Mieszkań więcej, choć nie od razu
Wraca pomysł uruchomienia w Polsce kas oszczędnościowo-budowlanych. Problem może być tylko jeden: koszty dla budżetu
Czy kasy mogłyby się okazać rozwiązaniem problemu mieszkaniowego w Polsce? Zdaniem Kazimierza Kleiny, senatora PO, takie myślenie byłoby naiwne. - To jest projekt, który w widoczny sposób zadziałałby najwcześniej po siedmiu latach - dodaje parlamentarzysta.
Według Jacka Furgi ze Związku Banków Polskich po tym, jak w pierwszym roku funkcjonowania do kas oszczędnościowo-budowlanych przystąpiłoby około 300 tys. osób, w kolejnych latach mogłoby im przybywać 350-400 tys. klientów. - Przypomnę, że rocznie udzielamy obecnie 180 tys. kredytów hipotecznych - zaznacza ekspert.
Zdaniem Mirosława Gronickiego, byłego ministra finansów, efekty faktycznie ujawniłyby się po dwóch- -trzech latach od zakończenia okresu oszczędzania przez pierwszych klientów. Gronicki na ubiegłotygodniowym posiedzeniu senackich komisji budżetu i finansów publicznych oraz infrastruktury przedstawiał analizę makroekonomicznych skutków uruchomienia kas. - Jestem umiarkowanym optymistą, jeśli chodzi o ten projekt. Uważam, że powinniśmy mieć wiele dróg prowadzących do jednego celu - zwiększenia liczby mieszkań. Dodatkowo uważam, że korzystne w tym przypadku byłoby zwiększenie skłonności Polaków do oszczędzania - dodaje ekonomista.
Pojawiłaby się jeszcze jedna korzyść: sektor bankowy uzyskałby z czasem pokaźną kwotę długoterminowych lokat o stałym oprocentowaniu. To stabilizowałoby system i pozwalałoby na udzielanie długoterminowych kredytów - nie tylko dla klientów kas. Miałyby one możliwość lokowania nadwyżek w bankach, te zaś mogłyby zamieniać je np. na kredyty hipoteczne o stałym oprocentowaniu.
Według symulacji Gronickiego do kas w szczytowym momencie - po niecałych 10 latach od startu systemu - mogłoby należeć ok. 2,8 mln osób, a po kilku latach wartość zgromadzonych w nich oszczędności przekraczałaby 36 mld zł. Zdaniem Gronickiego w takich warunkach kasy nie byłyby istotnym obciążeniem dla budżetu.
W Czechach, gdzie w kasach oszczędza ok. 3,5 mln ludzi, wartość zgromadzonych w nich oszczędności to prawie 400 mld koron, czyli ok. 60 mld zł. W przeszłości Czesi byli jednak hojniejsi, jeśli chodzi o dopłaty z budżetu. Na początku poprzedniej dekady klienci uzyskiwali z budżetu do 25 proc. zgromadzonych w danym roku oszczędności, później dopłaty obniżono do 15 proc., a od 2011 r. jest to maksymalnie 10 proc.
Obecne podejście to nie pierwsza próba stworzenia kas oszczędnościowo-budowlanych w Polsce. Takie prace toczyły się już zarówno w Sejmie (tam projekt został odrzucony w 2013 r.), jak i osobno w Senacie w poprzedniej kadencji parlamentu.
A w latach dziewięćdziesiątych, kiedy niemiecki system Bausparkassen pojawił się w innych krajach naszego regionu, usiłowano uruchomić go także nad Wisłą. W 1997 r. została uchwalona ustawa, która przewidywała 30-proc. dopłaty z budżetu i powstały pierwsze spółki polskich banków oraz niemieckich kas budowlanych. Nie udało im się jednak. Dlaczego? Resort finansów obawiał się, że dopłaty będą zbyt dużo kosztowały budżet państwa, i nie wydał potrzebnych do startu systemu aktów wykonawczych. Formalnie ustawa obowiązywała do 2002 r.
W Czechach w kasach oszczędza blisko 3,5 mln osób
@RY1@i02/2016/050/i02.2016.050.000000700.803.jpg@RY2@
Kasy budowlane w Czechach
Łukasz Wilkowicz
Pomoc mieszkaniowa, czyli jak to się robi za granicą - na
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu