje się hodowlę - na rynku działa takich organizacji, czasami jednoosobowych, 2 tys. W efekcie rynek zalewają psy z wadami genetycznymi, ale jest na nie spory popyt, bo kosztują znacznie mniej niż te z renomowanych hodowli. Biznes jest opłacalny, bo suki niektórych ras mają w jednym miocie po kilkanaście młodych. Trzeba je już tylko odchować na najtańszej karmie kilka tygodni, często bez szczepień i odrobaczania, i sprzedać przez internet choćby za kilkaset złotych. Jeśli ma się kilka, kilkanaście takich suk, miesięcznie można z tego wyciągnąć ponad kilkadziesiąt tysięcy.

- Demokracja ma to do siebie, że mają prawo powstawać różne stowarzyszenia, tak samo jest na Zachodzie. Od samych ludzi jednak zależy, czy zaufają działającej od 75 lat organizacji, czy widniejącej od roku tylko w internecie. Nasz związek jest gwarantem, że nasi hodowcy przestrzegają rygorystycznych wymogów, że ich szczeniaki są urodzone i wychowywane w odpowiednich warunkach, wiadomo, jakich mają rodziców - zastrzega Elżbieta Augustyniak, rzecznik prasowy Zarządu Głównego Związku Kynologicznego w Polsce, najstarszej polskiej organizacji hodowców psów rasowych powstałej w 1938 r.

Zwolennicy czystości rasy, prócz słusznych obaw o stan zdrowia, alarmują także, że gdy kupimy psa niewiadomego pochodzenia, w domu może pojawić się zwierzę, które zagrozi naszemu bezpieczeństwu. Będzie agresywne i niepokorne. To jednak tylko kolejny element marketingu. Z naukowego punktu widzenia nie jest ważne, jakiej rasy jest pies. Bo rasa to nasz wymysł, sztuczny byt. To, czy pies będzie psem bezpiecznym, zależy wyłącznie od człowieka. - Jestem biegłym sądowym. I w swojej praktyce nie przypominam sobie sprawy, gdzie atak psa był zawiniony przez zwierzę. Praktycznie zawsze sprawcą jest człowiek przez swoją nieodpowiednią kontrolę nad psem - zaznacza Remigiusz Cichoń z SWPS.

- Nie ma bardziej czy mniej agresywnych ras. Lista tych niebezpiecznych, na które potrzeba państwowych pozwoleń, jest bzdurą pozbawioną naukowych podstaw. Pies nie ma wrodzonej agresji wobec człowieka. To kwestia wychowania i właściwej socjalizacji. To człowiek sprawia, że pies atakuje - przekonuje Karolina Ciecierska, trenerka zwierząt z Pet Academy. Na dowód przytacza amerykańskie statystyki pogryzień: czołowe miejsca zajmują owczarki niemieckie, labradory i golden retrievery, dwie ostatnie rasy to psy uznawane za wyjątkowo przyjacielskie wobec człowieka. - To pokazuje, jak silne są mity. Niewiele osób wie, że np. w Anglii to bulteriery sprawowały funkcję niańki do dzieci, bo były wyjątkowo cierpliwe i odporne na ból. Dziś to rasa uważana za wyjątkowo niebezpieczną - zauważa Karolina Ciecierska.

Tłumaczy, że zamiast mówić o nieokiełznanej agresji jakiejś rasy, powinno się przyjrzeć progowi reakcji. Określa on minimalną siłę bodźca, jaka jest potrzebna, aby wywołać daną reakcję, np. agresywną. - Psem, u którego ten próg jest najniższy, jest jamnik. To może być zaskakujące, lecz z badań wynika, że psy uznawane powszechnie za agresywne mają ten próg o wiele wyższy. Być może wynika to z tego, że właścicielami jamników są najczęściej ludzie starsi, którzy nie narażają zwierzęcia na bodźce, które uruchamiałyby agresję. No i jak jamnik ugryzie, skutki są mniej dramatyczne niż atak bulteriera - zaznacza trenerka psów.

- Nasz papież mówił: Kościół nie ma wad, tylko ludzie są niedoskonali. Zwierzęta są doskonałe, my nie. Chcemy dla naszych psów jak najlepiej, nasze intencje są dobre, staramy się zapewnić im jak najlepsze warunki, lecz bezrefleksyjnie ulegamy modzie i reklamie. Nie zastanawiamy się, czego tak naprawdę potrzebuje pies, tylko zaspokajamy swoje oczekiwania. Dlatego radzę, zanim kupimy nowego członka rodziny, by zastanowić się nad własnym ja, a pies się do tego dostosuje. Żeby to ja nie stało się naszym przekleństwem - konkluduje Remigiusz Cichoń.

Według danych firmy Euromonitor International w 2013 r. wartość wszystkich sprzedanych produktów zoologicznych w Polsce wyniosła ok. 2,25 mld zł (w 2005 r. było to niespełna 1,5 mld zł)

@RY1@i02/2014/011/i02.2014.011.000000800.803.jpg@RY2@

Jens Meyer/AP

Rafał Drzewiecki

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.