Wielki upadek króla Donbasu
Jeszcze niedawno w Zagłębiu Donieckim nic nie działo się bez wiedzy i zgody Rinata Achmetowa. Dziś Ukrainiec, którego majątek wycenia się na 11,4 mld dol. jest na emigracji w Kijowie. A jego potęga topnieje
Dla ludzi z Donbasu jest zdrajcą, który poszedł na układ z "faszystowskim reżimem". Dla uzbrojonych separatystów - rywalem w walce o rząd dusz w regionie. Nie chce go Europa, Rosja ani USA. Rinat Achmetow tkwi w Kijowie, podlicza straty, zarządza 40 wiernymi sobie deputowanymi do Rady Najwyższej i patrzy, jak jego oligarchiczni rywale dzielą się władzą z postrewolucyjnymi elitami.
Powstają o nim kawały i powiedzenia. - Donbass eto kłass, Achmietow pidaras - mówią separatyści i zwykli mieszkańcy Doniecka, co można tłumaczyć jako "Donbas jest fajny, Achmetow to pedał". A gdy na Ukrainie powstają o kimś niewybredne kawały i powiedzenia, zawsze jest to syndrom jego schyłku.
- Achmetow uciekł z Doniecka, gdyż ten stał się dla niego niebezpieczny. Mieszka w Kijowie, którego nie lubi. Do ukochanego Nowego Jorku nie może uciec, bo pozostaje na liście osób objętych zakazem wjazdu do USA. Do Rosji też nie pojedzie; poszedł na współpracę z nowymi władzami, czego na Kremlu mu nie wybaczą. A w Europie nikt go nie potrzebuje - mówi nam posłanka do Rady Najwyższej Inna Bohosłowska.
Zachodni dyplomata, z którym się spotkaliśmy, potwierdza: - Największym przegranym tej rewolucji jest Wiktor Janukowycz, ale tuż za nim plasuje się Achmetow - komentuje. Człowiek, którego majątek "Forbes" wycenił na 11,4 mld dolarów i który póki co jest numerem jeden pod względem zamożności w skali Ukrainy, padł ofiarą własnej taktyki przetrwania. Od początku rewolucji prowadził grę opartą na zasadzie portfolio. Obstawiał wszystkich po trochu.
Na wschodzie najpierw przekazywał pieniądze i ludzi grupom separatystów, by wymóc na Kijowie ustępstwa i zapisy w konstytucji gwarantujące Donbasowi autonomię, a jemu samemu - zapisane za czasów Janukowycza przywileje podatkowe. Później za pośrednictwem swoich ludzi zaczął prowadzić rozmowy z rządem Arsenija Jaceniuka o tym, jak zdławić rebelię. Jego apel o jedność państwa umiejętnie wykorzystali separatyści spod znaku Wiaczesława Ponomariowa, ludowego mera Słowiańska czy Aleksandra Borodaja, rosyjskiego premiera Donieckiej Republiki Ludowej.
Tacy jak Ponomariow czy Borodaj budują swoją pozycję w Zagłębiu w opozycji do Achmetowa. Legenda ma być czytelna i prosta. Oni są ludowi, rozumieją miejscowych, wierzą w Rosję i Putina, nienawidzą faszystów z Kijowa. On, Achmetow, to kłamca, dla którego liczy się tylko bezpieczeństwo jego fabryk i kont. Po ostatnich walkach ta opozycja zaczęła działać. Za chaos i śmierć w Doniecku oskarżane jest wojsko, Gwardia Narodowa, antyterroryści z MSW, rząd i... sprzyjający mu Achmetow.
Jeszcze do niedawna Jaceniuk i szef SBU Wałentyn Naływajczenko kalkulowali, że walki zniechęcą ludzi do napływających z Rosji rebeliantów. Zniechęcenie jest widoczne, ale im więcej walk, tym większa jest również niechęć do Kijowa. Po obu stronach rodzi się nienawiść i pogarda, które są znane z początku lat 90. na Bałkanach. Dla karmionego rosyjską propagandą Doniecka i Ługańska Kijowem rządzi faszystowska junta. Rozpowszechniane są plotki o rzeziach dokonywanych przez Sektor Prawicowy. Dla Kijowa zaś Zagłębie Donieckie jest innym światem. Stolicę regionu porównuje się z Afryką, a lubiący gry słów Ukraińcy dla samozwańczej Ługańskiej Republiki Ludowej ukuli nazwę Ługanda.
Mocnym komentarzem do podziałów na Ukrainie była opowieść Inny Bohosłowskiej. W 2006 roku posłanka organizowała ukraińskie tournee Gorana Bregovicia. - Po koncertach w Donbasie Bregović powiedział mi: "Inno, nie jest dobrze. U was śmierdzi Jugosławią" - opowiadała nam deputowana. Dodawała, że taki wariant to nie tylko krew i ofiary. To również koniec fortun ludzi takich jak Achmetow.
Zdaniem naszych kijowskich rozmówców otoczenie oligarchy postrzega wydarzenia w Zagłębiu Donieckim jako rewolucję lokalnego lumpenproletariatu. Ludzi, którzy nie mają szans na awans finansowy i społeczny. Ludowi przywódcy, tacy jak Borodaj, zdają się to rozumieć. Stąd utrzymane w duchu proletariackiej retoryki komunikaty o nacjonalizowaniu majątku Achmetowa. Stąd werbowanie górników z jego kopalń do tworzonej naprędce armii separatystów. Stąd też podpalanie własności sprzymierzonych z nim oligarchów, takich jak Borys Kołesnikow, nominalny szef Partii Regionów. We wtorek spłonęła hala klubu hokejowego, należącego do Kołesnikowa. Takie gesty są wyraziste. Działają na wyobraźnię proletariatu. Dają poczucie sprawiedliwości społecznej.
W tym czasie, gdy Achmetow i jego otoczenie podliczają straty, rosną nowi oligarchowie. Na gwiazdę i ulubieńca mas wyrasta Ihor Kołomojski, który jako gubernator obwodu dniepropetrowskiego skutecznie zaprowadził w nim porządek i nie pozwolił na rozpanoszenie się separatystów. Przy tym Kołomojski inwestuje prywatne pieniądze, by zdobyć popularność. Zachowuje się jak jeden z liderów karteli meksykańskich, którzy na stadionach rozdawali lodówki, pralki i żywność.
Na początku płacił żołnierzom desantu z Dniepropetrowska, którzy byli bliscy buntu przeciw nowej władzy. Zaopatrywał jednostki w paliwo i broń. Dofinansowywał również lokalną milicję. Teraz próbuje rozszerzać swoje wpływy na Donbas, oferując do końca lata 10-proc. dodatki do emerytur dla wszystkich mieszkańców obwodów donieckiego i ługańskiego, którzy mają konta w jego PrywatBanku. Magazyn "Nowoje Wriemia" nazwał Dniepropetrowszczyznę "obwodem kołomyjskim".
Kroki oligarchy wynikają tyleż z patriotyzmu, ile z wyrachowania. W spokojnym kraju łatwiej prowadzić biznes, łatwiej też negocjować z rządem, który ma dług wdzięczności. Nieprzypadkowo zresztą PrywatBank otrzymał najwyższe dofinansowanie z banku centralnego.
Tymczasem Achmetow nie zdecydował się na żadne ludowe gesty. Dopiero gdy były zagrożone jego kombinaty, powołał ludową milicję złożoną z metalowców z Mariupola. Wszyscy jednak wiedzieli, że ma ona służyć przede wszystkim ochronie fortuny oligarchy, a nie ludowi. Na Mariupol wystarczyło, w niedzielę udało się tam przeprowadzić wybory prezydenckie. Na resztę regionu już nie. Kolejnym krokiem po powołaniu ludowych milicji miało być przejęcie kontroli nad całą Partią Regionów. Tylko że Partii Regionów już nie ma. To, co z niej zostało, to zdemoralizowana grupa posłów, która nie ma nawet cienia gwarancji reelekcji. Kiedyś ugrupowanie trzęsło parlamentem. Dziś to ledwie rywalizujące ze sobą frakcje. Nawet jeśli nad którąś z nich uda się zapanować Achmetowowi, nie będzie miał dawnej siły, by wpływać na rząd.
W Doniecku część górników opowiedziała się wczoraj po stronie rebelii. - Tworzymy ludową armię. Przeciwstawimy się banderowskiej juncie, która najechała na robotniczy Donbas - mówił pod pomnikiem Lenina jeden z górników. Również wczoraj otoczenie Achmetowa podało, że pod znakiem zapytania stoi udział Szachtara (Górnika) Donieck w rozgrywkach ligowych o puchar Ukrainy. Tego samego Szachtara, który jest oczkiem w głowie oligarchy. To wydarzenie dla magnata symboliczne.
@RY1@i02/2014/103/i02.2014.103.00000100a.802.jpg@RY2@
AFP/East News
Achmetowa nie chcą nawet Amerykanie. Znajduje się na liście osób z zakazem wjazdu do USA
Zbigniew Parafianowicz
Michał Potocki
korespondencja z Kijowa
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu