Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Gospodarka

Pościg w coraz wolniejszym tempie

Ten tekst przeczytasz w 9 minut

Lwią część drogi do obecnego poziomu życia pokonaliśmy jeszcze przed przystąpieniem do struktur europejskich

@RY1@i02/2014/080/i02.2014.080.000001000.101.jpg@RY2@

Unia Europejska była celem Polski od momentu zrzucenia zależności od Kremla. Wabiła nie tylko wolność, ale też dobrobyt. Lata 80., stan wojenny i gospodarcza zapaść tylko pogłębiły różnice między Polską a Włochami, Hiszpanią, Holandią, nie mówiąc już o Niemczech. Dlatego UE w Polsce lat 90., przeżywającej restrukturyzację oraz upadek dużych firm i nękanej przez bezrobocie, jawiła się jako rajska wyspa. Na tej wyspie mieszkamy od dekady. I choć dla Polaków wejście do Unii było spełnieniem aspiracji, jak pokazują nasze wyliczenia, lwią część drogi do obecnego poziomu życia pokonaliśmy jeszcze przed przystąpieniem do struktur europejskich.

Porównaliśmy dwie dekady. Tę przed wejściem do Unii i nasze 10 lat we Wspólnocie. Sprawdziliśmy, ile można było kupić za przeciętną pensję w 1993 r., w 2003 r. - na kilka miesięcy przed akcesją - oraz obecnie. Wnioski, choć zgodne z ekonomiczną wiedzą, podważają społeczną intuicję. Potoczny sąd wiąże tempo poprawy z przystąpieniem do UE. Ale jak pokazują nasze wyliczenia, jest wprost przeciwnie. Siła nabywcza naszych pensji dużo szybciej rosła w dekadzie tuż przed wejściem do Wspólnoty.

Najbardziej to szybsze tempo wzrostu zamożności w dekadzie przed unijną akcesją widać w rosnących możliwościach kupowania za przeciętną pensję coraz większej liczby produktów żywnościowych. Podobny proces, ale już nie w tak spektakularnym tempie, widać w odniesieniu do innych towarów codziennego użytku, już nie z żywnościowego koszyka.

Przyczyn tego zjawiska było kilka. Jedną z najważniejszych był punkt startu w tym wyścigu. - Przed wejściem do UE pensje rosły szybciej, ale ze znacznie niższego poziomu - zauważa prof. Witold Orłowski. Zupełnie jak w wyścigu kolarskim: z im gorszej pozycji startują goniący czołówkę, tym szybciej nadrabiają zapóźnienia. Ale im bliżej są prowadzących, tym tempo ich doganiania staje się wolniejsze. A my dwadzieścia lat temu byliśmy częścią postsowieckiego bloku, który jako całość gospodarczo odstawał od Zachodu. Co więcej, Polska na skutek stanu wojennego i zapaści w latach 80. traciła dystans nawet do socjalistycznych sąsiadów. Dodatkowo w 1993 r. nasza gospodarka dopiero wychodziła z recesji po szokowej terapii reform w latach 1990-1991 i był to zaledwie drugi rok gospodarczego wzrostu. Na jeszcze jedną przyczynę obserwowanego zjawiska zwraca uwagę prof. Stanisław Gomułka. To kwestia siły złotówki. Jak wskazuje ekonomista, bardzo agresywna polityka RPP w latach 2000-2001, oznaczająca niezwykle wysokie realne stopy procentowe, doprowadziła do dużej aprecjacji złotego w tym czasie, także do recesji w przemyśle i w budownictwie, a przy okazji do silnego obniżenia inflacji, dużo silniejszego niż zakładany w tym czasie cel inflacyjny. Z kolei światowy kryzys finansowy w 2008 r. doprowadził do znacznego osłabienia złotego, które w dużym stopniu trwa do dzisiaj. Wpływ wejścia do UE powinien był umocnić złotego. Tak się stało w latach 2005-2007. Ale wpływ kryzysu finansowego w drugą stronę był dużo silniejszy. Czyli złoty tuż przed wejściem do UE był relatywnie silniejszy niż obecnie, co przekładało się bezpośrednio na siłę zakupów przeciętnego wynagrodzenia.

Gonienie przez Polskę Zachodu było częścią ogólnoświatowego procesu otwierania się gospodarek i globalizacji - im więcej łapaliśmy kontaktu ze światową gospodarką, tym silniej działały na nas ogólnoświatowe tendencje. Jedną z nich było upodabnianie się cen i płac. Tyle że tych pierwszych znacznie szybciej. - Dynamika przepływu towarów i usług jest większa niż dynamika przepływu pracy ludzkiej, do tego bezrobocie hamuje presję na podwyżki płac. To powoduje takie właśnie relacje tej dynamiki - zauważa prof. Elżbieta Mączyńska. Swój wkład w opisywane tendencje ma też światowy kryzys. Gdy porównujemy zmiany polskiego PKB w obu dekadach 1993-2003 i 2003-2013, to dynamika jest podobna. To znaczy na początku każda z nich zaczyna się wzrostem gospodarczym, który narasta przez kilka lat, potem następuje spowolnienie i powolne odbijanie wzrostu w górę. W obu dekadach najwyższy wzrost nastąpił po czterech latach od ich początku - w 1997 r. i w 2007 r., gdy wyniósł 7 proc. PKB. Ale w końcówce ostatniej dekady wzrost odbija znacznie wolniej niż przed 10 laty. - Po wejściu do UE pensje rosły jeszcze szybciej, ale tylko do wybuchu globalnego kryzysu. Od 2009 r. wzrost płac przyhamował (ale, dla porównania, od wybuchu kryzysu pensje niemal w całej Europie malały), przyspieszy ponownie po zakończeniu kryzysu - zauważa prof. Witold Orłowski.

Jak się okazuje, przyczyną, dla której siła nabywcza płac mierzona możliwością zakupu poszczególnych produktów żywnościowych, rosła u nas szybciej przed wstąpieniem Polski do UE niż w okresie poakcesyjnym, była także sytuacja na międzynarodowym rynku żywnościowym. - W latach 2007-2008 bardzo wyraźnie wzrosły ceny surowców rolnych i żywności - zauważa Michał Koleśników, ekonomista BGŻ. Później wprawdzie spadały, ale nie wróciły do niskich poziomów sprzed lat. - Natomiast wcześniej, przez wiele dziesięcioleci, żywność na świecie wręcz relatywnie taniała - twierdzi Koleśników. Za międzynarodowym poziomem podążają również ceny krajowe. Efektem tego procesu jest to, że pojawienie się w UE nie w każdym przypadku oznacza większą siłę nabywczą, są nawet takie towary, których obecnie można kupić mniej przed dekadą, np. mąka pszenna czy wołowina.

Zmienia się natomiast to, że w wydatkach polskich rodzin coraz mniejsza część budżetu przypada na zakup żywności. Przed dwudziestoma laty pochłaniała ona średnio aż 40 proc. miesięcznej kwoty wydawanej przez gospodarstwa domowe na towary i usługi zaspokajające codzienne potrzeby. W ubiegłym roku było to już zdecydowanie mniej, bo 24,6 proc. Ale nawet po tych korzystnych zmianach nadal mocno odstajemy od standardów starych krajów Unii Europejskiej. Ich mieszkańcy wydają bowiem na jedzenie tylko kilkanaście procent kwot przeznaczanych na zakup towarów i usług konsumpcyjnych - na przykład Niemcy przeznaczają na ten cel 10,1 proc. budżetu związanego z zakupami, a Anglicy - 11,2 proc. Na jedzenie wydajemy nawet więcej niż Czesi (17 proc.) i Węgrzy (20,6 proc.).

Znacznie zwiększyła się także siła nabywcza płac w stosunku do dóbr trwałego użytku. Tym bardziej że w wielu przypadkach od kilku lat ceny części towarów nie rosną, lecz czasami nawet spadają. Dotyczy to przede wszystkim sprzętu informatycznego, fotograficznego oraz AGD - chłodziarkozamrażarek, pralek automatycznych, kuchenek mikrofalowych czy odkurzaczy. Tempo wprowadzania nowych modeli i technologicznych nowinek jest zawrotne. To powoduje, że "stary" sprzęt, który jest w ofercie, gwałtownie tanieje. W 1993 r. telewizory plazmowe były nowinką, a powszechnie kupowano te kineskopowe, 10 lat później zaczął się zmierzch telewizorów kineskopowych, a po kolejnej dekadzie kończy się produkcja plazm, a króluje LCD. Jeszcze szybsze przemiany dotyczą komputerów, które w 1993 r. były nowością, jeśli chodzi o gospodarstwa domowe. W tych przypadkach ceny urządzeń w odniesieniu do realnych wynagrodzeń znacznie się obniżyły. Zdaniem ekspertów jest to już trwałe zjawisko. Obniżki wynikają także z ekspansji handlu wielkopowierzchniowego. Supermarkety są często silniejsze od producentów wyrobów i wymuszają na nich niższe ceny. Przyczynia się do tego również ostra konkurencja między wielkimi sieciami handlowymi. Równocześnie od lat mamy do czynienia z tanim importem wielu wyrobów z Dalekiego Wschodu, głównie z Chin - co także wymusza spadek cen. Przed akcesją importu w tak dużej skali nie było. Nie było też tak dużej podaży wyrobów powszechnego użytku, co sprawiało, że ich ceny były stosunkowo wysokie.

Jednak są także niekorzystne tendencje. Choć na jedzenie i wiele wyrobów wydajemy coraz mniejszą część kwot przeznaczonych na wydatki, to równocześnie rośnie obciążenie budżetów gospodarstw domowych stałymi opłatami związanymi z użytkowaniem mieszkania i zużywaną energią. Według porównywalnych danych w 1999 r. gospodarstwa domowe przeznaczały na ten cel 18,4 proc. budżetów, a w 2013 r. - 21,7 proc.

Po kryzysie polska gospodarka zaczyna rosnąć. W tym roku wzrost PKB ma wynieść 3,3 proc. PKB, w kolejnych blisko 4 lub ponad 4 proc. To oznacza, że tempo poprawy wzrośnie. Ale raczej nie ma wielkich szans na wyższe tempo wzrostu płac. Więc szybkie tempo wzrostu siły nabywczej w dekadzie przed wejściem do Unii Europejskiej raczej się nie powtórzy. - Ta dynamika dalej będzie wygasała, ze względu na wysokie bezrobocie - w innych krajach UE jest ono znacznie niższe. I ponieważ utrzymuje się ono na tak wysokim poziomie, presji płacowej nie będzie. Płace nie upodabniają się tak szybko do poziomu w innych krajach Unii Europejskiej jak ceny - podkreśla prof. Elżbieta Mączyńska. Na pocieszenie można powiedzieć, że choć może nie będzie nam się poprawiało szybciej niż przed przystąpieniem do UE, to jednak będziemy coraz bogatsi.

@RY1@i02/2014/080/i02.2014.080.000001000.802.jpg@RY2@

Ile można było kupić za przeciętną pensję

Janusz Kowalski

Grzegorz Osiecki

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.