Sankcje? To w sumie bez znaczenia
P olityka Europy wobec Białorusi przypomina chodzenie po cienkiej linie. Z jednej strony Unia Europejska deklaruje wsparcie dla protestujących i jest gotowa pośredniczyć w rozmowach, a dla reżimu Alaksandra Łukaszenki szykuje sankcje. Z drugiej strony robi wszystko, by uniknąć oskarżeń ze strony Moskwy o ingerowanie w wewnętrzne sprawy Białorusi, przed czym zresztą Kreml już kilkukrotnie Europę przestrzegał. Dlatego na zeszłotygodniowym szczycie przywódcy wstrzymali się z deklaracjami poparcia dla opozycjonistki Swiatłany Cichanouskiej i byli dalecy od wezwania Łukaszenki do ustąpienia. Chociaż uznali wybory prezydenckie za sfałszowane, nie opowiedzieli się wyraźnie za przeprowadzeniem nowych. O tym mają zdecydować sami Białorusini.
Wiadomo, czego Unia chce, ale jeszcze bardziej jest jasne, czego za wszelką cenę próbuje uniknąć. Zgodnie z jej logiką najgorsze, co mogłoby się stać, to wysłanie sygnału, że usiłuje przejąć Białoruś i wprowadzić ją do swojego obozu. To mogłoby zostać potraktowane przez Moskwę jako wezwanie do działania.
Polityka balansu nie daje jednak zbyt dużego pola manewru. Skoro głównym narzędziem pozostają sankcje, a te są już w przygotowaniu, to powstaje pytanie, w jaki sposób Wspólnota zamierza odpowiedzieć, jeśli przemoc na Białorusi zacznie eskalować. Jeśli Europie pozostanie rozszerzanie listy sankcyjnej, to szanse na szybkie efekty są raczej niewielkie. Szef białoruskiego MSZ Uładzimir Makiej w oświadczeniu wystosowanym w piątek do swoich europejskich odpowiedników nazwał sankcje stratą czasu i stwierdził, że Białoruś sobie z nimi poradzi tak samo, jak poradziła sobie poprzednio. Pytanie, czy Makiej pokazał środkowy palec UE, mając pełne przekonanie, że Kreml czeka w pogotowiu na sygnał z Mińska, czy jest to jedynie łabędzi śpiew reżimu Łukaszenki.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.