Innego prezydenta nie będzie
Najciekawsza, a na pewno najbardziej pouczająca historia Białorusi nie dotyczy tego, w jaki sposób polityczny outsider doszedł do władzy, którą 9 sierpnia – w kolejnych wyborach – najpewniej przedłuży. Najciekawsze jest to, jak Alaksandr Łukaszenka rozmontował podział władz i instytucje demokratyczne nowo powstałego państwa
Pod koniec ZSRR Alaksandr Łukaszenka był odnoszącym sukcesy dyrektorem jednego z ważniejszych państwowych gospodarstw rolnych Haradziec, zaś w 1994 r. robił furorę bezlitosną krytyką władz. Niespełna 40-letni deputowany piętnował korupcję, co trafiało na podatny grunt w społeczeństwie mocno odczuwającym skutki zapaści gospodarczej. Z perspektywy czasu oskarżenia mogą budzić uśmiech, np. pierwszy przywódca Białorusi Stanisłau Szuszkiewicz został oskarżony o defraudację 8 kg gwoździ i zatrudnienie do budowy garażu przy daczy człowieka, który pracował w budynku rządu jako złota rączka.
Po nowo utworzone stanowisko prezydenta pędził wówczas premier Wiaczasłau Kiebicz, który miał do dyspozycji cały rządowy arsenał i poparcie Kremla. Państwowe media emitowały panegiryki na jego cześć. – Telewizja jest w końcu państwowa – tłumaczył szef komisji wyborczej Alaksandr Abramowicz. A jednak Kiebicz przegrał. W I turze dostał 17 proc. głosów, Łukaszenka – 45 proc. II tura była formalnością. „W najstraszniejszym śnie nie spodziewałem się takich rezultatów” – pisał Kiebicz w swoich wspomnieniach „Iskuszenije włastju” (Pokusa władzy). (Historię dojścia Łukaszenki do władzy opisałem na 20-lecie jego rządów w Magazynie DGP w tekście „Saszka się dorwał do mikrofonu” z 4 lipca 2014 r.).
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.