Największa nadzieja we wspólnych działaniach antykryzysowych
Światowi przywódcy nie mogą uzgodnić, co właściwie należałoby zrobić, a tymczasem światowa gospodarka leci w dół w coraz szybszym tempie. Doniesienia z ubiegłego tygodnia o faktycznym załamaniu niemieckiego sektora przetwórczego to najwyraźniejszy z dotychczasowych sygnałów, że Europa zmierza ku wielkiemu kryzysowi. W tym samym kierunku podążają Japonia i inne azjatyckie kraje.
Załamanie gospodarek Niemiec i Japonii jest, poza wszystkim innym, interesujące ze względu na to, co mówi nam o naturze obecnego kryzysu. Światowy handel stał się jednym z głównych pasów transmisyjnych wstrząsu. Globalne czynniki są głównym motorem dekoniunktury. To nie jest równoznaczne ze stwierdzeniem, że wszyscy ucierpieli - oznacza natomiast, że jeśli chcemy zahamować rozkład, poleganie wyłącznie na krajowych instrumentach nie załatwi sprawy.
Ogólnie rzecz biorąc, politycy rozumieją, że jest kryzys. Jednak wielu, w tym większość europejskich przywódców, nadal nie docenia prawdopodobnej siły uderzenia i - co ważniejsze - błędnie ocenia dynamikę kryzysu. Gratulują sobie z powodu skromnych pakietów stymulacyjnych, jakie udało im się uzgodnić, jednak czuje się, że się w pewnym sensie poddali: uznali, że trzeba czekać, aż burza przejdzie, bo tak czy inaczej niewiele można zrobić. Taka postawa w przeszłości była skuteczna, ponieważ Europa na ogół polegała na USA jako generatorze światowego popytu. Mam wrażenie, że europejscy przywódcy znowu liczą na amerykański cud - tyle że tym razem cudu nie będzie. Dziś mamy do czynienia z kryzysem innego rodzaju, który - cokolwiek by się zdarzyło - nie zakończy się z chwilą, gdy amerykański konsument wyzdrowieje.
Tym razem USA nie będą w stanie same wygenerować światowego ożywienia. Tim Geithner, amerykański sekretarz skarbu, i Larry Summers, przewodniczący Krajowej Rady Ekonomicznej przy prezydencie Baracku Obamie, nalegali, by podczas szczytu w Londynie 2 kwietnia Grupa 20 uzgodniła skoordynowaną reakcję. Europejczycy natychmiast stanęli okoniem. Kanclerz Niemiec Angela Merkel i prezydent Francji Nicolas Sarkozy, którzy rzadko się zgadzają, w kwestii globalnej koordynacji, prezentują wspólny front. Francja i Niemcy chcą, aby szczyt G20 zajął się wyłącznie kwestiami długookresowymi. Może uda się ich nakłonić do transakcji wymiennej, w ramach której USA przyjmą europejski program regulacji finansowych w zamian za pewien stopień koordynacji polityk gospodarczeji. Nie byłby to najgorszy rezultat - ale na razie nie założyłbym się, że wszystko przejdzie tak gładko.
Argumenty za globalną koordynacją są nie do podważenia. W co najmniej trzech obszarach działania G20 byłyby bardziej skuteczne, niż to, co krajowe rządy są w stanie zdziałać na własną rękę.
Pierwszą kwestią jest skoordynowana stymulacja. Z ekonomicznego punktu widzenia za koordynacją przemawia zwiększenie efektywności bodźca - tak zwany mnożnik. Wiele krajowych programów stymulacyjnych, na przykład francuskie subsydia dla przemysłu samochodowego czy niemieckie cięcia pośrednich kosztów płacy, są - z globalnego punktu widzenia - grą o sumie zerowej. Francja pomaga własnym producentom samochodów kosztem cudzych sektorów przemysłu motoryzacyjnego; Niemcy zwiększają własną konkurencyjność kosztem konkurencyjności innych krajów. Tymczasem po to, aby globalna gospodarka ruszyła z miejsca, potrzeba bodźca, który - zamiast poprawić punktację tego czy innego kraju w lidze - zwiększy konsumpcję i inwestycje sektora publicznego i prywatnego. Jednak kraje o znacznym udziale importu w gospodarce podjęłyby takie działania tylko wówczas, gdyby wiedziały, że inne postąpią tak samo. To jest podręcznikowy przykład problemu zbiorowego działania.
Druga sprawa, to prewencja. Stoimy wobec problemu masowego wycofywania finansowania z krajów Europy Środkowej i Wschodniej Europy. Zaszokowało mnie, gdy usłyszałem w ubiegłym tygodniu, że po wniosku Rumunii o pomoc Komisji Europejskiej wkrótce zabraknie środków na wspieranie bilansów płatniczych. Kryzys może być bliżej, niż jesteśmy gotowi przyznać. Polityczna poprawność nakazuje podkreślać, że każdy z krajów Europy Środkowej i Wschodniej Europy jest inny. Chcę oficjalnie stwierdzić że tak jest w istocie - tyle, że te różnice nie mają żadnego znaczenia. W przypadku spekulacyjnego ataku na region odrębności Węgier i Czech byłyby zupełnie nieistotne. Oto kolejny przykład problemu kolektywnego działania na poziomie państw środkowoeuropejskich i na poziomie UE.
Po trzecie, kiedy już zabierzemy się do porządkowania systemu bankowego, globalna koordynacja będzie niezbędna. Powstały olbrzymie międzynarodowe „plamy oleju”. Poprzez pomoc, udzieloną AIG, amerykańscy podatnicy pośrednio uchronili kilka europejskich wielkich banków przed ogromnymi stratami, ponieważ te banki otrzymały od AIG znaczne płatności z tytułu kontraktów na instrumenty pochodne. Lada moment zdarzy się wypadek, podobny do sprawy Lehman Brothers. Gdy w grę wchodzą międzynarodowe instytucje zbyt wielkie, by można dopuścić do ich upadłości, globalna koordynacja jest bezwzględnie konieczna.
Reasumując, nasza zdolność do rozwiązywania rozmaitych problemów w kolektywnym działaniu zdecyduje o tym, jak głęboki będzie ten kryzys. Oczywiście, G20 nie jest idealnym forum, ponieważ jest zbyt duża jak na potrzeby efektywnej koordynacji międzyrządowej - ale chwilowo nie ma alternatywy. Podczas gdy propozycje USA dają cień nadziei, europejska reakcja budzi rozczarowanie. Jednak dla globalnej gospodarki jest to prawdopodobnie ostatnia szansa na uniknięcie wielkiego kryzysu.
Fot. Images.com Corbis
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.