Uleczeni przez fuzję
Przełomowych odkryć jak na lekarstwo, patenty wygasają, terapie tanieją, a w branży coraz trudniej o łatwy pieniądz. Na zarobki firm - zamiast naukowców w laboratoriach - coraz częściej pracują prawnicy i specjaliści od rynku przejęć
Jedz, zanim sam zostaniesz zjedzony" - ta zasada coraz częściej znajduje zastosowanie na rynku farmaceutycznym. Analitycy nie mają wątpliwości, że "Big Pharma" jest głodna. Potrzebuje nowych leków, musi walczyć z konkurencją ostrzej niż inni, ponadto kończą się jej patenty na terapie, które przez lata stanowiły żyłę złota. Aby utrzymać marże na wysokim poziomie, biznes lekowy musi szukać nowych ścieżek rozwoju. Ostatnie lata pokazują, że fuzje i przejęcia to jeden z kierunków zmian. Inna strategia to wykorzystywanie kruczków prawnych, by dzięki sztucznemu blokowaniu konkurencji wydłużać monopol na swoje najcenniejsze preparaty.
Sojusz Viagry i botoksu
Wiadomość, że amerykański Pfizer przejmuje producenta botoksu, zelektryzowała branżę nie tylko farmaceutyczną. W osłupienie wprawia kwota 160 mld dol., którą zaproponował wytwórca Viagry za irlandzką firmę Allergan. Już wiadomo, że transakcja - właśnie z powodu ceny - przejdzie do historii. Jak do tej pory większą wartość miała jedynie fuzja dwóch firm telekomunikacyjnych o wartości około 180 mld dol., która doszła do skutku kilkanaście lat temu.
Kiedy pod koniec lat 90. Pfizer przejmował swojego rywala firmę Warner-Lambert za ponad 100 mld dol., wydawało się, że nieprędko ktoś go zdeklasuje. I rzeczywiście, koncern dzierżył palmę pierwszeństwa do listopada tego roku, kiedy to farmaceutyczny gigant przebił samego siebie. To nie było zresztą jego pierwsze tego rodzaju posunięcie biznesowe. W 2003 r. przejął Pharmacia Corporation za blisko 90 mld dol. Pfizer od lat zajmuje drugie miejsce na liście firm z największymi dochodami w branży farmaceutycznej, zaraz za koncernem Johnson & Jonson. Teraz, jeżeli umowa zostanie zaakceptowana przez odpowiednie urzędy ochrony konkurencji, powstanie megagigant farmaceutyczny.
Analitycy oraz media jeszcze w 2014 r. zdążyły nazwać go rokiem rekordowym pod kątem wysokości transakcji, tymczasem szybko wyszło na jaw, że się mylili. Sama umowa między Pfizerem i Allerganem sprzed kilku tygodni jest warta tyle, ile zeszłoroczne fuzje i przejęcia w branży, których wartość wynosiła 162 mld dol. Chodzi o naprawdę gigantyczne kwoty, które stanowią równowartość produktu krajowego Polski, gdyż łączna wartość M&A (Mergers and Acquisitions, czyli fuzji i przejęć) od początku 2014 r. wyniosła ponad 500 mld dol.
Jakie są powody takich działań? Przy przejęciu irlandzkiego Allergana amerykański koncern nie owijał w bawełnę i przyznawał, że ma już dość płacenia wysokich podatków. W USA firmy muszą zostawiać nawet 35 proc. dochodu, w Dublinie, siedzibie Allerganu, może to być odsetek równy nawet i 12,5 proc. Pfizer rok temu płacił podatki według efektywnej stawki 27,4 proc. Tymczasem zdaniem analityków każdy punkt procentowy mniej oznacza dla Pfizera oszczędność 200 mln dol. Dlatego pomimo zawrotnej kwoty właściciele liczą, że inwestycja szybko się im zwróci. (Jednak aby amerykańska firma mogła skorzystać z tego bonusu w postaci niskich europejskich opłat, musi zastosować pewien myk: formalnie to Allergan przejmie firmę, by potem zmienić nazwę na Pfizer Plc i oddać zarządzanie Ianowi Readowi, który kierował koncernem w Stanach - w innym przypadku nowa firma musiałaby zostawiać część swojego majątku w USA).
O tym, że Pfizer szukał okazji do tzw. inwersji podatkowej, było wiadomo od początku roku: najpierw chciał się przenieść do Wielkiej Brytanii, próbując przejąć szwedzko-brytyjską spółkę AstraZeneca. Podchody trwały od stycznia, a z każdym miesiącem amerykański koncern kusił coraz to większymi pieniędzmi. Na wiosnę kwota urosła do 60 mld, a następnie do blisko 70 mld dol. Oferty nie przyniosły jednak skutku. Europejczycy uważali, że to nadal za mało. Zarzucali też Pfizerowi, że nie ma jasnej koncepcji rozwoju. Powodem negatywnej decyzji były również obawy przed drastycznymi zmianami na rynku pracy - przejęcie mogłoby się wiązać z masowymi zwolnieniami.
Zamiast ciągnąć negocjacje z AstraZeneca, Pfizer kilka miesięcy później dogadał się z irlandzkim Allerganem. - Niższe podatki w Europie kuszą amerykańskie firmy do przejmowania firm europejskich - przyznaje Szymon Adamczyk, dyrektor Biura TMT i Przemysłu Farmaceutycznego. Jeżeli w USA nie zmieni się polityka podatkowa, przenoszący się za ocean Pfizer z pewnością nie będzie ostatni.
Eliminacja przez przejęcie
Optymalizacja podatkowa to jednak, zdaniem analityków, tylko mały fragment większej układanki. Rynek farmaceutyczny od kilku lat znajduje się w dość nietypowej sytuacji: z jednej strony zapotrzebowanie na leki rośnie. Powodem jest starzejące się społeczeństwo - do 2050 r. w krajach OECD ludzie powyżej 80. roku życia będą stanowić prawie 10 proc. społeczeństwa. To zaś grupa wymagająca należytej opieki medycznej. Od lat nie został też rozwiązany problem nowotworów, na które liczba zachorowań rośnie z roku na rok. I zgodnie z przewidywaniami mogą stać się one pierwszym zabójcą w krajach rozwiniętych. Do tego dochodzą rosnące oczekiwania chorych, że dostępne terapie obejmą również ciężkie schorzenia i choroby rzadkie. To wyzwania, na których firmy mają szansę zarobić.
Z drugiej strony branża musi sobie radzić z wygasającymi patentami na innowacyjne leki. Dzięki ochronie koncerny mają przez 20 lat monopol na swoje odkrycie, a nikt nie może produkować leku z taką samą substancją czynną. W UE firmy mogą jeszcze przedłużyć patent przez pięć lat. To także, zdaniem ekspertów, jeden z najbardziej konkurencyjnych rynków.
Firmy szukają więc nowych strategii rynkowych. Zdaniem Szymona Adamczyka fuzje to jeden z nich. Dzięki temu mogą połączyć się lub przejąć rywala, eliminując zagrożenie. "Presję konkurencyjną wśród przyczyn nasilonej aktywności w obszarze fuzji i przejęć" wskazywało dwa lata temu 48 proc. przedsiębiorstw pytanych przez firmę doradczą w ramach raportu Deloitte i The Economist Intelligence Unit "M&A trends in life sciences and health care". Przykładem tego jest chociażby, również tegoroczna, głośna fuzja izraelskiej Tevy i Allergan Generics. Tym razem w spółkę weszli dwaj giganci w segmencie leków generycznych. Teva rok temu kontrolowała około 12 proc. tego rynku, posiadając portfolio o wartości 70 mld dol. Teraz połączyła się z trzecim największym producentem w tym segmencie. Na rynku generyków (czyli leków, które mają tę samą cząsteczkę, co preparaty innowacyjne) firmy nie mogą liczyć na to, że podbiją świat jednym specyfikiem - cena i marża jest o wiele niższa, liczy się więc przede wszystkim skala działalności i zwycięstwo nad konkurencją. Tymczasem właśnie pod bokiem zaczęli wyrastać bardzo groźni rywale, np. hinduskie firmy, jak Sun Pharmaceuticals, oferujące znacznie tańsze produkty.
Teva liczy, że dzięki poszerzeniu swojego koszyka utrzyma pierwszą pozycję. Zaś Allergan deklarował, że pieniądze ze sprzedaży przeznaczy na badania nad nowymi preparatami. Teraz będzie to robił pewnie pod kuratelą Pfizera.
Obok eliminacji przeciwnika przyczyna M&A może być jeszcze inna: koncentracja na jednym segmencie rynku. Firma staje się potentatem w leczeniu onkologicznym, okulistycznym etc. Jak tłumaczą eksperci ds. rynku farmaceutycznego Bartosz Marcinkowski oraz Tomasz Kaczyński z kancelarii Domański Zakrzewski Palinka, ostatnie transakcje wskazują, że przy konsolidacjach firmom często zależy na rozwoju określonej linii specjalizacyjnej. - Przedsiębiorcy w dostrzegalny sposób odchodzą od modelu, w którym mają szeroki portfel produktów, zawierający zarówno leki OTC (bez recepty), leki RX (na receptę), leki oryginalne czy leki generyczne. Budują swoje portfolio produktowe na zdobytym doświadczeniu - tłumaczą. Przykładem jest umowa między GlaxoSmithKline a Novartisem, które "wymieniły" się produktami. W 2014 r. GSK przejął od Novartisu obszar biznesu szczepionkowego (poza szczepieniami na grypę) za 7,1 mld dol. Novartis nabył natomiast od GSK portfolio onkologiczne i związane z nim działania badawczo-rozwojowe za 16 mld dol. Obecnie Novartis ma prawo pierwszeństwa w negocjacjach dotyczących onkologicznych produktów GSK będących w stadium rozwoju.
W ramach oddzielnej umowy Novartis sprzedał dział leków weterynaryjnych firmie Lily za niecałe 5,4 mld dol. Lily stało się tym samym drugą co do wielkości firmą zajmującą się produkcją leków dla zwierząt i spodziewa się zwiększenia efektywności swojej spółki Elanco oraz zakupionego Novartis Animal Health, co pozwoli im zaoszczędzić ok. 200 mln dol. rocznie w ciągu trzech lat od transakcji - to ponad 10 proc. kosztów operacyjnych połączonych biznesów.
Podobny ruch wykonał niedawno także Bayer, odkupując za 14 mld dol. od Mercka leki bez recepty. Przejęcie to zdaniem producenta aspiryny miało mu zapewnić drugą na świecie pozycję na rynku leków dostępnych bez recepty.
- Dzięki wymianie portfolio poszczególnych firm każda z nich może obecnie skupić się na wybranych obszarach terapeutycznych, konsekwentnie je rozwijając - tłumaczą prawnicy z DZP.
Płacę za opóźnienie
Równocześnie z przejęciami firmy robią, co mogą, by chronić patenty leków stanowiących główne źródło dochodu. Kiedy koncern wprowadza na rynek innowacyjny lek, otrzymuje 20- lub nawet 25-letnią ochronę. Dopiero po upływie tego czasu inni producenci mogą wprowadzać leki posiadające tę samą cząsteczkę czynną, czyli wspominane leki generyczne. Proces nazywany jest potocznie "patent cliff". Jak wynika z raportu Deloitte, wartość rynkowa leków, których patenty wygasły pomiędzy rokiem 2009 a 2012, wyniosła ponad 100 mld dol. Eksperci wyliczają, że strata patentu powoduje spadek sprzedaży oryginału o 80 proc.
Koniec ochrony wiąże się więc z utratą wysokich zarobków. Jak podsumowuje FiercePharma.com, w 2015 r. strata finansowa producentów opatentowanych leków może wynieść 44 mld dol. To drugi najwyższy wynik od 2012 r., w którym wygaśnięcie patentów kosztowało chronione dotąd firmy 53 mld dol.
Kiedy Bristol-Myers Squibb straciło patent do Plavixu (stosowanego w chorobach układu naczyniowego), drugiego najlepiej sprzedającego się produktu świata, przychody firmy zmniejszyły się w tamtym roku o 1,83 mld dol.
Merck do utraty patentu na Singulair (astma) przygotowywał się już wcześniej. W 2011 r. obniżył zatrudnienie o jedną trzecią, zwalniając 30 tys. osób. Mimo tego firma zanotowała spadek przychodów o 7 proc. w czwartym kwartale 2012 r.
Novartis przed stratą Diovanu (lek na nadciśnienie tętnicze) we wrześniu 2012 r. zmniejszył swój budżet o 1,9 mld dol., a w 2011 r. i w następnym roku o kolejne 1,9 mld dol. Skutkowało to zwolnieniem 2,4 tys. pracowników.
Tymczasem często te opatentowane leki znajdują się w grupie najbardziej dochodowych na świecie. Takim przykładem jest lek Humira firmy AbbVie (na ciężkie schorzenia reumatologiczne), który znajduje się od kilku lat w grupie 10 najbardziej dochodowych preparatów (sprzedaż w 2012 r. na rynku amerykańskim wynosiła 9,3 mld dol., w 2014 r. - 8,6 mld dol.) - w przyszłym roku straci ochronę rynkową, to zaś spowoduje, że na jego miejsce z dnia na dzień wskoczą o wiele tańsze zamienniki. Chcąc nie chcąc, firma będzie musiała zejść z ceny oryginalnego produktu, by nadal znaleźć na niego chętnych. Podobnie z lekiem Lantus, preparat Sanofi dla cukrzyków (będący w dziesiątce najbardziej dochodowych medykamentów) - wartość sprzedaży w USA to 7,9 mld dol. w 2013 r. Ochrona się skończyła w lutym tego roku.
Teoretycznie w takiej sytuacji firmy farmaceutyczne powinny zintensyfikować działania na polu badawczym, jednak wiele wskazuje na to, że zmieniły model biznesowy. Zamiast inwestować mnóstwo pieniędzy w badania, wolą przejąć mniejsze przedsiębiorstwo, które zrobiło to już za nich. Skupiają się więc na wyszukiwaniu obiecujących okazji. - Często korzystniej jest kupić istniejącą firmę albo gotowy produkt, niż poświęcić lata i miliony dolarów na organiczny rozwój, opracowanie produktu i jego rejestrację - mówią Marcinkowski i Kaczyński. Kiedy niedawno wszystkie media się rozpisywały o rejestracji różowej pigułki zwanej viagrą dla kobiet, koncern, który ją wyprodukował, kilka dni później zgodził się na przejęcie przez Valeant Pharmaceuticals, firmę, która konsekwentnie sięga po takie rozwiązania. "To nasza strategii biznesowa" - mówił w wywiadzie jeden z jej dyrektorów. Jak wynikało z edycji raportu Deloitte sprzed dwu lat, blisko połowa badanych firm farmaceutycznych jako przyczynę aktywności na rynku M&A wskazała właśnie kończącą się ochronę własności intelektualnej.
Wspominany Pfizer rósł w siłę głównie dzięki fuzjom, np. przejmując Pharmacię ponad dekadę temu, zyskał patenty na nowe leki, dzięki którym jest teraz znany, przede wszystkim w okulistyce, onkologii i endokrynologii.
AbbVie, producent opisywanej już Humiry, m.in. po to, by zrekompensować utratę, z którą będzie musiał się liczyć, kupił za 21 mld dol. firmę Pharmacyclics. Zaraz po tym, gdy ta zarejestrowała bardzo obiecujący preparat do stosowania w leczeniu pacjentów z rzadką odmianą nowotworu złośliwego krwi o agresywnym przebiegu.
Innym przykładem zawrotnego sukcesu jest przejęcie przez firmę Gilead niewielkiej firmy biotechnologicznej Pharmasset, która pracowała nad lekiem na HCV. Firma zatrudniała około 80 pracowników i generowała milionowe straty, zaś badania nad lekiem obejmowały kilkudziesięciu pacjentów, mimo to Gilead zapłacił za nią 11 mld dol. Nie zważając na krytykę (wielu pukało się w czoło, uważając, że koncern na tym straci), parł do przodu. Dwa lata później amerykańska Agencja FDA zarejestrowała lek, który nie ma żadnej konkurencji. To preparat, który jako pierwszy leczy z żółtaczki typu C, a nie tylko zalecza chorobę. Firma zażądała obłędnej kwoty 1 tys. dol. za dzień terapii i obecnie Sovaldi należy do grupy najlepiej sprzedających się leków - w zeszłym roku wartość sprzedaży wyniosła 10 mld dol. Cena jednak budzi i budziła wiele kontrowersji. Pierwszego grudnia amerykański senat opublikował raport, w którym jednoznacznie stwierdza, że cena leku była za droga. I spowodowała znaczne problemy w finansowaniu ochrony zdrowia.
Jednak nie wszystkie transakcje należą do udanych, jak choćby przejęcie Inhibitexu przez Bristol-Myers Squibb, która zakończyła się katastrofą po pół roku. Cząsteczka, która również miała służyć w walce z HCV, okazała się toksyczna. W efekcie ta decyzja strategiczna przyniosła firmie stratę w wysokości 2,5 mld dol.
Kruczki dają zysk
Fuzje i przejęcia to nie wszystko. Firmy szukają różnych wybiegów na przedłużenie patentów. Aby przesunąć moment ich wygaśnięcia, właściciele podejmują walkę na różne sposoby. Jednym jest sprzedaż swojego chronionego patentami leku, aby zapobiec pojawieniu się mnóstwa generyków ze strony firm specjalizujących się w ich przygotowaniu. Tworzą więc umowy z jedną firmą na zasadzie "płacę za opóźnienie". Tak zrobił pół roku temu szwajcarski producent leków Novartis AG. Udało mu się odsunąć o siedem miesięcy konkurencję generycznych wersji swojego najlepiej sprzedającego się produktu - Gleevec (w Europie Glivec), leczącego choroby krwi (np. białaczka, AIDS). Lek generował dla Novartisu roczne przychody w wysokości 4,68 mld dol. Aby nie stracić wszystkiego, Novartis zawarł umowę z indyjską firmą Sun Pharmaceutical Industries Ltd., produkującą leki generyczne. Tylko Sun Pharmaceutical dostało akceptację FDA na tworzenie generycznych wersji Gleevecu. Akceptacja trwa ok. 10 miesięcy. Dodatkowo Sun dostało właśnie od FDA wyłączność na sprzedaż leku przez sześć miesięcy. W efekcie Sun nie będzie produkować generycznych wersji w USA jeszcze do lutego 2016 r. - mimo że patent na główny składnik leku wygasł 4 lipca 2015 r. Novartis zyskał siedem miesięcy. Gdyby tańsze leki weszły na rynek już w lipcu, analitycy szacują, że wydatki na leczenie pacjentów byłyby niższe o pół miliarda dolarów. W połowie 2016 r. patent na Glivec kończy się także w UE.
To niejedyna metoda. Inną z nich są liczne procesy sądowe. Teoretycznie powodem jest naruszenie dóbr własności intelektualnej. W praktyce zdaniem Komisji Europejskiej (tak wynikało z opublikowanego w 2009 r. sprawozdania) w blisko połowie przypadków chodziło jedynie o wstrzymanie wejścia nowego leku na rynek lub też odstraszenie firm, którym by się nie opłacało wchodzić w sądowe spory. W 46 proc. przypadków wydano wyrok na korzyść firmy generycznej. Producentom innowacyjnych leków i tak się to opłacało - rozprawy wstrzymywały o 18 miesięcy wejście generyków na rynek.
Kolejną metodą, która zresztą została napiętnowana przez KE, są "ugody" firm. O co chodzi? Koncern, który jest posiadaczem patentu na oryginalny lek, płaci innej za to, że nie wprowadzi albo opóźni wprowadzenie generyku.
Tak było zdaniem KE w przypadku duńskiej firmy Lundbeck i czterech firm generycznych. Poszło o lek antydepresyjny. W 2002 r. wygasła ochrona patentowa jego substancji czynnej - ale duńska firma miała jeszcze kilka innych patentów na sposób wytwarzania leku. Pomimo to jedna z firm zaczęła się przygotowywać do wyjścia na rynek ze swoim produktem o tym samym działaniu. Lundbeck postanowił, że nie będzie się procesował, lecz wręcz odwrotnie: zawarł ugodę z konkurencją - firmy generyczne zgodziły się nie wprowadzać leków w zamian za opłatę. Zniszczono nawet już wyprodukowane partie leków. KE uznała, że to uniemożliwiło wejście tańszego zamiennika i ograniczyło konkurencję. Nałożono karę 150 mln euro. Duńska firma odwołała się do wyższych instancji. Wyrok jeszcze nie zapadł.
Z kolei Johnson & Johnson porozumiał się z Novartisem co do leku przeciwbólowego fentanyl. Właściwie chodziło o zakamuflowaną łapówkę - J&J zawarł z Novartisem umowę o współpracy w zakresie promocji. Novartis nie wprowadził żadnego leku (mimo że się wcześniej przygotowywał) i nie istniały żadne działania promocyjne, zaś pieniądze, które dostał, były wyższe, niż gdyby sprzedał zamiennik fentanylu. Tezę o zmowie potwierdził również fakt, że umowa między firmami została rozwiązana, kiedy na rynek wszedł trzeci gracz - konkurent z gotowym generykiem. KE uznała, że dzięki takiej akcji J&J mogło sztucznie utrzymać zawyżoną cenę przez 17 miesięcy. Za karę firmy musiały zapłacić 16 mln euro. Od decyzji się nie odwołały.
427 mln euro kary dostały Servier - również z ramienia KE - i pięć innych firm, które blokowały wejście na rynek tańszych generyków (Teva, Krka, Lupin, Niche/Unichem i Matrix). Jak uważa KE, Servier skupował od konkurentów patenty generyczne na lek przy nadciśnieniu, blokując w ten sposób wejście podobnych tańszych zamienników. Francuski koncern w ten sposób sztucznie monopolizował rynek, naruszając, zdaniem KE, konkurencję.
AstraZeneca z kolei, chcąc przedłużyć dochody z innowacyjnego leku Losec (przełomowego leku w chorobie wrzodowej), zapewniającego jej krociowe dochody, nadużywała przepisów patentowych. KE po trzech latach zbierania dowodów wykazała, że koncern wystąpił w kilku krajach o przedłużenie ochrony patentowej, choć nie miał ku temu uprawnień. O ochronę można było występować, jeżeli lek był zarejestrowany po określonej dacie. Firma ten fakt sprytnie ukryła. Nie dość tego, zmieniła formę leku z kapsułek na tabletki. I wycofała obrót lekiem w pierwotnej formie z kilku państw, nie rejestrując nowej formy. Po co? Generyki w danym kraju mogą wejść na rynek, gdy jest na nim zarejestrowany lek oryginalny. To skutecznie opóźniło wprowadzenie tańszych zamienników na rynek. Skutkowało to nałożeniem kary wysokości 60 mln euro. Firma odwołała się m.in. do unijnego Trybunału Sprawiedliwości. Ten podtrzymał stanowisko KE.
Pacjent, ostatnie ogniwo
O straty na rynku farmaceutycznym nie ma co się martwić. Wygląda na to, że zastosowane strategie działają jak na razie znakomicie, a ten segment radzi sobie świetnie. "Od lat branża farmaceutyczna uznawana jest za jedną z bardziej dochodowych, choć także wyjątkowo konkurencyjnych. W 2014 r. jej przychody na całym świecie wyniosły 1,23 bln dol., w porównaniu do 1,15 bln dol. rok wcześniej. Wiodącym motorem tego wzrostu były leki onkologiczne" - piszą autorzy analizy przygotowanej przez firmę doradczą Deloitte "2015 Global Life Sciences Outlook". I choć uznają, że "branża ta, znajdująca się pod coraz większą kontrolą regulatorów i presją cenową, zmaga się z podobnymi problemami jak sektor usług finansowych 5-10 lat temu". To w 2018 r. globalne przychody firm farmaceutycznych sięgną ponad 1,6 bln dol.
Jednak jest jeszcze jeden aspekt tych zmian - to, jak wpływają one na pacjentów. To na nich zarabia "Big Pharma", ale to im powinna również służyć. Choć same firmy zarzekają się, że ceny ich produktów nie będą rosnąć, to każdy wie, że im większy koncern, tym lepszą ma pozycję w negocjacjach. I że im większa konkurencja, tym lepiej dla chorych. To ważne, gdyż jak mówi dr Dobrawa Biadun, specjalistka w zakresie prawa medycznego Konfederacji Lewiatan, pacjenci mają najmniej instrumentów do wywierania presji na duże firmy farmaceutyczne, będąc jednocześnie ich głównym źródłem utrzymania.
Po fuzjach ceny może nie wzrosną, ale nie jest powiedziane, że będą dalej spadać. W większości państw część wydatków publicznych jest przeznaczanych na finansowanie leków, tak żeby zapewnić społeczeństwu dostęp do leczenia, szczególnie w przypadku tych drogich terapii. Problem zbyt wysokich cen jest znany od dawna. W ostatnim raporcie OECD podsumowującym sytuację zdrowotną autorzy podkreślali, że wydatki na leki w większości państw rosną. Ale nie mają one szansy udźwignąć finansowania terapii rzadkich (w Polsce to nawet koszt kilku milionów złotych za jedną terapię). Już teraz w Europie niektóre rządy wchodzą w "fuzje", by stawić czoła walce z firmami. Takim przykładem są Belgia i Holandia, które chcą negocjować stawki leków dla obu państw razem.
Prawnicy z kancelarii DZP przyznają, że konsolidacja na rynku umacnia pozycję podmiotu przejmującego. Jednak ich zdaniem ważne jest podejście regulatora, który czuwa - na poziomie krajowym i europejskim - nad zachowaniem zarówno konkurencji, jak i praw konsumentów. Jak tłumaczą, transakcje siłą rzeczy oddziałują na rynek, ale po to właśnie powołano wyspecjalizowane organy, takie jak Komisja Europejska czy polski UOKiK, by przed transakcją zweryfikowały jej wpływ na rynek. Organy te nierzadko formułują warunki, których spełnienie jest nieodzowne dla jej przeprowadzenia ("zamknięcia"). Jednym z wymogów stawianych łączącym się spółkom przez organy ochrony konkurencji jest konieczność sprzedaży części biznesu podmiotowi trzeciemu. Jednak zdaniem Szymona Adamczyka z TMT i Przemysłu Farmaceutycznego z perspektywy konsumentów może się też okazać, że w ostatecznym rozrachunku będą oni jednak tracić na zmianach zachodzących na rynku. Jeśli np. tworzymy listę leków refundowanych, a większość tych leków pochodzi od jednego producenta, to im mniejsza konkurencyjność, tym koszty leczenia będą wyższe niż w przypadku wysokiej konkurencji.
Choć same firmy zarzekają się, że ceny ich produktów nie będą rosnąć, to każdy wie, że im większy koncern, tym lepszą ma pozycję w negocjacjach. I że im większa konkurencja, tym lepiej dla chorych. Tymczasem pacjenci mają najmniej instrumentów do wywierania presji na duże firmy farmaceutyczne, będąc jednocześnie ich głównym źródłem utrzymania
Klara Klinger
Jakub Styczyński
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu