Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Polityka zagraniczna

Zawsze tam, gdzie czekają na zwycięstwo

Alaksandr Łukaszenka jeździ po fabrykach, krzyczy na ludzi, poucza
Alaksandr Łukaszenka jeździ po fabrykach, krzyczy na ludzi, poucza
17 sierpnia 2020
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty

F i nały silnych mężczyzn na czele słabych państw zawsze są takie same. Gdy gwizdano na Nicolae Ceaușescu na bukareszteńskim placu Rewolucji, conducătorul nie bardzo wiedział, dlaczego lud nie ślepnie już od blasku Słońca Karpat. Jeszcze w czasie procesu, w którym ekspresowo skazano go na śmierć – krzyczał na żołnierzy i groził im zemstą. Podobnie jak jego agresywna do końca żona. Slobodan Milošević w swoim ostatnim przemówieniu przekonywał o siłach Zachodu, które „przez całą dekadę chcą wziąć Półwysep Bałkański pod kontrolę”. Działo się to trzy dni przed jego upadkiem i po niewinnych ruchawkach w kopalni nad rzeką Kolubara, które zakończyły się wielotysięcznymi manifestacjami w Belgradzie. Jeśli chodzi o Wiktora Janukowycza, to on nawet korzystał z tych samych zwrotów, apelując do narodu o spokój, które dziś stosuje Alaksandr Łukaszenka. Dosłownie. Tak, jakby każdy satrapa w byłym ZSRR miał ten sam wokabularz do pouczania swoich poddanych. W przypadku Ukrainy jeszcze w lutym 2014 r. w Kijowie liczono, które jednostki staną po stronie prezydenta i jak długie będą walki miejskie w stolicy. Szacowano liczbę potencjalnych ofiar i kreślono mapy dostępnych podwórek i klatek schodowych, z których przyjdzie korzystać, by się ukryć w razie pogorszenia sytuacji. Bo przecież silny przywódca nie ucieka nocą ze swojej willi, tylko staje do walki. Pod koniec lutego 2014, już z Moskwy ‒ złamany Janukowycz wypowiadał swoje słynne „Porzucili mnie jak frajera!”. Nadal nie rozumiał, co się stało? Dlaczego ludność przestała wierzyć w jego geniusz i zdolność do gry, w której zawsze to on jest stroną grypsującą?

Dziś w Mińsku panuje ten sam klimat. Alaksandr Łukaszenka jeździ po fabrykach. Krzyczy na ludzi. Poucza. Nie szanuje. Przekonuje, że za chwilę będzie wojna, a zagony NATO oraz hordy polskich i amerykańskich szpiegów szykują Białorusi krwawą łaźnię. Nie rozumie, że jego lud powiedział po prostu dość. I niezależnie od tego, czy paroksyzm władzy potrwa tydzień czy rok, tego procesu nie da się odwrócić. To właśnie dlatego w oficjalnym Mińsku trwa nerwowe podliczanie sił i analiza tego, jakimi jednostkami można go przynajmniej spowolnić.

Alaksandr Łukaszenka po obaleniu Wiktora Janukowycza w 2014 r. obiecał, że on sam nie stchórzy. Nie ucieknie z Mińska i będzie walczył do końca. Z tą odwagą może być jednak różnie. Białoruscy oficerowie MSW czy też sił zbrojnych, którzy mieliby odpowiadać za pacyfikację rewolucji – bo chyba pora już zacząć używać tego określenia – to 40-latkowie bez opcji na przeprowadzkę do podmoskiewskiej Rublowki. I bez oszczędności denominowanych w twardej walucie poukrywanych na Cyprze czy Wyspie Man. Oni nie muszą ani tchórzyć, ani uciekać. Nie muszą też wykazywać się nadmierną gorliwością. Mogą po prostu odmówić wykonania rozkazu.

Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.