Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Polityka zagraniczna

Żeton lub dwa na Trumpa nie zaszkodzi

Trump ma spore szanse wygrać w wyborach prezydenckich w listopadzie, ale koronowanie go już teraz jest zdecydowanie przedwczesne
Trump ma spore szanse wygrać w wyborach prezydenckich w listopadzie, ale koronowanie go już teraz jest zdecydowanie przedwczesnefot. Chip Somodevilla/Getty Images
24 stycznia 2024
Ten tekst przeczytasz w 5 minut

W idmo krąży po Europie – widmo trumpizmu. Właściwie z każdej renomowanej gazety czy stacji informacyjnej płyną złowieszcze analizy sondaży i przepowiednie o nieuchronnym powrocie do Białego Domu króla populisty. Ostatnia okładka „Der Spiegel” to były prezydent USA salutujący do blond czupryny i podpis „Dyktator Trump”. Jeśli wierzyć rozważaniom czołowych europejskich piór, to rządy republikanina z automatu oznaczają poważną erozję demokracji na świecie oraz upadek instytucjonalny i międzynarodowy Ameryki. Triumfować będą jej wrogowie, na czele oczywiście z różnej maści autokratami, w tym Władimirem Putinem. Porzucenie przez USA Ukrainy, a także NATO ma być przy takim obrocie spraw niemal pewne.

Tak, Trump rzeczywiście ma spore szanse wygrać w wyborach prezydenckich w listopadzie. Lecz koronowanie go już teraz jest zdecydowanie przedwczesne. Kampanijne maszyny jeszcze nie ruszyły z pełną mocą, wciąż wiele może się zmienić. Pięć lat temu Trump też był murowanym faworytem, mówiło się, że po reelekcję w 2020 r. pofrunie. Kilka spraw pokrzyżowało jego plany, na czele z pandemią koronawirusa, która przemeblowała amerykańską politykę i system wyborczy (niekorzystne dla niego masowe głosowanie korespondencyjne). Droga do Białego Domu wciąż jest więc daleka. Choć prawybory u republikanów mogą niepokoić – widać po nich brak samoświadomości, podatność na propagandę i teorie spiskowe, a przede wszystkim nieumiejętność otrząśnięcia się z toksycznej dominacji Trumpa.

Czy Ameryka wytrzyma jeszcze więcej Trumpa? Nie wiemy. Przez cztery lata jego rządów było wiele trudnych momentów. Ten najbardziej krytyczny przyszedł 6 stycznia 2021 r. wraz ze szturmem na Kapitol. Instytucje zawiodły, państwo się chwiało, ale pewne mechanizmy stabilizujące zadziałały i zapobiegły większej katastrofie. A ta naprawdę wisiała w powietrzu. Gdy dwa tygodnie później Joe Biden wszedł do Białego Domu, Waszyngton, a wraz z nim cały kraj, mógł odetchnąć – ryzyko zbrojnej rebelii zostało odsunięte. Z ulic stolicy mogli wyjechać żołnierze, a w mieście o liczbie ludności porównywalnej do Wrocławia było ich wtedy nawet 30 tys., więcej niż w Afganistanie. Wojskowi pilnowali wejść do restauracji, na skrzyżowaniach rozkładali barykady i check pointy, mieszkańcy bali się wychodzić się z domów.

Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.