Jeśli polska i zagraniczna firma są tak samo dobre, wybieramy polską
Marcin Szumowski: Trzeba finansować najlepszych w nauce i w biznesie. Selektywnie i dużymi środkami
@RY1@i02/2018/091/i02.2018.091.000001600.801.jpg@RY2@
Fot. wojtek górski
Marcin Szumowski, prezes OncoArendi Therapeutics
Branża biotechnologiczna często wymaga wysokich nakładów i wielu lat badań. Wydaje się, że to bardzo trudna dziedzina dla start-upów, ale państwo jednak z nimi współpracujecie.
Tak. Najbliżej współpracujemy ze start-upem PRO Biostructures. We wszystkich programach odkrywania nowych leków dochodzimy do etapu, w którym chcemy zobaczyć, jak cząsteczka, którą projektujemy, łączy się z białkiem, nie tylko w modelowaniu komputerowym, ale także w rzeczywistości. Do tego potrzebne są wysoce wykwalifikowana kadra i sprzęt. My współpracujemy z grupą dr. Marcina Nowotnego, ze spółką usługową Instytutu Biologii Molekularnej i Komórkowej, który testuje jak nasze cząsteczki blokują dane białka. Mamy już wspólne publikacje i od strony naukowej doskonale się rozumiemy. PRO Biostructures i grupa Marcina Nowotnego pomagają nam optymalizować cząsteczki, żeby końcowe związki były skuteczne i bezpieczne. Rynek zdecydowanie jest trudny, ale na tym i innych przykładach współpracy widać, że największy kapitał w start-upie leży w wiedzy założycieli. Pieniądze się zwykle znajdą.
A zdarzają się przykłady nieudanych kooperacji?
Próbowaliśmy współpracować z kilkoma firmami, które robią nośniki leków. W teorii nośniki leków mają kontrolować dostarczanie leku do organizmu i zwiększać jego skuteczność, celowanie (np. w guz nowotworowy) oraz bezpieczeństwo (czyli zmniejszanie toksyczności). W praktyce ich zastosowanie jest bardzo trudne. Próbowaliśmy z dwiema firmami i obydwie miały problem - upraszczając - z zapakowaniem naszych cząsteczek do tych nośników. To była współpraca badawcza, która dotąd nie przełożyła się na potencjalny produkt. Obecnie wszystkie cząsteczki rozwijamy w kierunku badań klinicznych bez wykorzystania jakichkolwiek nośników.
Start-up jest bardziej partnerem czy poddostawcą?
To zależy, jaki model przyjmiemy. Mamy i partnerów w konsorcjach badawczych, i poddostawców. Jednym z nich jest tajwański start-up Krisan, który robi skalowalną produkcję substancji aktywnej (chodzi o przejście z małej do dużej skali produkcji - przyp. red.). Dają dobre ceny, mają doświadczoną kadrę, są skuteczni i certyfikowani, chociaż działają zaledwie od kilku lat. To jest czyste zlecenie, ale także ważny element procesu rozwoju leku. Oprócz tego często zlecamy zadania badawcze różnym specjalistycznym firmom, które mają np. różne modele chorób, w których weryfikujemy skuteczność działania naszych cząsteczek.
Motywem przewodnim tegorocznej edycji "Start-upów w Pałacu" jest współpraca dużych firm z mniejszymi. Jak widzi pan tę kwestię z perspektywy trudnego rynku biotechnologii?
Ta branża jest globalna. Poziom rozwoju sektora w Polsce jest jeszcze bardzo wczesny, a liczba firm niewielka. To nie znaczy, że tu nie ma potencjału intelektualnego. On jest, ale póki co sektor jest ciągle zbyt mały, aby go zaabsorbować i wykorzystać. My jako firma szukamy zawsze rozwiązań, które są najlepsze i pozwolą nam najskuteczniej posuwać docelowy produkt do przodu. Czy to będzie Tajwan czy Indie, czy Europa, to nie ma większego znaczenia. Ze względu na wczesny etap rozwoju sektora w Polsce często łatwiej jest nam znaleźć partnera za granicą. Natomiast jeśli mamy wybór - pracować z Marcinem Nowotnym z Instytutu Biologii Molekularnej i Komórkowej albo z grupą z Europejskiej Organizacji Badań Jądrowych (CERN) we Francji, to przy podobnej jakości badań wybierzemy polski podmiot. Jest bliżej, rozwija swój biznes i my się rozwijamy.
Co można pana zdaniem zrobić, żeby wzmocnić polskie firmy, żeby były zdolne konkurować z zagranicznymi?
Jest kilka ścieżek, ale one opierają się na jednej zasadzie - finansować najlepszych w nauce i w biznesie. Selektywnie i dużymi środkami. To jest przeciwieństwo tego, co usiłuje na nas obecnie wymóc Unia. Mamy "rozsmarowywać" środki i w obszarach słabiej rozwiniętych mieć tyle samo spółek biotechowych np. na Warmii, ile na Mazowszu. A tak nigdy nie będzie. Nigdzie na świecie tak nie jest, a jest wręcz odwrotnie. W USA jest Boston i San Francisco. I nikt nie tworzy klastra i nie inwestuje pieniędzy w rozwój klastra biotech np. w Nebrasce. U nas na Mazowszu już nie ma pieniędzy unijnych dla spółek technologicznych. A kapitału prywatnego w dostatecznej ilości też jest niewiele. Brakuje również funduszy gotowych podjąć większe ryzyko. Nawet fundusze z dofinansowaniem ze środków publicznych działają konserwatywnie, tak aby nie popełnić błędu i nie narażać się na krytykę ze strony organów nadzorujących.
Rozmawiał: Adam Pawluć
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu