W coraz gęstszej mgle wskaźników
Polityku, zanim zaczniesz mówić, że nie ma drożyzny, postawisz tezę o uszczęśliwiającym boomie gospodarczym, zapamiętaj: argumenty, którymi się za chwilę posłużysz, są ułomne. Bo przecież powołasz się na inflację i PKB, prawda?
Dobrze jest wiedzieć, jak zmienia się wartość pieniędzy, które zarabiamy ciężką pracą. Bo że się zmienia, to chyba jasne. Jeśli jesteśmy sprytni i gdzieś je lokujemy, to powinny się one pomnażać. Ale 100 zł dziś i przed rokiem to nie jest to samo. I nie może być, skoro teraz możemy kupić za nie ok. 20 litrów benzyny, a rok temu o 1 litr więcej. A to dlatego, że paliwo podrożało, więc i tzw. siła nabywcza naszej stówki nieco spadła.
Jeśli o tym wiemy, zawsze możemy pójść do szefa po podwyżkę albo wybrać jakiś tańszy środek transportu. Ale żeby taką wiedzę mieć, trzeba mierzyć siłę nabywczą pieniądza na bardziej ogólnym poziomie, biorąc pod uwagę więcej niż jeden produkt. Wymyślono więc inflację. Chodzi w niej z grubsza o to, żeby poprzez tempo zmian całego katalogu cen móc pokazać, ile wart jest łączny dochód, jaki w danej chwili osiągamy. Jeśli w ciągu roku ceny wzrosły, a dochód się nie zmienił, to znaczy, że jest on wart po prostu mniej, bo mniej można za niego kupić. Dla gospodarczych strategów to niedobry sygnał, bo jeśli konsumentów stać na mniej, to jakość ich życia się pogarsza, co może mieć skutki ekonomiczne, ale też społeczne i polityczne.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.