Kapitalizm się zmienia. Ale nikt nie wymyśli od zera nowego systemu
ROZMOWA
MARCELI SOMMER:
ZDZISŁAW KRASNODĘBSKI*:
Wydaje się, że te przyczyny są dosyć dobrze rozpoznane. Początkiem był kryzys finansowy wynikający z pęknięcia bańki kredytowej. Przedtem podobne zjawisko dotyczyło na mniejszą skalę akcji przemysłu komputerowego. Wymyślne piramidy wirtualnego kapitału się rozpadły i miliardy dolarów wyparowały. W powszechnej opinii kryzys wynika z deregulacji, z braku nadzoru państwowego, z tworzenia ryzykownych produktów finansowych. A także z chciwości i nieodpowiedzialności bankierów, nastawienia na szybki zysk i nadgradzania z jego osiągnięcia, bez oglądania się na długofalowe skutki. Jednak nie tylko spekulacje spowodowały kryzys, lecz życie ponad stan całego amerykańskiego społeczeństwa i amerykańskie marzenie o własnym domu.
Oczywiście są także głębsze przyczyny. Szukać ich należy w dominującej ideologii, która głosiła, że im mniej jest politycznej regulacji, tym więcej racjonalności, że rynek sam z siebie wytwarza ład, i to że będzie ostatecznie ład sprawiedliwy dla wszystkich. Ten kryzys jest więc kryzysem tego typu kapitalizmu, turbo czy superkapitalizmu, który zaczął się kształtować w latach siedemdziesiątych i zastąpił poprzedni typ kapitalizmu, który znany socjolog Richard Sennet trafnie nazywał kapitalizmem militarno- -społecznym. Do zwycięstwa turbokapitalizmu przyczynili się nie tylko Reagan, Thatcher i neokonserwatyści, ale i - jak twierdzą np. Luc Boltanski i Eve Chiapello - także protestujący w latach sześdziesiątych studenci, odrzucający "alienację", "rutynę", nudę pracy, standardowe kariery, hierachię zawodową itd. W postfordowskim świecie wszystko stało się "projektem" - nawet własne życie. Zmiana spowodowana była także rozwojem techniki, przede wszystkim technik komunikacjnych. Powróciły pewne cechy z pierwszego, klasycznego okresu kapitalizmu. Dawne oligopole, wielkie hierachicznie zbudowane przedsiębiorstwa, zaczęły się rozpadać. Znowu pojawiła się postać heroicznego przedsiębiorcy.
Obecnie wkraczamy w nową fazę. Odwraca się znowu relacja między polityką a gospodarką. A w konkurencji dwóch modeli - kontynentalnego (francusko-niemieckiego) oraz anglosaskiego, ten pierwszy, który jeszcze niedawno wydawał się anachroniczny, wraca do łask. Nawet liberałowie dostrzegają dzisiaj walory francuskiego kapitalizmu, w którym państwo odgrywa tak ogromną rolę.
Zawsze mądrzy jesteśmy po szkodzie. Ekonomia uchodzi za nauką niemal tak ścisłą jak nauki przyrodnicze. Ale jest to iluzja. Jej zdolności do przewidywania są być może większe niż na przykład socjologii, ale tylko odrobinę. Ekonomistom wydawało się, że są w stanie zapobiec recesji. Okazało się to nieprawdą. Jeśli zaś chodzi o głębsze filozoficzne czy socjologiczne diagnozy, to jak wiemy, o schyłku Zachodu napisano setki dzieł wyższego i niższego lotu. Spengler miał wielu naśladowców, w tym także marksistów. Ton był niemal zawsze podobny - wskazywano, że zbyt indywidualistyczne, nastawione na konsumpcję, słabo zintegrowane wartościami społeczeństwa nie mogą przetrwać. Ostatnie dwadzieścia lat było jednak pełne optymizmu. "Druga nowoczesność" przedstawiana była jako "królestwo wolności", w którym każdy uprawia politykę swojego życi. Ale ta popsocjologia czy pophistoriozofia opisywała najczęściej tylko styl życia i wyobrażenia jednej warstwy społecznej - klasy średniej z najbogatszych państw Zachodu. Krytyka kapitalizmu zdecydowanie przycichła - to przecież on umożliwiał ów styl życia w bogatych krajach
Społeczeństwa są dosyć dobrze poinformowane. Nigdy jeszcze publikacje ekonomiczne nie cieszyły się takim zainteresowaniem. Winą za kryzys obarcza się spekulantów, banki i dyrektorów, dziki kapitalizm, a nie system gospodarczy jako taki lub własne przyzwyczajenia konsumpcyjne.
Pamiętajmy, że na razie kryzys dotknął tylko niektóre segmenty spoleczeństw. Tych, którzy mieli akcje czy jakieś inne papiery wartościowe, tych, którzy byli włączeni w rynki finansowe. W Niemczech czy w ogóle w Europie Zachodniej jest to o wiele mniejsza grupa ludzi niż w USA, a w Polsce jeszcze mniejsza - dlatego prawie nie odczuliśmy jeszcze kryzysu. Spadek produkcji i redukcja zatrudnienia przyszły dopiero później. Dotąd dla wielu Europejczyków kryzys był podobny do ptasiej grypy - wiele o nim mówiono, lecz nie był czymś osobiście doświadczanym. Inaczej było w Stanach, a także w Islandii i Irlandii. Ale i w USA najpierw kryzys uderzył przede wszystkim w ludzi zatrudnionych na Wall Street, w sektorze finansowym oraz tych, którzy mieli kredyty hipoteczne i papiery wartościowe. Dopiero teraz w Europie jego skutki zaczynają dotykać szerokie kręgi społeczne.
Nie sądzę, aby obecny kryzys rzeczywiście doprowadził do schyłku Zachodu. Nie można go nawet porównywać z tym, co się działo w latach trzydziestych. Nie ma ani masowych protestów, ani nowych, radykalnych idei i ruchów politycznych. Być może gdyby zrezygnowano z interwencji, zdecydowano się na "twórczą destrukcję", kryzys mógłby być bardzo bolesny i zmusić do zasadniczych przemian.
Być może zamiast spektaktularnego kolapsu będziemy mieli do czynienia z powolnym traceniem przewagi nad innymi regionami świata. Znacznie bardziej niebezpieczny niż obecny kryzys finansowy wydaje się kryzys demograficzny, i w ogóle postępująca "dekadencja" Zachodu. Zmienia się także sytuacja geopolityczna. Stany Zjednoczone nie będą już światowym hegemonem. Chiny, a także Indie i Brazylia mają coraz więcej do powiedzenia.
Nastąpiła zmiana relacji między polityką a gospodarką. Jeszcze niedawno twierdzono, że państwa narodowe są tworami słabymi i przestarzałymi. Nie były w stanie kontrolować przepływów kapitału, dokonywać wielkich inwestycji czy modernizować kraju. To wielkie globalne przedsiębiorstwa czy banki uchodziły za prawdziwe potęgi, ucieleśnienie nowoczesności i racjonalności. Dzisiaj oczekujemy znów od polityki, że będzie sterować społeczeństwem i gospodarką. I najsilniejsze państwa rzeczywiście dysponują odpowiednimi narzędziami. Ale nie dokonują rewolucji. Są to więc raczej plany średniofalowe. Nie należy oczekiwać inżynierii społecznej na wielką skalę.
Globalizacja już została zahamowana. Być może nastąpi teraz kolejna faza "zakorzenienia" kapitalizmu w lokalnych strukturach. Nie oznacza to jednak powrotu marzeń o socjalizmie. W Niemczech niedawne wybory przyniosły wielki sukces liberałom. Nikt już nie sądzi, że można "wymyślić" jakiś nowy system gospodarczy. Systemów gospodarczych się nie wymyśla, lecz są rezultatem skomplikowanych i długotrwałych procesów. Kapitalizmu nikt nie wymyślił - to tylko nazwę wymyślono ex post. Nie ma też jednego niezmiennego "kapitalizmu". Obecny kryzys zmieni oczywiście gospodarkę, ale żaden zupełnie "nowy" system nie powstanie. To nie jest Armageddon.
Rzeczywiście starano się załagodzić społeczne skutki kryzysu. Jak dotąd się to udawało. Trzeba przy tym pamiętać, że zaciskanie pasa zaczęło się wcześniej - w Niemczech za czasów Schroedera, Amerykanie z warstw niższych - także niższej średniej - od dawna przyzwyczaili się do ciężkiej pracy za małe pieniądze. Zmiana jest powolna - i nie dotyczy wszystkich. W Polsce kryzys na początku lat 90. był o wiele bardziej głęboki i bolesny niż obecny. Także nasza sytuacja przed wejściem do UE była znacznie trudniejsza niż obecnie.
Dzisiaj już nikt nie mówi o końcu państwa narodowego. Okazało się, że tylko państwa dysponują realnymi zasobami - ludźmi, terytorium, dobrami materialnymi. To tylko państwa mogą próbować ratować gospodarkę w kryzysie, dodać do niej pieniędzy. Ale tylko państwa silne rzeczywiście istniejące, w wystarczającym stopniu suwerenne, takie jak USA, Francja, Niemcy, Chiny, Rosja. Mówi się o tym, że w USA centrum władzy przesunęło się z Nowego Jorku do Waszyngtonu. Unia Europejska okazała się zaś tym, czym jest w rzeczywistości.
Organizacją międzypaństwową o ograniczonych możliwościach. Nie dojdzie jednak do dezintegracji "Europy", gdyż jest to zbyt użyteczny instrument pozwalający najsilniejszym państwom efektywnie sprawować kontrolę na kontynencie - co oczywiście również kosztuje. Ale już następuje wyraźny podział na strefy wpływu. W ciągu najbliższych dwudziestu lat obszar Polski zostanie prawdopodobnie całkowicie gospodarczo uzależniony. Będziemy w gruncie rzeczy o wiele mniej suwerenni niż Bawaria, choć może zachowamy więcej pozorów i symboli suwerenności. Zapewne jednak Polacy będą zadowoleni z tego procesu, jeśli będzie towarzyszył mu wzrost poziomu życia. Chyba że rzeczywiście naszym zachodnim sąsiadom zabraknie pieniędzy, energii i woli pokojowej ekspansji.
@RY1@i02/2009/215/i02.2009.215.000.013a.001.jpg@RY2@
Krasnodębski: kryzys nie był armagedonem. Nie będzie schyłku Zachodu
Wojciech Grzędziński
, socjolog, profesor uniwersytetu w Bremie
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu