Śledczy do usług. Czy prokuratura podległa ministrowi sprawiedliwości może być naprawdę niezależna?
Gdy trzy i pół roku temu przywracano
unię personalną ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego,
Zbigniew Ziobro, który dostał do rąk podwójną władzę, ogłosił, że
„firma” w końcu wychodzi ze stanu bierności i marazmu. Że nareszcie
będzie można nią realnie zarządzać, a nie tylko rozkładać ręce z
niemocy. Żeby było jeszcze łatwiej, PiS-owska reforma prokuratury dała
Ziobrze nieograniczoną swobodę doboru i weryfikacji kadr. Cała
prokuratorska wierchuszka dostała też legalne narzędzia do uchylania
decyzji podwładnych oraz instruowania ich, jak powinni działać w
konkretnych sprawach: kogo przesłuchać, komu postawić zarzuty i które
postępowanie umorzyć (wcześniej naciski też wywierano, choć używano do
tego miękkich, nieformalnych metod). Do tego wszystkiego szefowie
jednostek zostali formalnie autoryzowani do dzielenia się z
zaprzyjaźnionymi mediami informacjami dotyczącymi toczących się śledztw,
nawet bez zgody referenta.