Przeciąganie negocjacyjnej liny
Londyn i Bruksela szykują się do rozmów o handlu. Problem polega na tym, że Brytyjczycy chcą zjeść ciastko i mieć ciastko
Premier Boris Johnson chce jak najszerszego dostępu do europejskiego rynku dla brytyjskich wyrobów, jednocześnie domagając się swobody w kształtowaniu przepisów nad Tamizą. Takie zjawisko jednak w przyrodzie nie istnieje: nieograniczony dostęp do rynku dla partnera o słabszych regulacjach w zakresie np. ochrony środowiska czy prawa pracy to jak strzał w stopę. Oznaczałoby to wpuszczenie na swój rynek konkurencji nieobarczonej kosztami, z jakimi muszą się liczyć lokalni producenci.
Wielokrotnie mówiła o tym szefowa Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen. – Bez równych szans pod względem przepisów środowiskowych, prawa pracy, podatkowych i dotyczących pomocy publicznej nie można mówić o swobodnym dostępie do największego na świecie jednolitego rynku – mówiła na początku miesiąca w Londynie. – Dostęp do jednolitego rynku albo rozbieżność przepisów – powtórzyła swoje stanowisko w Chorwacji. – Wybór należy do Wielkiej Brytanii: albo chcą mieć podobne przepisy, albo pójść własną drogą. Zgodnie ze starym przysłowiem nie można jednocześnie mieć ciastka i go zjeść – grzmiała w ubiegłym tygodniu w Strasburgu.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.