Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Gospodarka

Kryzys finansowy nauczył polskie banki i klientów ostrożności

1 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 10 minut

WARTOŚĆ KREDYTÓW jakie Polacy wzięli w bankach wzrosła do ponad 477 mld zł, czyli jest najwyższa w historii. Pomimo kolejnych restrykcji nadzoru finansowego, banki pożyczają więc pieniądze, choć są przy tym dużo ostrożniejsze niż przed kryzysem. Jednak wiarygodny klient nie ma kłopotów z uzyskaniem kredytu

Światowy kryzys finansowy z naszym sektorem bankowym obszedł się stosunkowo łagodnie, ale to nie oznacza, że banki nie wprowadziły żadnych zmian. Na szczęście, wbrew przysłowiu, nasz sektor finansowy sporo się nauczył na błędach banków z krajów wysoko rozwiniętych, które doprowadziły je do upadku lub na skraj bankructwa. Czasem ta nauka ma związek z tym, że polski bank jest bezpośrednio powiązany kapitałowo z zagraniczna instytucją finansową, która sparzyła się na kredytach hipotecznych. Czasem ta ostrożność jest wymuszana przez Komisje Nadzoru Finansowego.

- Regulacje KNF istotnie precyzują zasady prowadzenia akcji kredytowej. Nadzór wprowadza normy ostrożnościowe, których bankom przekraczać nie wolno - mówi Paweł Pietryka dyrektor pionu klientów indywidualnych w BNP Paribas Banku Polska.

Te zmiany są oczywiście niekorzystne z punktu widzenia klientów, ale podnoszą one bezpieczeństwo sektora bankowego. Także Polacy słysząc o kłopotach ze spłatą pożyczek w innych krajach i licytacji mieszkań, są bardziej ostrożni, podejmując decyzje kredytowe.

- Wszyscy wzięliśmy lekcje z kryzysu. Dlatego obserwujemy wzrost zainteresowania polisami ubezpieczeniowymi na życie, czy od utraty pracy, które często towarzyszą kredytom - mówi Paweł Pietryka.

Banki obniżają marże kredytów hipotecznych i w tej chwili, podobnie jak przed kryzysem, nie brakuje ofert z marżą poniżej 1 proc. (średnio 1,4 proc.). Spada również oprocentowanie kredytów gotówkowych. Trzymiesięczne pożyczki oprocentowanie są średnio w wys. 15-15,5 proc., czyli również niewiele wyżej niż przed kryzysem. Jednak w praktyce sytuacja jest całkowicie inna niż 3-4 lata temu. Na najlepsze warunki kredytowe mogą liczyć tylko wybrani klienci. Pierwszą reakcją banków na kryzys, było bowiem upowszechnienie zasady, że na niższe marże i łatwiejszy kredyt, mogą liczyć klienci, którzy są bankowi doskonale znani. Taki klient musi mieć w banku konto, na które co miesiąc wpływa wynagrodzenie, albo najlepiej mają też wykupiony program inwestycyjny.

- Klientowi, na którym można zarobić w innym miejscu, bank może zaproponować lepsze warunki kredytowe - mówi Jarosław Sadowski z Expandera

Ta zasada, czyli cross sell (sprzedaż wiązana), stała się obecnie w bankach normą. Dobre warunki kredytowe, to haczyk, na który bank chce złapać klientów z dużymi dochodami, którzy przeniosą się do banku z całymi swoimi finansami. Jeśli instytucja finansowa godzi się mniej zarabiać na kredycie, to tylko w sytuacji, gdy większe dochody da jej np. dodatkowe ubezpieczenie, które klient wykupił w banku.

Kolejnym bardzo widocznym następstwem niedawnego kryzysu, było wycofanie się wielu banków z udzielania kredytów walutowych. Obecnie kredyty we frankach udziela tylko 7 banków, a w euro 17 instytucji finansowych.

- Banki oceniają że są to kredyty bardziej ryzykowne, co widać choćby po poziomie marż, który jest wyraźnie wyższy niż przy pożyczkach złotowych - mówi Paweł Pietryka

Czasami pożyczki w walucie są adresowane tylko do klientów bardziej zamożnych. W Deutsche Bank na kredyt w szwajcarskiej walucie może liczyć tylko kredytobiorca o dochodach wynoszących co najmniej 16 tys. zł miesięcznie. W Nordeii i Raiffeisen Banku indywidualna osoba musi zarabiać co najmniej 5-6 tys. zł, a w przypadku dwuosobowych gospodarstw domowych, dochód musi przekraczać 8 tys. zł. W DnB Nord i PKO BP ten limit wynosi 4 tys. zł na osobę. Nic dziwnego, że obecnie tylko co 4-ty nowy kredyt hipoteczny, to pożyczka w euro lub frankach.

Kryzys stał się detonatorem nowej polityki Komisji Nadzoru Finansowego. Do tego czasu KNF starała się raczej jedynie nadzorować sytuacja na rynku. Po wybuchu kryzysu, nadzór wydał szereg aktów, które miały wyeliminować z rynku kredytobiorców, którym banki pożyczając pieniądze, podejmują nadmierne ryzyko. Według ekspertów kolejne rekomendacje i ich nowelizacje, to swoista żółta kartka dla banków komercyjnych, które dbając o krótkoterminowy zysk, same nie są w stanie oszacować ryzyka kredytowego. Z dzisiejszej perspektywy niektóre z tych przepisów wydanych przez KNF, wydają się czymś naturalnym i oczywistym. Aż trudno uwierzyć, że jeszcze niedawno nie wszystkie banki kredytując zakupy ratalne sprawdzały czy kredytobiorca ma stałe zatrudnienie, jakie ma zarobki i czy do tej pory regularnie sprawdzał swoje zadłużenie (w Biurze Informacji Kredytowej). Teraz taki obowiązek ciąży na sektorze bankowym. W tej chwili osoba zarabiająca 1,5 tys. zł nie dostanie nowego kredytu, jeśli na spłatę wcześniej zaciągniętych pożyczek wydaje co miesiąc np. 1 tys. zł. KNF wymaga, aby na obsługę kredytu, osoba zarabiająca średnią krajową lub mniej, mogła wydać maksymalnie 50 proc. swoich zarobków. Jeśli ktoś zarabia więcej niż średnia krajowa, to ten limit wynosi 65 proc. Dzisiaj te przepisy nie wzbudzają już dzisiaj wielkich kontrowersji. Inaczej wygląda sytuacja w z kredytami walutowymi. Ograniczenia dotyczące takich pożyczek są różnie oceniane, bo kredyty walutowe cały czas są dużo lepiej spłacane niż pożyczki złotowe, a koszt ich obsługi, mimo no. wzrostu ceny franka z 2 do 3 zł, jest niższy niż kredytów złotowych wziętych w tym samym czasie. Mimo to odsetek nowych kredytów w walucie spadł z prawie 90 proc. przed kryzysem, do zaledwie 20-25 proc. Nie ma w tym nic zaskakującego, jeśli weźmie się pod uwagę, że maksymalna zdolność kredytowa liczona w euro lub frankach z mocy prawa jest niższa o 20 proc. w porównaniu z pożyczkami w rodzimej walucie.

Zdaniem większości analityków działania KNF, które miały na celu zmniejszenie zadłużenia w walucie, były zdecydowanie spóźnione. Nastąpiły one dopiero po wybuchu kryzysu. Nadzór twierdzi jednak, że ciągle istnieje potrzeba istnienia dodatkowych ograniczeń dla kredytów walutowych.

- Zwykły klient najczęściej nie jest w stanie przewidzieć negatywnych skutków urzeczywistnienia się ryzyk, które kryją się w kredycie walutowym. Kredytobiorcy walutowi bardzo dotkliwie odczuwają duża zmienność na rynku walutowym, bo oznacza to wzrost kosztów obsługi ich długu - mówi Marta Chmielewska-Racławska z Urzędu Komisji Nadzoru Finansowego.

Lista wprowadzonych i zapowiadanych restrykcji jest długa. Maksymalna zdolność kredytowa w walucie jest z mocy prawa obniżona o 20 proc. w stosunku do zdolności w rodzimej walucie. Do końca roku na obsługę kredytu walutowego, kredytobiorca będzie mógł wydać maksymalnie 42 proc swoich zarobków, podczas gdy w przypadku pożyczek złotowych ten limit wynosi 50 proc. dla osób zarabiających średnia krajową lub mniej lub 65 proc, gdy klient ma wyższe zarobki.

W tej chwili bankom nie brakuje pieniędzy, które mogły by przeznaczyć na udzielanie kredytów wszystkim zainteresowanym klientom.

- Nadpłynności sektora bankowego wynosi obecnie około 100 mld zł - szacuje Krystian Bereżański dyrektor departamentu skarbu w Toyota Bank.

Jeśli nie ma więc radykalnego wysypu nowych kredytów, to dlatego, że bankowcy mają obecnie większą świadomość nadmiernego ryzyka kredytowego. Kredyty na oświadczenie, bez sprawdzenia dochodów klienta i jego historii kredytowej zniknęły z oferty większości instytucji finansowych, znacznie szybciej niż pojawiły się rekomendacje KNF, które wymusiły przestrzeganie takich zasad. W efekcie większość banków przestała też tak mocno zabiegać o depozyty klientów. Po wojnie depozytowej w 2009 roku, gdy płynność była najważniejszym czynnikiem oceny sytuacji banków i oprocentowanie niektórych lokat przekraczało nawet 10 proc. (średnio ok. 7 proc), teraz oprocentowanie na depozytach w największych bankach, nie chroni nawet przed inflacja, która przekroczyła 4,5 proc.

Tylko w pierwszym kwartale 2011 roku wartość kredytów dla gospodarstw domowych zwiększyła się o 1,76 mld zł. Wartość kredytów jakie Polacy wzięli w bankach wzrosła do ponad 477 mld zł, czyli jest najwyższa w historii. Pomimo kolejnych restrykcji nadzoru finansowego, banki pożyczają więc pieniądze, choć są przy tym dużo ostrożniejsze niż przed kryzysem.

- Mamy zwiększenie akcji kredytowej, ale już na tych nowych warunkach. Te nowe kredyty są bardziej bezpieczne - mówi Paweł Pietryka.

Dlatego wiarygodny klient, o stałych zarobkach i dobrej historii kredytowej nie powinien mieć kłopotów z uzyskaniem kredytu. Do końca roku muszą jednak wdrożyć kolejne restrykcje KNF. Udzielając kredytu, którego termin spłaty przypada juz w wieku emerytalnym kredytobiorcy, bank będzie zmuszony oszacować wysokość przyszłej emerytury. Oczywiście w praktyce jest to niemożliwe, bo nie wiadomo kiedy klient przestanie pracować i jaka będzie wysokość jego emerytury. Kolejne restrykcje zostaną skierowane wyłącznie przeciwko kredytom walutowym. Na obsługę takich pożyczek, kredytobiorca będzie mogły wydać maksymalnie 42 proc swoich dochodów.

- Liczba osób, które będą mogły wziąć kredyt w walucie jeszcze bardziej spadnie. Odsetek pożyczek w euro i frankach może spaść wówczas poniżej 10 proc. - mówi Jarosław Sadowski.

@RY1@i02/2011/111/i02.2011.111.050.0001.001.jpg@RY2@

Rośnie wartość kredytów dla gospodarstw domowych

Roman Grzyb

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.