Dziennik Gazeta Prawana logo

Rąk i głów zacznie brakować

28 czerwca 2018

Bezrobocie mamy na rekordowo niskim poziomie. To zasługa dobrej koniunktury gospodarczej, ale i działań podejmowanych przez samorządy i firmy

Na koniec grudnia 2017 r. bezrobocie w kraju wynosiło 6,6 proc. Ostatni raz tak dobry wynik został zanotowany w 1990 r.

- Powiedzieć dziś, że mamy najlepszą sytuację na polskim rynku pracy od ponad dwóch dekad, to jakby nic nie powiedzieć. Po latach dwucyfrowego bezrobocia mamy obecnie dość trwały trend spadkowy. Z naszych badań wynika, że obecnie ponad 84 proc. Polaków nie obawia się utraty zatrudnienia, a niemal połowa spodziewa się, że nową pracę znalazłaby w miesiąc. To pokazuje, jak na przestrzeni ostatnich lat zmieniła się pozycja pracowników i z jaką rewolucją mamy do czynienia - wyjaśnia Andrzej Kubisiak, dyrektor zespołu analiz i komunikacji w Work Service.

Poprawa sytuacji jest widoczna na przeważającym obszarze Polski. Na koniec ubiegłego roku tylko w województwie warmińsko-mazurskim stopa bezrobocia była dwucyfrowa, podczas gdy rok wcześniej takich regionów było siedem.

Według metodologii przyjmowanej przez Eurostat stopa bezrobocia w październiku 2017 r. w Polsce wyniosła 4,6 proc. To uplasowało nasz kraj na siódmym miejscu w całej Unii pod względem najniższych wskazań.

Nadal są regiony, a także branże, w których poprawa jest mniej widoczna lub nie widać jej w ogóle. Na mapie kraju wciąż jest kilka powiatów, w których stopa bezrobocia przekracza 20 proc. Mowa o powiecie szydłowieckim w województwie mazowieckim (25,8 proc.), łobeskim w województwie zachodniopomorskim (21,3 proc.), braniewskim (22,2 proc.) i bartoszyckim w (20,6 proc.) w woj. warmińsko-mazurskim. Jeszcze więcej jest takich, gdzie stopa bezrobocia wynosi 15-20 proc. Zdaniem ekspertów zła sytuacja jest wszędzie tam, gdzie nie ma przemysłu. Są też sektory gospodarki, jak bankowość czy górnictwo, gdzie od kilku lat spadają poziomy zatrudnienia.

Miasta, w których rozwija się przemysł, mogą się poszczyć najniższymi stopami bezrobocia. W Bydgoszczy szacowana stopa bezrobocia w marcu 2018 r. wyniosła 3,9 proc., a dla regionu bydgoskiego 6,6 proc. Tylko w okresie ostatnich trzech lat liczba osób bezrobotnych zmniejszyła się z 16257 do 9299, czyli o 42,8 proc.

Innym przykładem jest Gdynia, gdzie na koniec lutego stopa bezrobocia wynosiła 3 proc., przy 5,7 proc. w województwie pomorskim. To w tym mieście znajdują się branże kluczowe dla regionu, czyli stoczniowa, portowa, logistyka, transport czy handel, ale również budownictwo, gastronomia, BPO.

- Na koniec marca w rejestrze gdyńskiego PUP było 3290 bezrobotnych Gdynian. Dla porównania podam, że rok wcześniej było ich 3981, a dwa lata temu - 5324. Rocznie przez rejestr urzędu pracy przepływa kilka tysięcy gdynian. W 2017 r. było to 7604 osób, w 2016 r. 8431, a 2015 r. 9333 - informuje Ewa Andziulewicz, zastępca dyrektora Powiatowego Urzędu Pracy w Gdyni.

Ze znalezieniem pracy w Gdyni nie powinny mieć problemu przede wszystkim osoby, które wpisują się w kluczowe branże regionu: malarze konstrukcji metalowych, spawacze, ślusarze, elektrycy, ale i mechanicy pojazdów samochodowych, kierowcy samochodów ciężarowych, ciągników siodłowych, autobusów, murarze, dekarze, stolarze, magazynierzy czy kucharze, piekarze, cukiernicy. Urząd Pracy zapewnia też, że z zatrudnieniem nie będą mieć problemu testerzy oprogramowania, operatorzy systemów teleinformatycznych, informatycy, projektanci i administratorzy baz danych, programiści czy spedytorzy, logistycy, pielęgniarki, lekarze. - Problem braku pracy nie dotyczy także stanowisk, na których nie wymaga się żadnych specjalnych kwalifikacji - uzupełnia Ewa Andziulewicz.

Podobnie jest na stołecznym rynku. Tu też fachowcy są na wagę złota, bo w wielu branżach obserwowany jest pogłębiający się ich niedobór. Dotyczy to zarówno pracowników wysoko wykwalifikowanych (np. programistów, specjalistów, analityków), jak i pracowników niższego szczebla (np. murarzy tynkarzy).

- Braki kadrowe mają swoje źródło zarówno w niewystarczającej liczbie wyspecjalizowanych pracowników na rynku pracy czy niechęci pracowników do podejmowania zatrudnienia w gorzej płatnych zawodach, jak również związane są z utrzymaniem pracowników już zatrudnionych. Dobra sytuacja na rynku pracy oraz spadające bezrobocie spowodowały, że rynek pracy w Warszawie tak jak i w województwie, przesunął się w kierunku pracownika. Pracodawca stara się, by jego propozycja pracy była atrakcyjna dla potencjalnego kandydata, bo nie ukrywajmy, że pracownicy wybierają wśród ofert zatrudniania i decydują się na opcję najbardziej im odpowiadającą - wyjaśnia Marta Plasota inspektor w Urzędzie Miasta St. Warszawy, gdzie w całym 2017 r. wydano 14 045 informacji o lokalnym rynku pracy na 48 052 miejsc pracy. W 2016 r było to odpowiednio 10 410 informacji na 31 091 miejsc pracy. W 2017 r. dotyczyły one najczęściej, podobnie jak w latach ubiegłych: kucharzy, handlowców, pracowników budowlanych, specjalistów w branży IT oraz pracowników biurowych. Większość pracodawców ubiegających się o informację starosty o lokalnym rynku pracy oferowała zatrudnienie na terenie Warszawy (95 proc.), tylko 5 proc. na terenie Polski.

Problemy kadrowe notuje też Świnoujście, w którym stopa bezrobocia oscyluje w okolicy 5 proc.

- Rzeczywista jest jeszcze mniejsza, a świnoujski urząd pracy oferuje więcej miejsc pracy niż jest chętnych do jej podjęcia. Oczywiście duży wpływ na rynek pracy ma sąsiedztwo z niemieckimi Cesarskimi Kurortami Heringsdorfem, Bansinem i Ahlbeckiem, gdzie zatrudnienie w hotelach, restauracjach, placówkach handlowych znajdują Polacy. W Świnoujściu pracują też mieszkańcy sąsiednich powiatów - informuje Robert Karelus, rzecznik prezydenta Świnoujścia.

Spadająca stopa bezrobocia to nie tylko efekt ożywienia gospodarczego, czynników demograficznych i faktu, że wielu Polaków wyjechało za granicę. Sprzyjają temu też działania podejmowane przez samorządy i władze poszczególnych miast.

- W Gdyni nie pozostawiamy osób bezrobotnych samym sobie. Realizujemy specjalne programy obejmujące zajęcia motywujące w formie systematycznego coachingu osobistego, ale polegające na opłaceniu pobytu dziecka w przedszkolu czy żłobku przez okres, kiedy bezrobotny rodzic szkoli się czy jest na stażu, na zaoferowaniu pakietu marketingowego przedsiębiorcom, chcącym założyć własny biznes - wymienia Ewa Andziulewicz.

Poza tym, tak jak w innych regionach kraju, osoby planujące rozpocząć pracę na własny rachunek mogą liczyć na doradztwo zawodowe, specjalistyczne warsztaty ABC Przedsiębiorczości, pomoc w tworzeniu biznesplanu i wypełnianiu wniosku o dotację z urzędu na własny biznes (20 tys. zł).

Działania w tym zakresie prowadzą, poza urzędami pracy, centra wsparcia biznesu czy wspierania przedsiębiorczości działające przy urzędach miast.

- Większość usług świadczonych przez centrum jest opracowywana pod kątem potrzeb małych i średnich przedsiębiorstw. Niemniej jednak oferta CWB skierowana jest także do tych, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę z biznesem. Centrum realizuje także cele drugorzędne związane z aktywizacją zawodową różnych grup społecznych i rozwojem nowoczesnych kadr dla lokalnych firm - wyjaśnia Renata Drobik z Centrum Wspierania Biznesu w Dębnie.

W 2016 r. z usług Centrum Wsparcia Biznesu w Toruniu skorzystało kilkuset przedsiębiorców, którzy wzięli udział w wydarzeniach dla nich przeznaczonych: szkoleniach, warsztatach, śniadaniach biznesowych i konferencjach. Spora grupa skorzystała z indywidualnych porad.

- W 2017 r. odnotowaliśmy tendencję wzrostową, liczba przedsiębiorców korzystających ze wsparcia CWB przekroczyła 1500 - mówi Łukasz Szarszewski, dyrektor Centrum Wsparcia Biznesu w Toruniu.

Ale na tym pomoc samorządów się nie kończy.

- Udzielamy także firmom zatrudniającym bezrobotnych różnego rodzaju refundacji, czyniąc z bezrobotnych jeszcze atrakcyjniejszych kandydatów do pracy. W przypadku tych najtrudniej zatrudnialnych podejmowane są w mieście działania zintegrowane, w które angażuje się zwykle kilka instytucji - podkreśla Ewa Andziulewicz.

- Już w 21 powiatach w Polsce stopa bezrobocia spadła poniżej wskazań 3 proc., a w całej gospodarce występuje niemal 120 tys. nieobsadzonych miejsc pracy. Dlatego odpowiednie narzędzia aktywizacyjne połączone z zachętami do przemieszczania się po Polsce za pracą pomogłyby lepiej zrównoważyć nadwyżki i niedobory kadrowe na lokalnych rynkach - uważa Andrzej Kubisiak.

Idealnym rozwiązaniem byłoby więc rekrutowanie do pracy osób z obszarów, w których pracy brakuje. Kluczem do rozwiązania dysproporcji w dostępie do pracy i pracowników jest jednak poprawa mobilności. Sama dobra koniunktura nie rozwiąże istniejących problemów.

Do zwiększenia mobilności pracowników potrzebne jest stworzenie systemu zachęt. Na razie jedynie największe firmy angażują się w tego rodzaju działania. Ograniczają się jednak do dowozu pracowników na własny koszt. Poza transportem potrzebne jest jednak również dofinansowanie do noclegów, a działania powinni podejmować też pozostali przedsiębiorcy oraz państwo.

- Za poprzedniej kadencji rządu obowiązywały bony lokacyjne. Gwarantowały dofinansowanie na poziomie do dwóch średnich krajowych do wynajmu mieszkania i dojazdu do nowego, oddalonego od dotychczasowego, miejsca zamieszkania miejsca zatrudnienia. Dotacja przysługiwała jednak tylko bezrobotnym. To ograniczenie sprawiło, że przez 2,5 roku z dofinasowania skorzystało ok. 30 tys. osób na ponad 1 mln szukających pracy - wyjaśnia Andrzej Kubisiak.

@RY1@i02/2018/076/i02.2018.076.050000100.801.jpg@RY2@

Patrycja Otto

patrycja.otto@infor.pl

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.