Gospodarka zacznie się wzmacniać na przełomie 2010 i 2011 roku
Z dużym prawdopodobieństwem można założyć jedno: najbliższe pół roku będzie dla polskich przedsiębiorstw wyjątkowo trudne. Zwłaszcza dla tych, które do tej pory sprzedawały na eksport. Nie dość że popyt na rynkach zagranicznych zupełnie się załamał, to jeszcze silne wahania złotego ograniczają możliwość przyjęcia jakiejś rozsądnej strategii cenowej.
Na rynku najtrudniej właśnie o długoterminowe prognozy kursu złotego. Jeszcze na początku roku ekonomiści byli zdania, że osłabienie złotego, jakie obserwowaliśmy w grudniu ubiegłego roku, wcale nie musi się utrzymywać. Złoty miał słabnąć przez 3-4 miesiące, za to w drugim półroczu powinien zyskiwać na wartości.
Według tamtych prognoz w całym 2009 roku średnio euro powinno kosztować mniej niż 4 zł. Niespełna miesiąc po ich publikacji za euro płacono na rynku 4,95 zł.
W marcu optyka analityków nieco się więc zmieniła. Ale ze świecą można było szukać tych, którzy swoimi przewidywaniami byliby w stanie pomóc firmie, która chciałaby się zabezpieczyć przed ryzykiem kursowym. Najdłuższa perspektywa ogólnie dostępnych prognoz walutowych to był koniec tego roku. Niektóre banki spodziewały się, że na koniec grudnia 2009 r. euro będzie wyceniane po 4,52 zł (prognoza Raiffeisen Bank z 13 marca), inne oczekiwały kursu na poziomie 4 zł za euro w IV kwartale (prognoza PKO BP z 16 marca).
Wszystkie nadal zakładały, że złoty będzie się umacniał, choć - jak widać - różniły się w ocenach skali tego umocnienia.
Eksperci są zgodni w jeszcze jednej sprawie. Według większości prognoz polska gospodarka powinna zacząć wychodzić z dołka na przełomie 2010 i 2011 roku. Oczywiście wszyscy autorzy tych przewidywań zastrzegają, że stanie się tak, gdy skończy się recesja w najbardziej rozwiniętych gospodarkach świata.
- W 2010 roku zacznie się powolne odbudowywanie tego, co stracimy na spowolnieniu gospodarczym. Jednak droga do powrotu do rocznej dynamiki PKB rzędu 5 proc. będzie bardzo długa. My zakładamy, że w 2012 roku da się osiągnąć 4-proc. wzrost. Według naszej prognozy w przyszłym roku powinniśmy osiągnąć wzrost na poziomie 3 proc., w 2011 roku na poziomie 3,7 proc. - mówi Grzegorz Ogonek, ekonomista ING BSK.
- Zakładamy, że wzrost gospodarczy będzie się podnosił z roku na rok. Ale to prognoza z dużym znakiem zapytania. Spodziewamy się, że w 2011 roku dynamika wzrostu PKB będzie oscylowała wokół 4 proc. Ale to zależy od tego, kiedy się skończy recesja na świecie - mówi Piotr Bielski z BZ WBK.
Podobny scenariusz zakładają eksperci Narodowego Banku Polskiego. W ostatniej projekcji, jaką opublikowali w lutym, napisali, że wzrost gospodarczy powinien zacząć się odbudowywać w 2010 roku. Wtedy tempo wzrostu PKB powinno wynosić 2,2 proc. Rok później może ono wzrosnąć do 3,7 proc.
Ekonomistom znacznie łatwiej jest prognozować rozwój sytuacji w najbliższych miesiącach.
- Zakładamy, że w tym roku najniższe tempo wzrostu osiągniemy w I kwartale. Ono będzie ujemne i wyniesie minus 1,6 proc. - mówi Grzegorz Ogonek.
Według analityków NBP najgorsze będą II i III kwartał tego roku. W III kwartale tempo wzrostu PKB może spaść poniżej 1 proc. W całym roku PKB wzrośnie o 1,1 proc.
Spadający popyt krajowy - w tym dużo niższa niż w ubiegłym roku dynamika konsumpcji prywatnej (2,5 proc. wobec 3,9 proc.) powinny przełożyć się na spadek inflacji. NBP ocenia, że w 2009 roku wskaźnik wyniesie 3,2 proc. W 2010 roku spadnie do 1,9 proc., zaś rok później będzie to już 0,9 proc.
Jaki z tego wniosek? Ekonomiści nie mają wątpliwości: to musi skutkować złagodzeniem polityki pieniężnej.
- Z dużym prawdopodobieństwem można założyć, że stopy procentowe przez jakiś czas będą niskie. I może to potrwać dłużej. Wydaje się, że będą niskie, bo niska będzie też inflacja. W efekcie można też z dużym prawdopodobieństwem zakładać, że hamować będą koszty pracy. Nie będzie podstaw do tego, żeby żądać od pracodawcy dużych podwyżek. Łatwiej będzie o pracownika, to też jest jakiś punkt zaczepienia - mówi Piotr Bielski z BZ WBK.
Eksperci dodają, że w normalnych warunkach tak duży spadek stóp procentowych oznaczałby dużo łatwiejszy dostęp do kapitału. Jednak w warunkach kryzysu firmy mogą mieć z tym nie lada problem. Sektor prywatny będzie musiał konkurować w tej dziedzinie z sektorem publicznym.
- Dostęp do kapitału w gospodarce globalnej będzie trudniejszy. A to z punktu widzenia takiej gospodarki jak polska jest dość istotne. Zakładając nawet, że wskaźnik aktywności zawodowej będzie rósł, to nie zrekompensuje on znacznie bardziej utrudnionego dostępu do kapitału, w zasadzie spadku kapitału w gospodarce. A co za tym idzie dość istotnego osłabienia tempa wzrostu potencjalnego - mówi Michał Dybuła, ekonomista BNP Paribas.
Niskie ceny na pewno nie będą argumentem, którego pracownicy będą mogli używać w negocjacjach płacowych. Zresztą presja płacowa będzie znikoma - i tu większość ekspertów też się ze sobą zgadza. Problemy z utrzymaniem sprzedaży i - w związku z tym - produkcji będą przenosiły się na rynek pracy. Pracownicy, żeby tylko utrzymać zajęcie, będą skłonni nawet zaakceptować obniżkę wynagrodzenia.
Ekonomiści uważają jednak, że to nie potencjalne źródła oszczędności będą decydować o sukcesie lub porażce firmy.
- Problemem jest oszacowanie poziomu sprzedaży. My nie wiemy, jak bardzo skurczy się gospodarka globalna w perspektywie najbliższych kilku kwartałów, gdzie będzie ten poziom dna, od którego się odbijemy. A to, jak szybko będziemy się od tego dna odbijać, będzie funkcją dostępności kapitału. Trzeba więc poczynić jakieś założenia dotyczące kondycji sektora bankowego w perspektywie pięcioletniej. To jest w tej chwili absolutnie kluczowe - mówi Michał Dybuła z BNP Paribas.
- Jeśli ja miałbym pisać plan biznesowy, to musiałbym bardzo wierzyć, że to, co będę sprzedawał, znajdzie popyt, w sytuacji gdy dyskrecjonalny dochód do dyspozycji gospodarstw domowych będzie znacznie mniejszy niż w ciągu ostatnich pięciu, sześciu lat. Druga rzecz to w jaki sposób zapewnić konkurencyjność, przede wszystkim cenową tego produktu czy usługi - dodaje Michał Dybuła.
Zdaniem Jeremiego Mordasewicza z Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych Lewiatan firmy będą musiały się dostosować do zaostrzającej się konkurencji rynkowej.
- Strategie firm będą różne. Na przykład można redukować zatrudnienie w działach produkcyjnych, ale trudno mi sobie wyobrazić, żeby ktoś chciał to robić w działach sprzedaży. Cały czas jest zapotrzebowanie na handlowców, bo gdzieś trzeba upchnąć produkcję. Inaczej wypada się z rynku - mówi Jeremi Mordasewicz.
Według niego firmy też dokładniej będą przyglądały się ryzyku, ograniczą kredyt kupiecki, a terminy płatności będą bardziej rygorystycznie egzekwowane niż tych klientów, którzy nie są strategiczni.
- Dobra koniunktura uśpiła przedsiębiorców. Oni się teraz przebudzili. Dziś zatrudnia się specjalistów od finansów, ludzi, którzy mają dbać o płynność. Zaczyna się dokładniej szacować ryzyko niewypłacalności kontrahentów. To są normalne rzeczy, których zaniechano w latach 2007-2008 ze względu na dobrą koniunkturę. Przedsiębiorcy na pewno dokonają wysiłku w kontroli kosztów. Te ostatnie dwa lata były tak dobre, że część z nich przechodziła do porządku dziennego nad tą sprawą. Tolerowali pewne działania w firmach, które tolerowane być nie powinny - mówi Jeremi Mordasewicz.
Bądź na bieżąco ze zmianami w prawie i podatkach.
Czytaj raporty, analizy i wyjaśnienia ekspertów.
Bądź na bieżąco ze zmianami w prawie i podatkach.
Czytaj raporty, analizy i wyjaśnienia ekspertów.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.