Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Gospodarka

Za pakiet Obamy zapłacą słabsze kraje, w tym i my

26 marca 2009
Ten tekst przeczytasz w 3 minuty

Barack Obama, zanim został prezydentem, pisał w swojej książce: „Jeśli nie jesteśmy gotowi czegoś poświęcić dla realizacji swoich ideałów, musimy zadać sobie pytanie, czy naprawdę w nie wierzymy (...). Mówimy, że ważna jest dla nas spuścizna, którą zostawimy następnemu pokoleniu, a następnie obarczamy ich olbrzymim długiem”.

Teraz Obama sam zaciąga gigantyczne długi, nie przejmując się rachunkiem, jaki wystawia kolejnym pokoleniom Amerykanów. Po poprzednim, wyjątkowo rozrzutnym prezydencie odziedziczył deficyt budżetu w wysokości 1,2 bln dol., tj. 8,3 proc. PKB. Ale zamiast ten deficyt zacząć ograniczać, przeforsował tzw. pakiet stymulacyjny o wartości niemal 800 mld dol., z których około 1/3 ma być wydana w tym roku.

Największym problemem z pakietem stymulacyjnym Obamy nie jest jego struktura, ale samo jego wprowadzenie. Nawet gdyby w całości zapisane w nim środki przeznaczono na zwiększenie wydatków rządu na zakup dóbr, to jego wpływ na łączny popyt byłby co najwyżej mizerny. Wydatki te wypchnęłyby bowiem wydatki tej części gospodarstw domowych i przedsiębiorstw, która ma świadomość, że w horyzoncie kilku lat rosnący dług publiczny podbije stopę procentową. Symulacje przeprowadzone przez Johna B. Taylora wskazują, że oddziaływanie pakietu Obamy na łączny popyt będzie 6 razy słabsze, niż głosi administracja.

Za pakiet stymulacyjny Stanów Zjednoczonych, a także innych państw o wysokim dochodzie na mieszkańca, wysoką cenę może zapłacić wiele krajów słabiej rozwiniętych, w tym Polska. Duże kraje wysoko rozwinięte mają wyemitować w tym roku skarbowe papiery wartościowe na sumę 3-4 bln dol. Rządy i przedsiębiorstwa z rynków wschodzących muszą pozyskać prawie 7 bln dol. na spłatę swoich zagranicznych zobowiązań. Jeśli nasz rząd nie chce ryzykować wepchnięcia polskich banków, firm i gospodarstw domowych w problemy ze spłatą długów w walutach obcych, musi trzymać deficyt budżetu w ryzach.

Do szybkiego wyjścia z bardzo głębokiego kryzysu nie jest potrzebne zwiększenie deficytu budżetu, a szybkie odblokowanie kredytu. Dowodzą tego np. doświadczenia Korei Południowej. W 1997 roku japońskie banki wycofały z koreańskiego sektora bankowego 13 mld dol. W efekcie na przełomie 1997 i 1998 roku większość instytucji finansowych w Korei stała się niewypłacalna lub utraciła płynność. Rząd zdecydował się wprowadzić gwarancje dla depozytów, dokapitalizować instytucje finansowe i przejąć część ich złych aktywów. Nadzór wymusił na bankach odnowienie na rok kredytów większości firm. Zyskano czas na przygotowanie programów restrukturyzacji. Rząd nie zdecydował się na stymulację fiskalną. Saldo budżetu w 1998 roku pogorszyło się o 2,5 proc. PKB, ale był to wynik załamania aktywności gospodarczej, a nie celowych działań rządu. Wysokie tempo wzrostu gospodarki powróciło już w 1999 roku. Sięgnęło 9,5 proc. i było najwyższe od 1988 roku.

W Polsce instytucje finansowe nie mają takich problemów jak w krajach wysoko rozwiniętych. Dzięki temu nasza gospodarka nie kurczy się, a nadal jeszcze - choć dużo wolniej - rośnie. Jeśli mamy uniknąć recesji, potrzebne są skoordynowane działania rządu, nadzoru finansowego i banku centralnego wzmacniające bodźce banków do udzielania kredytów w niepewnych czasach. Wokół tego problemu, a nie wokół deficytu budżetu powinna toczyć się debata publiczna.

6218ec55-43bf-453e-b0f9-754b1aa8ffb7-38889469.jpg
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.