Jak mierzyć wzrost gospodarczy
Standardowe pomiary wyników gospodarczych wyglądają dziś w większości krajów zastraszająco. Brytyjczycy dowiedzieli się, że w IV kwartale ich gospodarka skurczyła się o 1,5 proc., najbardziej od 1980 roku. W Niemczech spadek był jeszcze większy, a Singapur - gospodarka otwarta, uważana za herolda globalnego handlu - oczekuje w tym roku 5-procentowego spadku.
Być może przyszła pora na zmianę sposobu pomiaru. Większość ekonomistów zgodnych jest co do tego, że najpowszechniej używany wskaźnik - produkt krajowy brutto (PKB) - to niedoskonały miernik aktywności gospodarczej. Kłopot w tym, że nikt nie wynalazł lepszego.
Ale poczekajmy: składająca się z 24 wybitnych ekonomistów komisja - którą kierują nobliści Joseph Stiglitz i Amartya Sen - ma w kwietniu przedstawić raport na temat ulepszenia rachunkowości gospodarczej. Chodzi o to, by dane ekonomiczne przedstawiała ona bardziej wyczerpująco - uwzględniając takie czynniki jak degradacja środowiska naturalnego oraz jakość życia - i żeby odbywało się to w sposób bardziej zrozumiały dla opinii publicznej i przydatny politykom.
Tę ambitną inicjatywę zgłosił w zeszłym roku prezydent Francji, Nicolas Sarkozy, coraz bardziej zaniepokojony powszechnym niedowierzaniem statystykom gospodarczym. Jak dowodził, aż nazbyt często oficjalne dane wydają się sprzeczne z osobistym doświadczeniem, co stwarza dysonans między polityką i zwyczajnym życiem. Twierdził, że również zagrożenie katastroficznymi zmianami klimatycznymi powinno zmusić architektów polityki gospodarczej do nadania większego znaczenia wpływowi kwestii środowiskowych na wzrost gospodarczy.
Zdaniem Josepha Stiglitza, profesora Columbia University w Nowym Jorku, PKB - jako wskaźnik rynkowej wartości wszystkich wytworzonych przez gospodarkę towarów i usług - był zawsze ułomny, pomijając nawet kwestie związane z postępem społecznym. Uważa on, że obecna globalna burza gospodarcza te jego wady jeszcze bardziej uwidoczniła. - Kryzys pokazał, że dane o PKB w USA były całkowicie błędne. Jego wzrost opierał się na iluzji - mówi. - To nie był wzrost trwały ani zrównoważony. Nawet przed załamaniem większości ludzi wiodło się gorzej niż w 2000 roku. Dla większości Amerykanów to była dekada spadkowa - dodaje.
W ciągu minionego roku komisja Stiglitza-Sena przeanalizowała ogromną liczbę alternatywnych mierników, zastanawiając się nad trzema głównymi kwestiami: jak poprawić standardowy wskaźnik PKB; jak wprowadzić do tych danych nowe miary, obrazujące trwałość rozwoju gospodarczego, społecznego i w zakresie środowiska; jak skonstruować nowe narzędzia, za pomocą których można ocenić jakość życia. Być może komisja nie wynajdzie jednej miary, która zastąpiłaby PKB, ale zasugeruje stosowanie „panelu sterującego”, składającego się z różnych wskaźników: celem takiego posunięcia byłoby wywołanie dyskusji o używaniu - i nadużywaniu - statystyk gospodarczych.
Amartya Sen, profesor ekonomii na Uniwersytecie Harvarda, uważa, że ludzie są w stanie poradzić sobie z więcej niż jednym wskaźnikiem liczbowym i że ucieszy ich spojrzenie na gospodarkę z różnych perspektyw. - Wskaźniki to sposób na pobudzenie dyskusji publicznej. Mam nadzieję, że gdy się pojawią te nowe, wywoła to duże zainteresowanie, a to z kolei wpłynie na decyzje polityczne - mówi.
Choć wielu statystyków nie jest zadowolonych ze wskaźnika PKB, ma on swoje niezaprzeczalne zalety, przede wszystkim dlatego, że dokładnie wiadomo, co się do niego wlicza, a co nie; że opiera się na obiektywnych cenach wyznaczonych przez wolne rynki i że umożliwia porównania między poszczególnymi krajami.
Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) uznała w 2006 roku, że PKB nadal stanowi kluczowy sposób oceny wyników gospodarczych, choć do uzyskania pełnego ich obrazu potrzebne są pomiary uzupełniające.
PKB stanowi jednak miarę ilościową, nie jakościową. Nie uwzględnia on podziału dochodów, nie zawiera też w sobie moralnej oceny działalności (choć wyklucza pomiar działań nielegalnych, takich jak handel narkotykami).
Tak więc rządowe wydatki na więzienia traktowane są przy jego wyliczaniu tak samo jak wydatki na uniwersytety. Usuwanie skutków awarii nuklearnej do zwiększenia PKB przyczynia się tak samo jak produkcja energii słonecznej. Wydobywanie i sprzedaż ropy naftowej traktuje się jako zwiększenie bogactwa narodów, a nie jako zmniejszenie należących do nich zasobów.
Podczas ubiegłorocznego przesłuchania w Senacie USA kalifornijski pisarz Jonathan Rowe zwrócił uwagę na pewne absurdy, wynikające z mechanicznego pomiaru gospodarki za pomocą tego, co ona produkuje. Pomiar usług medycznych za pomocą ich kosztów, a nie efektów - czy biorąc pod uwagę raczej sprzedaż usług medycznych i leków niż liczbę zdrowych ludzi - może prowadzić do ukształtowania się całkowicie odwróconego spojrzenia na tę dziedzinę. Ekonomicznym „bohaterem” statystyk PKB będzie w tym ujęciu pacjent śmiertelnie chory na raka, który poddawany jest drogiemu leczeniu, a dodatkowo odbywa właśnie kosztowny rozwód.
- Następnym razem usłyszymy o „ożywieniu wywołanym przez choroby. W celu pobudzenia gospodarki musimy zachęcać ludzi do chorowania - ironizował Jonathan Rowe.
Jean-Philippe Cotis, szef francuskiego biura statystycznego Insee i członek wspomnianej wyżej komisji, uważa, że jej najważniejsze zadanie polega na próbie zmniejszenia rozdźwięku między obiektywnymi miarami produkcji gospodarczej i subiektywnymi ocenami dobrego samopoczucia.
- PKB był początkowo pomyślany jako miara produkcji i aktywności gospodarczej. Nigdy nie uważano go za sposób pomiaru dobrego samopoczucia. To wykracza poza zakres odpowiedzialności statystyki. Obecnie jest jednak tyle czynników, które - oprócz PKB i niezależnie od niego - wpływają na samopoczucie ludzi, że warto zając się również ulepszeniem samego PKB - mówi Jean-Philippe Cotis.
Sugeruje on, że jedną z praktycznych usług ze strony statystyków mogłoby być bardziej szczegółowe badanie składników PKB, które umożliwiłoby określenie, co właściwie dzieje się w gospodarce. Insee analizuje np. budżety francuskich rodzin w okresie 2001-2006, dokonując rozróżnienia między ich wydatkami stałymi - jak opłaty za mieszkanie, podatki i opłaty za usługi komunalne - oraz wydatkami kształtowanymi dowolnie.
- W przypadku najbiedniejszych 20 proc. gospodarstw kwota, którą można było wydać dowolnie w 2001 roku, odpowiadała 45 proc. ich dochodów, ale pięć lat później - głównie za sprawą wzrostu kosztów utrzymania mieszkania - zmalała ona do 25 proc. dochodu - mówi Jean-Philippe Cotis.
Francuskie gospodarstwa domowe z tej grupy dochodowej miały zatem uzasadnione powody, by uważać, że choć dane ogólne sugerują, iż bogactwo kraju rośnie, to ich standard życia obniża się. Ta wiedza mogłaby pomóc politykom w lepszym przygotowaniu rozwiązań adresowanych do ludzi najbardziej dotkniętych pogorszeniem warunków materialnych.
- Ich percepcja rzeczywistości może być skrzywiona, ale czasem prawda jest po ich stronie. Czucie się biednym oznacza, że - w znaczeniu filozoficznym - jest się nim - uważa szef Insee.
Sugeruje on, żeby w danych o dochodach posługiwać się raczej medianą* niż średnią arytmetyczną, ponieważ pomoże to zrozumieć, kto korzysta na wzroście gospodarczym, a kto nie. Z kolei przypisanie jakiejś wartości działaniom nierynkowym - takim jak korzystanie z czasu wolnego czy opieka nad dziećmi - mogłoby się przyczynić do zwrócenia uwagi na zależności między wzrostem gospodarczym a stanem społecznego zadowolenia. Wychowanie dzieci czy zajmowanie się chorymi rodzicami nie powoduje może zwiększenia PKB, ale zarówno dla rodzin, jak i dla społeczeństw stanowi to samoistną wartość.
W ciągu ostatnich dwudziestu paru lat ekonomiści poświęcili wiele czasu i wysiłku na wynajdywanie sposobów pomiaru degradacji środowiska naturalnego oraz trwałości rozwoju. Ustalanie takich miar jest stosunkowo łatwiejsze w sytuacji, gdy jakieś zasoby, np. ropy naftowej, mają wartość rynkową. Nastręcza ono jednak ogromnych trudności, gdy w grę wchodzą takie powszechnie dostępne i uważane za bezpłatne dobra, jak powietrze i woda. Do jakiego stopnia PKB powinien odzwierciedlać „złe strony” niczym nieograniczanego wzrostu gospodarczego, takie jak zanieczyszczenie środowiska? Jakie „wagi” przy jego wyliczaniu powinno się przypisać innym czynnikom - natężeniu hałasu, dostępności przestrzeni czy nawet urokom krajobrazu?
Równie subiektywne osądy pojawiają się przy próbach oceny jakości życia. Organizacja Narodów Zjednoczonych opracowała własny wskaźnik - Human Development Index (HDI) - za pomocą którego usiłuje mierzyć społeczne elementy życia, takie jak stopa śmiertelności, umiejętność czytania i pisania oraz standard życia. Profesor Amartya Sen, który istotnie przyczynił się do powstania tego wskaźnika, od dawna podkreśla znaczenie, jakie w polityce gospodarczej ma tworzenie możliwości kształcenia oraz sprawiedliwość społeczna.
Jak twierdzi Kemal Dervis, szef Programu Rozwoju ONZ (instytucji, która zajmuje się m.in. obliczaniem HDI), takie wskaźniki mają nieocenione znaczenie, ponieważ zwracają uwagę na kwestie społeczne, które pomija się przy wyliczaniu PKB. Stanowią także bodziec dla polityków, bo zwracają uwagę na różnice między krajami. Takie złożone wskaźniki zawsze będą mieć jednak trochę arbitralny charakter, bo - jak dodaje Kemal Dervis - ich poziom zależy od wag przypisanych poszczególnym składnikom; dlatego też nigdy nie będą one stanowić substytutu PKB.
Chyba najbardziej kontrowersyjnym z problemów, z jakimi zmaga się komisja Stiglitza i Sena, jest zbadanie, czy da się utworzyć „wskaźnik szczęścia”, który byłby oparty na badaniach postaw ludzi.
Ludzie kierujący się względami praktycznymi mogliby dowodzić, że ambicją każdego rządu powinna być pomoc w zapewnieniu jak największej ilości dóbr jak największej liczbie osób, to zaś najłatwiej osiągnąć, pytając ludzi o stopień ich zadowolenia. Krytycy tego podejścia wysuwają jednak argument, że tego typu badania są zwykle zbyt subiektywne i z tego względu mają małe znaczenie praktyczne. Mogą się one okazać nawet szkodliwe, bo zachęcają rząd do nadmiernego wtrącania się do gospodarki po to, żeby realizować cele społeczne.
Profesor Sen podkreśla jednak, że zamiast przypisywać ludziom racjonalne motywacje, ekonomiści i psychologowie społeczni powinni bardziej starać się zrozumieć, co ci ludzie myślą i jakie są motywy ich postępowania.
Ekonomiści skupiają się zwykle na racjonalności zachowań rynkowych. Uważamy, że występujący na gospodarczej scenie aktorzy to ludzie silni, spokojni i racjonalni, że można ich podpatrzyć i zorientować się, jakie mają preferencje. My tymczasem zamierzamy zadawać im pytania - mówi Amartya Sen.
W obecnym momencie, gdy cała gospodarka światowa doświadcza fatalnych skutków kryzysu finansowego, wyborcy na takie pytanie odpowiedzieliby pewnie, że chcą po prostu utrzymać pracę i dotychczasowe dochody. Mimo to jednak nasila się potrzeba dyskusji o tym, jaki model wzrostu byłby w pokryzysowym świecie społecznie pożądany, a jednocześnie uwzględniałby wymogi odpowiedzialności za środowisko naturalne.
* Mediana (wartość środkowa) to w przypadku dochodów kwota, której nie przekraczają dochody połowy badanej zbiorowości.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.