Fala uderzeniowa znad Tamizy dotrze nad Wisłę
Sama zapowiedź Brexitu już dziś wywołała zawirowania na rynkach finansowych, m.in. na notowaniach akcji na polskiej GPW i kursach walut. To zaś uderza nie tylko w branżę finansową, eksporterów, ale również w firmy, które z eksportem niewiele mają wspólnego, np. w deweloperów
Poranek 24 czerwca br. okazał się bardzo niespokojny nie tylko dla przedsiębiorców prowadzących wymianę handlową z Wielką Brytanią, ale także dla wszystkich tych, którym zależy na stabilnych kursach walut, oraz dla graczy giełdowych i inwestorów. Po opublikowaniu wyników referendum w Wielkiej Brytanii indeks WIG20 drastycznie pikował, funt potaniał, a kursy franka, dolara i euro poszybowały w górę. W pewnym momencie złotówka zanotowała najsłabszy tegoroczny wynik wobec wspólnej europejskiej waluty: ponad 4,50 zł za 1 euro, jednocześnie umacniając do wartości 5,40 zł za 1 funta. Tymczasem jeszcze kilka tygodni temu kursy tych walut utrzymywały się na poziomie odpowiednio: ok. 4,2-4,3 zł i 5,7-5,8 zł.
Niestety, zdaniem analityków sytuacja szybko nie ulegnie zmianie.
Problem dla frankowiczów i... dla banków
Zagrożenia wiążą się m.in. z wysokim kursem franka. To efekt tego, że szwajcarska waluta traktowana jest jako alternatywna inwestycja przez tych, którzy uciekają od słabnącego funta. Wzrost niepewności na rynku zawsze powoduje bowiem ucieczkę inwestorów do walut, które są uznawane za tzw. bezpieczne przystanie.
Skutki umocnienia franka dotknąć mogą przedsiębiorców i konsumentów, którzy posiadają kredyty denominowane w tej walucie. Ale ryzyko związane z kredytami frankowymi nie dotyczy tylko ich. Bo w sytuacji, kiedy klienci będą mieli problemy ze spłatą rat, także banki mogą odczuć problemy. A pośrednio - także cała polska gospodarka.
Frankowy rykoszet w deweloperów
Zdaniem ekspertów obecne wahania kursów walut mogą niekorzystnie odbić się m.in. na rynku nieruchomości. Jest on jednym z najwrażliwszych na jakiekolwiek zmiany segmentów polskiej gospodarki. Wynika to w znaczącej mierze z tego, że gros w wolumenie wszystkich kredytów mieszkaniowych stanowią te udzielone w walucie obcej. W efekcie wszelkie wahania na kursach przekładają się na nastroje - zarówno kredytobiorców, jak i kredytodawców.
Tymczasem ostatnie lata dla pierwotnego rynku mieszkaniowego w Polsce były całkiem dobre. Od ponad dwóch lat dostrzegalne jest ożywienie, przekładające się na zyski deweloperów. Całkiem możliwe jednak, że Brexit ten trend odwróci.
- Gospodarkę mogą czekać okresowe perturbacje, które jeśli nie przełożą się na klasyczny kryzys, to na pewno na oczekiwania pogorszenia warunków gospodarczych przez miliony rodzimych konsumentów. W związku z tym boom na pierwotnym rynku mieszkaniowym raczej nie będzie w stanie przetrwać w obecnej postaci - wskazuje Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl. Deweloperzy powinni przygotować się na ograniczenie popytu na nowe mieszkania, połączone z presją na spadki cen. Dodatkowym kłopotem może okazać się również - na co zwraca uwagę Jędrzyński - zbyt duża liczba rozpoczętych do tej pory nowych inwestycji w stosunku do spodziewanego (najprawdopodobniej) malejącego popytu.
Czarny scenariusz nie tak odległy
Brexit spowodował tymczasowe osłabienie złotego w stosunku do franka szwajcarskiego. Obecny kurs oscylujący wokół 4,15 zł za franka bardzo poważnymi perturbacjami nie grozi. Gdyby jednak sprawdziły się prognozy niektórych ekonomistów, że osłabienie złotego wobec szwajcarskiej waluty w przyszłości może się pogłębić i kurs franka może przekroczyć poziom 4,50 zł - sytuacja na rynku mogłaby się drastycznie pogorszyć.
Jarosław Jędrzyński rysuje taki czarny scenariusz: przede wszystkim w takiej sytuacji mogłaby nastąpić powszechna, być może nawet zorganizowana, akcja rezygnacji frankowiczów ze spłacania swoich zobowiązań hipotecznych, połączona prawdopodobnie z masowymi demonstracjami. - Sama perspektywa przejmowania przez banki tysięcy zadłużonych nieruchomości w celu ich wyprzedaży za półdarmo skutkowałaby załamaniem cen w krajowej mieszkaniówce, samonapędzającym się wzrostem wymagań banków wobec wysokości minimalnego wkładu własnego klienta przy udzielaniu wszelkiego rodzaju hipotek, a w konsekwencji groziłaby hibernacją popytu na mieszkania, totalnym załamaniem budownictwa mieszkaniowego i wreszcie drastycznym spadkiem wartości majątku wszystkich rodaków posiadających nieruchomości - twierdzi ekspert portalu RynekPierwotny.pl.
To by się zaś przełożyło na kryzys wśród deweloperów oraz w sektorze bankowym. Tak jak ten drugi poradziłby sobie, tak zapewne doszłoby do szeregu upadłości firm deweloperskich. Straciliby też przy tym pośrednicy obsługujący rynek nieruchomości.
Usługi finansowe: wyższe koszty i rewizja umów
Bezpośrednie skutki Brexitu odczuwalne będą nie tylko przez banki, ale i przez cały sektor finansowy. Zwłaszcza w dłuższej perspektywie.
Zdaniem Michała Czuba z firmy Sollers Consulting Brexit może doprowadzić do powstania różnic i niespójności pomiędzy regulacjami dotyczącymi usług finansowych obowiązującymi w Wielkiej Brytanii i państwach członkowskich Unii. A konieczność spełnienia większej liczby obowiązków regulacyjnych przez dostawców usług z pewnością przełoży się na wzrost kosztów ich działalności.
Już dziś instytucje finansowe muszą przygotować się na wiele innych zmian. Po tym jak Wielką Brytanię obowiązywać przestanie unijne prawo - wiele instytucji finansowych będzie musiało np. przeanalizować zapisy umów. Strony umów inwestycyjnych lub dotyczących obrotu papierami wartościowymi zawierających odniesienia do dyrektyw unijnych w sprawach regulacyjnych (np. do definicji "instytucji kredytowej", "kontrahenta finansowego") - zmuszone zostaną do dokonania analizy, czy zaprzestanie obowiązywania takich regulacji wobec Wielkiej Brytanii nie będzie stanowić naruszenia umowy, dającego podstawę do jej natychmiastowego rozwiązania. W konsekwencji, gdy analizy okażą się niepomyślne - strony mogą być zmuszone do zmiany umów w celu uniknięcia kosztów ich rozwiązania.
To problem również dla polskiego sektora usług finansowych. Rodzime instytucje mogą doświadczyć utrudnień w inwestowaniu na jednej z największych giełd w Europie - jaką jest London Stock Exchange. Po drugie - oferta na polskim rynku usług finansowych może stać się znacznie uboższa, co może być połączone ze wzrostem cen takich usług. Eksperci uważają, że przedsiębiorcy powinni zastanowić się zatem nad marżami oraz zabezpieczeniami ustanowionymi w toku swojej działalności. Inwestorzy chcący wykonać, w przypadku naruszenia warunków umowy przez drugą stronę, prawa z instrumentów pochodnych i dokumentów zabezpieczeń - muszą być świadomi, że być może będą musieli podjąć odpowiednie działania, aby zagwarantować sobie realizację swoich praw.
Biznes opuści City?
Jednocześnie pod znakiem zapytania staje pozycja Wielkiej Brytanii jako centrum finansowego Europy. Instytucje, które mają tam główne siedziby - będą rozważać relokację na kontynent. A nawet będą do tego zmuszone.
- Pojawiają się ku temu dwa kluczowe powody - mówi Michał Czub, business consultant w Sollers Consulting. I tłumaczy, że z jednej strony utrudnienia legislacyjne i przeciągająca się niepewność mogą stać się zbyt dotkliwe dla dalszego prowadzenia działalności z londyńskiego City. Z drugiej - Bruksela może naciskać, by przenieść ośrodki decyzyjne na kontynent, w szczególności w przypadku tych instytucji finansowych, które prowadzą swoje operacje głównie poza Wielką Brytanią.
Koniec z wygodnym uznawaniem uprawnień
To nie wszystko. Obecnie jedną z korzyści członkostwa w Unii jest prawo "paszportowania" poszczególnych uprawnień pomiędzy krajami Unii. Chodzi o to, że podmioty z jednego kraju członkowskiego mogą świadczyć usługi na terenie innego. Wiele instytucji finansowych oraz zarządców funduszy ma siedziby w Wielkiej Brytanii i prowadzi działalność w innych państwach członkowskich na podstawie "paszportowania" ich angielskich uprawnień i uznania ich w pozostałych krajach Unii. I odwrotnie: firmy z krajów UE mogą swobodnie świadczyć swoje usługi na Wyspach. Po wyjściu Wielkiej Brytanii ze struktur unijnych automatycznie przywilej "paszportowania" stanie się nieaktualny; podmioty te nie będą mogły już świadczyć usług w innych krajach członkowskich na podstawie tej zasady. Jeżeli w wyniku negocjacji nie uda się utrzymać tych zasad w mocy - polskie banki oraz instytucje finansowe (domy maklerskie, zarządzający aktywami i funduszami inwestycyjnymi, ubezpieczyciele) nie będą mogły świadczyć usług odpowiednio w Polsce i Wielkiej Brytanii na podstawie licencji i zezwoleń wydanych przez organ krajowy, lecz będą musiały ponownie uzyskać takie zezwolenia od władz brytyjskich lub odpowiednio polskich.
Kres turystyki upadłościowej
W ostatnich miesiącach unijni decydenci sporo czasu poświęcili na łatanie dziur w europejskim prawie upadłościowym. Jednym z celów było między innymi ograniczenie zjawiska turystyki upadłościowej. Eksperci jednak jeszcze kilka tygodni temu nie mieli wątpliwości co do tego, że turystyka upadłościowa - niezależnie od działań europejskich polityków - dalej będzie występowała. Teraz okazuje się jednak, że być może to Brexit ją zabije.
O co chodzi? Otóż unijne przepisy przewidują, że upadłość ogłoszona w jednym kraju rozciąga swe skutki także na sytuację dłużnika w innych krajach. Tym samym Polak, któremu np. nie wypalił biznes i narobił długów (czym innym jest upadłość dużej spółki - ten temat zostawmy), może ogłosić upadłość w Polsce, w Niemczech czy w Wielkiej Brytanii. Skutek będzie ten sam.
Wiele osób, również tych prowadzących jednoosobową działalność gospodarczą, z takiej możliwości ogłoszenia upadłości w Wielkiej Brytanii korzystało. Wyspecjalizowały się nawet firmy organizujące postępowanie upadłościowe nad Tamizą. Powód? Brytyjscy sędziowie do upadłości podchodzą znacznie bardziej liberalnie niż polscy czy niemieccy. Znany jest przypadek Irlandczyka zadłużonego na kwotę 150 mln euro, w którego sprawie rozprawa w angielskim sądzie trwała... 35 sekund. Standardem zaś jest korzystne dla dłużnika zamykanie sprawy na jednym posiedzeniu, które trwa nie dłużej niż pół godziny.
Jeśli natomiast Wielka Brytania wystąpi z Unii Europejskiej - skończy się możliwość ogłaszania upadłości na Wyspach z jednoczesnym uznawaniem jej skutków w innych krajach UE. Tym samym Polacy nie będą mieli już żadnego interesu w tym, by upadać nad Tamizą zamiast nad Wisłą. A u nas - mimo dostrzegalnej liberalizacji podejścia sądów do upadłości - nadal występują przeszkody związane z możliwością oddłużenia. Z jednej strony doprowadzi to do lepszej sytuacji wierzycieli, z drugiej - utrudni życie osobom znajdującym się w tarapatach finansowych.
Zawirowania walutowe mogą odbić się na kondycji kredytobiorców. To zaś zmniejszy popyt na rynku mieszkaniowym.
Jeśli osłabienie złotego wobec szwajcarskiej waluty pogłębi się i kurs franka przekroczy poziom 4,50 zł, sytuacja na rynku kredytów walutowych mogłaby się drastycznie pogorszyć.
!Gdy Wielka Brytania wystąpi z UE, skończy się możliwość ogłaszania upadłości na Wyspach z jednoczesnym uznawaniem skutków w innych krajach UE.
Zagrożony rekordowy eksport
W ostatnich latach wymiana towarów między Polską a Wielką Brytanią rozwijała się bardzo dynamicznie. Jeszcze w ub.r. Wyspy były dla firm produkujących nad Wisłą drugim największym rynkiem zbytu (zaraz po Niemczech). Brytyjczycy odbierali blisko 7 proc. całego naszego eksportu towarów. Dynamiczny rozwój współpracy zaskakiwał od lat - według wyliczeń Brytyjsko-Polskiej Izby Handlowej średnioroczny wzrost eksportu w latach 2004-2015 wyniósł prawie 15 proc. (w ub.r. liczony w euro wzrósł do poziomu 12 mld euro z ok. 10,6 mld euro w 2014 r). W tym ma też wzrosnąć: tym razem o ok. 8-12 proc., by przekroczyć rekordową kwotę 57 mld zł. Co wydaje się całkiem realne, zważywszy, że w okresie od stycznia do kwietnia 2016 r. osiągnął on poziom blisko 17 mld zł.
Stan obecny: sukces goni sukces
Jakie branże zarabiają dzięki współpracy z Wielką Brytanią? Naszą specjalnością są maszyny, urządzenia i sprzęt transportowy. Swój udział mają małe i średnie firmy, np. polscy producenci części i wyposażenia samochodowego.
Ale od kilku lat hitem jest polska żywność. Z analizy firmy Mintel wynika, że polska kuchnia jest czwartą najpopularniejszą w Wielkiej Brytanii. I faktycznie - za ok. 16 proc. całego polskiego eksportu na Wyspy odpowiada sprzedaż produktów rolnych i spożywczych. Brytyjczycy rozsmakowali się w naszym chlebie, czekoladzie, pieczywie cukierniczym, świeżych warzywach, zamrożonych owocach (m.in. malinach, truskawkach i wiśniach), sokach owocowych (głównie jabłkowych), a także papierosach oraz cygarach. Cenią sobie również polskie mięso drobiowe i wołowe, a także podroby i kiełbasy. W ubiegłym roku znaczące zyski sprzedaży zanotowali również dystrybutorzy nabiału, słodyczy, srebra (eksport na poziomie 497 mln funtów).
Wyspy są też na drugim miejscu, jeżeli chodzi o skup polskich mebli (ok. 8,5 proc. całej sprzedaży zagranicznej). W 2015 r. wartość eksportu produktów meblarskich wyniosła 725 mln euro (co było wzrostem o 16 proc. w porównaniu z 2014 r.). Zaś wolumen wyeksportowanych mebli wzrósł o 12 proc. - to aż 235 tys. ton. Wyspiarze chętnie korzystają też z polskich kosmetyków (tutaj też są naszym drugim pod względem wielkości rynkiem zbytu). Kupują aż 12,1 proc. wszystkich eksportowanych produktów, czyli niewiele mniej niż Rosja (15,3 proc.) i nieco więcej niż Niemcy (11,9 proc.).
Ryzyko barier celnych
Po Brexicie istnieje ryzyko wzrostu barier celno-podatkowych pomiędzy dwoma krajami. To może uderzyć w poziom eksportu.
Już obecnie częstymi problemami, którymi zajmuje się Trybunał Sprawiedliwości UE, są opłaty celne oraz przepisy podatkowe. Z reguły zarzuty dotyczą tego, że dany kraj wprowadza regulacje dyskryminujące towary z innych państw członkowskich. Trzeba jednak przyznać, że TS UE pilnuje porządku. W praktyce więc kończy się na próbach podejmowanych przez niektóre rządy.
Gdy już jednak Wielka Brytania wystąpi z Unii Europejskiej, nie będzie podlegała pod jurysdykcję TSUE. Będzie mogła zatem - o ile obie strony nie zdecydują się na utrzymanie dotychczasowych regulacji - przyjąć takie przepisy podatkowe i celne, które będą skutkowały dyskryminacją importowanych towarów. W efekcie polski przedsiębiorca będzie miał problem ze sprzedażą swojego produktu w Londynie, gdyż zostanie on w porównaniu z towarem wyprodukowanym w Wielkiej Brytanii dodatkowo opodatkowany. Polski produkt stanie się więc w takim wypadku najprawdopodobniej droższy.
A i taki niekorzystny scenariusz nie jest jednak najgorszy. Nie można bowiem wykluczyć, że Wielka Brytania będzie negocjowała warunki umów osobno z poszczególnymi państwami. W efekcie inna może być umowa na przykład z Francją, inna z Czechami, a inna z Polską. Można wyobrazić sobie sytuację, gdy czeski producent zabawek będzie mógł bez przeszkód eksportować swoje produkty do Anglii bez dodatkowych ceł i podatków. A towar wychodzący z Polski - już będzie opodatkowany. W takim przypadku pozycja polskich przedsiębiorców żyjących z eksportu byłaby wręcz fatalna.
Wiele zależy zatem od skuteczności polskiego rządu w negocjacjach warunków umów gospodarczych z Brytyjczykami. Zawarcie dobrych porozumień może bowiem stanowić o istotnej przewadze polskich firm nad zagranicznymi. Ale jednocześnie przespanie okazji i podpisanie niekorzystnych umów najbardziej odbiłoby się właśnie na rodzimym małym biznesie.
Przemysł spożywczy się niepokoi
Dużą niepewność wykazują już obecnie producenci żywności, która jest jednym z najważniejszych towarów eksportowych do Wielkiej Brytanii.
Jak przyznaje Grzegorz Rykaczewski, analityk sektora rolno-spożywczego Banku Zachodniego WBK, proces wychodzenia tego kraju z UE wiąże się z dużym zamieszaniem w sektorze agro. Jednak UE jest dla Wielkiej Brytanii równie ważnym rynkiem jak Wyspy dla państw członkowskich.
- Właśnie dlatego obu stronom będzie zależeć na szybkim wypracowaniu nowych regulacji handlowych - mówi ekspert. I dodaje, że nawet jeśli w najbliższym czasie polscy producenci żywności będą notować niewielkie spadki poziomu eksportu, to warto przeczekać ten trudny okres i nie rezygnować ze współpracy z Wielką Brytanią.
Nie wszyscy pesymistyczni
I choć niektórzy przedsiębiorcy drżą na myśl o świecie bez umowy o wolnym handlu z Wielką Brytanią, inni widzą szansę na dodatkowy zarobek lub konsekwentnie realizują swoje plany. Grzegorz Polaniecki, członek zarządu i dyrektor generalny polskiej czarterowej linii lotniczej Enter Air, nie obawia się Brexitu, gdyż uważa, że popyt na tanie usługi lotnicze nie spadnie. A problemy związane z ewentualnym pogorszeniem się stanu zamożności Brytyjczyków byłyby tej firmie nawet na rękę.
- Wzrośnie popyt na tańsze usługi i da nam to szansę na szybką ekspansję na ten rynek z naszą niskokosztową ofertą czarterową - przyznaje Polaniecki.
Wyjścia Wielkiej Brytanii nie boi się także Grupa LPP, czyli właściciel marki odzieżowej Reserved. Marta Chlewicka, rzecznik prasowy grupy, twierdzi, że wynik referendum nie wpływa na plany otwarcia sztandarowego salonu marki przy prestiżowej londyńskiej Oxford Street.
W 2015 r. eksport polskich produktów wzrósł o ponad 14 proc.
@RY1@i02/2016/126/i02.2016.126.18300210b.806.jpg@RY2@
Zawirowania w eksporcie niewykluczone
@RY1@i02/2016/126/i02.2016.126.18300210b.807.jpg@RY2@
Polskie marki, które osiągnęły sukces
KOMENTARZ EKSPERTA
@RY1@i02/2016/126/i02.2016.126.18300210b.808.jpg@RY2@
ludovic subran główny ekonomista w Euler Hermes
Wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej bez umowy o wolnym handlu (FTA) może doprowadzić do gwałtownego wzrostu liczby upadłości zarówno na Wyspach, jak i w wielu innych krajach będących jej kluczowymi partnerami - a zatem również w Polsce. I to nawet w optymistycznym scenariuszu, kiedy Wielka Brytania wynegocjuje umowę FTA z UE. Nasze analizy pokazują, że Brytyjczycy stracą na Brexicie. A spadek wartości funta i niższy wzrost PKB spowodują ograniczenie brytyjskiego importu z całej strefy euro. Jeśli jednak nie zostanie podpisana FTA, to skumulowany spadek eksportu towarów i usług z obszaru jednolitego rynku UE może sięgnąć w latach 2017-2019 23,5 mld euro. Z kolei straty w eksporcie polskich towarów mogą osiągnąć niebagatelną kwotę 700 mln euro rocznie. W nowej sytuacji geopolitycznej problem mogą mieć eksporterzy wyrobów mięsnych - jako że ich produkty są konkurencyjne cenowo i jakościowo w skali całej Europy. Większość z tych towarów jest nie do zastąpienia przez import zamienny z krajów brytyjskiej Wspólnoty Narodów (m.in. Nowej Zelandii) z powodu odmiennej oferty. Znacznie więcej mogą stracić eksporterzy nabiału, słodyczy i innych produktów szybkozbywalnych. Istotnym czynnikiem wpływającym na poziom tych strat będą oczywiście ustalenia nowych warunków w handlu Wielkiej Brytanii z krajami europejskimi po ewentualnym opuszczeniu UE. O przyszłym imporcie polskich towarów spożywczych do Wielkiej Brytanii decydować będą też sami importerzy. Przede wszystkim brytyjskie sieci handlowe, albowiem to one odpowiadają za dużą część tej wymiany. Utrzymanie ich dotychczasowego zaangażowania na polskim rynku mogłoby skutkować stałym, niezmiennym poziomem ich zakupów w Polsce.
KOMENTARZ EKSPERTA
dyrektor departamentu zarządzania ryzykiem rynkowym i kredytowym w KGHM Polska Miedź SA
Konsekwencje Brexitu są obecnie trudne do oszacowania. Wyjście Wielkiej Brytanii z UE może spowodować spadek aktywności gospodarczej i zmniejszenie wolumenu produkcji przemysłowej, co z kolei negatywnie odbije się na tempie wzrostu globalnej konsumpcji metali. Z drugiej strony KGHM nie prowadzi bezpośrednio działalności na terenie Wielkiej Brytanii. Trafia tam jednak część sprzedaży naszych produktów, a w szczególności metale szlachetne. Wciąż nie wiemy, czy, kiedy i jakie przeszkody mogłyby powstać w handlu zagranicznym. Jest to sytuacja bez precedensu i sama Unia Europejska nie ma dokładnych planów na taką ewentualność. Należy jednak pamiętać, że kiedyś Polska również była poza Unią Europejską i prowadziła sprzedaż swoich produktów na różnych rynkach. Bacznie przyglądamy się rozwojowi wydarzeń oraz analizujemy różne scenariusze. Po okresie większej nerwowości w krótkim terminie przyjdzie zapewne czas na schłodzenie emocji. Proces wyjścia z Unii Europejskiej będzie przecież złożony i długotrwały, co pozwoli na bardziej przemyślane ruchy po stronie inwestorów. Dziś działamy bez zmian. Póki co tylko funt stracił na wartości względem dolara, a nas interesuje relacja dolar/złotówka. Ale co będzie jutro - nie wiemy.
Nadchodzi niepewność na brytyjskiej ziemi
Ostatnie lata to okres boomu polskiej przedsiębiorczości na wyspach. Rodacy założyli tam ok. 40 tys. firm. Według analizy Instytutu Sobieskiego dokładają dzięki temu średnio 7 mld funtów do brytyjskiego PKB.
Ponadto polskie spółki coraz częściej rozważały emisje swoich akcji na giełdzie w Londynie, uznając, że znacznie łatwiej pozyskać tam kapitał niż na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie. Wielu przedsiębiorców z branży usług finansowych prowadzi też działalność za pośrednictwem spółek brytyjskich. Prawo angielskie jest bardzo często wybierane jako prawo właściwe dla transakcji M&A (fuzji i przejęć) oraz private equity.
Po Brexicie ich sytuacja może się zmienić. Wspomniane utrudnienia celne i podatkowe, a także inne możliwe regulacje, które zamknęłyby tamtejszy rynek pracy, mogą uczynić ich działalność nieopłacalną.
Branża transportowa
Duży sukces Polaków w tej branży wywodzi się między innymi z korzystnych przepisów europejskich, które zakazują dyskryminacji przedsiębiorców z państw członkowskich. - Należy mieć na uwadze, że u podstaw sukcesu polskiej branży transportowej, poza ciężką pracą i inicjatywą naszych rodaków, leżą unijne przepisy umożliwiające swobodę świadczenia usług oraz swobodę przekraczania granic - wskazuje Marcin Wnukowski, partner w kancelarii Squire Patton Boggs.
Przynależność Wielkiej Brytanii do Unii Europejskiej wiąże się z obowiązkiem uznawania swobód traktatowych. To szczególnie ważna kwestia dla branży transportowej. Dzisiaj jest bowiem tak, że polski przedsiębiorca może wysłać własną ciężarówkę z polskim towarem oraz rodzimym kierowcą do Londynu, a tam zarówno pojazd, jak i pracownik będzie traktowany tak samo jak angielski.
Jak dodaje Marcin Wnukowski - polscy przedsiębiorcy korzystają z przewagi, jaką dają niższe aniżeli w innych krajach członkowskich UE wynagrodzenia, z kolei zaś przepisy unijne umożliwiają tego typu rozwiązania.
Ale ten stan może się zmienić. Gdyby Wielka Brytania wystąpiła z Unii, przestałaby być związana regułami wspólnego rynku, co umożliwiłoby jej wprowadzenie środków ochrony własnego rynku w znacznie szerszym zakresie niż jest to obecnie.
Zważywszy na temperaturę sporu dotyczącego zakresu swobody świadczenia usług na terenie Unii oraz skalę sukcesu polskich transportowców, próba wprowadzenia przez Wielką Brytanię ograniczeń w tym zakresie wydaje się być prawdopodobna.
Gdyby tak się stało, możemy mieć do czynienia z tragedią dla wielu polskich firm żyjących z przewozu.
Złą sytuację pogłębia fakt, że byłby to kolejny rynek, który postawi bariery dla naszych firm transportowych. Wystarczy wspomnieć próby ograniczenia udziału Polaków na lokalnych rynkach przez Niemców i Francuzów. Sytuacja w przypadku Wielkiej Brytanii może okazać się znacznie trudniejsza niż w przypadku tych krajów. Orężem Polaków w walce o równe w nich traktowanie jest przynależność do Unii Europejskiej. - Po tym, jak polski rząd wystąpił do Komisji Europejskiej ze skargami na tego typu działania jako niezgodnymi z przepisami wspólnotowymi, Komisja wszczęła postępowanie wobec tych państw i ocenia się, że Polska ma duże szanse uzyskania korzystnych orzeczeń - zaznacza mec. Wnukowski. Jeśli zaś Wielka Brytania wystąpi z UE, przestanie być związana regułami wspólnego rynku. Będzie mogła chronić swoje firmy transportowe przed zakusami taniej działających Polaków. A do utrudnienia działania wystarczy przecież tak prosta rzecz jak wprowadzenie innych wymogów technicznych dla pojazdów ciężarowych.
Co z pracownikami delegowanymi
Obowiązująca dyrektywa 96/71/WE w sprawie delegowania pracowników dotyczy nie tylko krajów UE, ale również państw EOG. Może się zdarzyć, że Wielka Brytania wyjdzie z UE, ale pozostanie w EOG. W takim scenariuszu nawet po Brexicie dyrektywa 96/71/WE wciąż będzie obowiązywała - zatem wiążące będą również jej przepisy dotyczące np. płacy minimalnej i przestrzegania lokalnych regulacji.
- Z kolei jeśli Wielka Brytania wystąpi i z UE, i z EOG, to i tak może postanowić o wdrożeniu własnych podobnych lub nawet korzystniejszych regulacji, ponieważ nie będą jej obowiązywać żadne ograniczenia w tym zakresie - twierdzi Katarzyna Gospodarowicz, radca prawny w kancelarii SDZLEGAL SCHINDHELM Schampera, Dubis i Wspólnicy. Z drugiej strony ekspertka przyznaje, że Brytyjczycy mogliby również wprowadzić konieczność uzyskania pozwoleń i licencji. To byłaby zła wiadomość dla firm, które działając na Wyspach, często wysyłają tam pracowników z innych krajów. Dziś nie ma problemu, gdy decyzja o delegowaniu pracownika zapada praktycznie z dnia na dzień. - W sytuacji, gdyby okazało się, że trzeba będzie tygodniami czy miesiącami czekać na wizę, decyzja, że pracownik musi błyskawicznie polecieć do Londynu, stałaby się już w praktyce niemożliwa - mówi mec. Gospodarowicz.
Z ziemi brytyjskiej do Polski
Nie można też zapomnieć, że w Wielkiej Brytanii oficjalnie przebywa obecnie nawet 800 tys. Polaków (wg nieoficjalnych szacunków - znacznie więcej). Decyzja Brytyjczyków o opuszczeniu UE dla wielu z nich oznacza trudności na rynku pracy, może skutkować utratą prawa do zasiłków. Bardziej restrykcyjne mogą być regulacje dotyczące uzyskania pozwolenia na pracę. Może się okazać, że wzrośnie liczba barier, np. niezbędna stanie się gwarancja zatrudnienia, odpowiednie kwalifikacje, a dla podejmujących pracę na własny rachunek - wysoki kapitał własny.
Miejsce dla powracającego biznesu
Minister rozwoju Mateusz Morawiecki w ostatnich dniach wskazywał, że Brexit może być szansą dla polskiej gospodarki. Powinniśmy bowiem dążyć do tego, aby chociaż część firm mających swe siedziby w Londynie przeniosła się do Polski. Mamy też walczyć o to, aby start-upy, które obecnie najczęściej rozwijają się właśnie na Wyspach oraz w Berlinie, częściej osiadały w Warszawie, Krakowie czy we Wrocławiu.
Mniej uwagi minister Morawiecki poświęca na razie mniej innowacyjnym małym firmom prowadzonym przez Polaków, którzy mieszkają na Wyspach. - Za 2-3 lata może się zaś okazać, że do Polski swą działalność przeniosą tysiące firm: budowlanych, sprzątających czy z szeroko pojętego sektora usług. Biorąc pod uwagę, że sektor MSP działający już teraz w Polsce utyskuje często na to, że jest wypychany z rynku przez globalnych graczy - może to zwiastować pewne problemy - zwracają uwagę eksperci. Najczęściej bowiem emigracja związana była z przewagą podaży nad popytem w niektórych branżach. Tak było choćby w "wykończeniówce". Jeżeli zaś niebawem liczba firm działających w Polsce wzrośnie (po prostu ich działalność przeniesie się z Wysp na teren RP), sytuacja może się powtórzyć.
Fundusze unijne: problem dla wielu firm
Sprawę powrotu skomplikuje niepewna sytuacja co do funduszy unijnych. Dziś powracając - mogą liczyć np. na pożyczki ze środków unijnych. W niektórych województwach (np. w Pomorskiem) istnieje dodatkowa możliwość skorzystania z pożyczek finansowanych ze środków UE. Tak zwana inicjatywa Jeremie to mechanizm pozadotacyjnego wsparcia mikro, małych i średnich przedsiębiorstw ze środków publicznych ustanowiony przez Komisję Europejską. Środki z inicjatywy przeznaczone są dla przedsiębiorców, którzy nie mogą uzyskać finansowania w banku komercyjnym ze względu na brak historii czy też brak odpowiedniego zabezpieczenia. Jak przekonuje Paweł Mazur z ANG Biznes, nowo powstałe firmy powracających z Wielkiej Brytanii przedsiębiorców świetnie pasują na beneficjentów pożyczek z tych funduszy. Środki muszą być przeznaczone na rozwój, tworzenie nowych miejsc pracy, cele inwestycyjne itp., czyli dokładnie na to, czego nowe przedsiębiorstwa potrzebują.
Brexit będzie się najprawdopodobniej wiązał z koniecznością zmian w unijnym budżecie. Wielka Brytania jest obecnie trzecim płatnikiem netto wśród państw UE. Gdy przestanie dokładać do ogólnego budżetu - państwa będą musiały podjąć decyzję: czy pozostanie on okrojony, czy zasypać dziurę, czy też zupełnie zmienić jego kształt. - Gdyby miał pozostać ten sam model co obecnie, wątpię, by państwa członkowskie chciały uzupełniać lukę finansową po Wielkiej Brytanii - mówił dla Dziennika Gazety Prawnej europoseł Jan Olbrycht ("Brexit, czyli straty. Cztery scenariusze: - DGP nr 124 z 29 czerwca 2016 r.). Jak wynika z wyliczeń DGP - gdyby zdecydowano się zasypać dziurę - sama Polska musiałaby wyłożyć dodatkowe 500 mln euro rocznie.
Z kolei okrojenie budżetu najprawdopodobniej odbije się na funduszach unijnych, m.in. na pieniądzach przeznaczanych na programy unijne.
To oznacza, że polskim przedsiębiorcom - nie tylko tym powracającym - znacznie trudniej będzie pozyskać dofinansowanie unijne do prowadzonej działalności.
Wielka Brytania jest obecnie trzecim płatnikiem netto wśród państw UE. Nie wiadomo, czy państwa zdecydują się zasypać dziurę po Brexicie.
Gdyby zdecydowano się na okrojenie unijnego budżetu, siłą rzeczy mniej pieniędzy napłynie w ramach funduszy przeznaczonych na wspieranie m.in. biznesu.
@RY1@i02/2016/126/i02.2016.126.18300210b.809.jpg@RY2@
Jakub Styczyński
@RY1@i02/2016/126/i02.2016.126.18300210b.810.jpg@RY2@
Patryk Słowik
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu