Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

Polska armia radzi sobie w Ghazni

29 czerwca 2018

Podjęta w październiku 2008 r. decyzja o objęciu przez polski kontyngent odpowiedzialnością prowincji Ghazni była nie tylko najlepszym z możliwych wyborów w ówczesnej sytuacji, ale również okazała się optymalna w dzisiejszej, gorszej niż w 2008 r., sytuacji w Afganistanie.

Zdaję sobie sprawę, że taka opinia może brzmieć jak herezja w chórze komentatorów, którzy nawołują do zmian (bo ponoć prowincja jest zbyt duża i zbyt skomplikowana). Jednak fakty pokazują coś innego.

Przede wszystkim przypomnijmy, jaka była wówczas sytuacja. Na przełomie 2007 i 2008 r. polski kontyngent liczył 1200 żołnierzy, rozlokowany był w 3 zgrupowaniach bojowych w Paktice oraz w Ghazni. Ponadto posiadaliśmy zgrupowania w Bagram, w Kandaharze, w Mazar-e-Sharif, w Kabulu, w Gardez. Słowem: Polacy byli wszędzie.

W tym samym okresie (na początku 2008 r.) sekretarz generalny NATO pilnie wzywał do zwiększenia sił. I Polska - podobnie jak inni sojusznicy z Paktu - pozytywnie odpowiedziała na to wezwanie. Kierownictwo MON rekomendowało również kierownictwu państwa dosłanie do Afganistanu dodatkowego wyposażenia (kolejnych wozów bojowych Rosomak, śmigłowców transportowych i bojowych). Mieliśmy więc wówczas sytuację, w której istotnie powiększony kontyngent polski rozlokowany był w wielu miejscach trudnych do koordynowania.

Można zatem stwierdzić, że liczebność kontyngentu w okresie od kwietnia 2007 do początku 2008 r. (przypominam: było to 1200 żołnierzy) pozwalała na takie pozostawanie w rozproszeniu, natomiast podejmowane przez nasze siły zbrojne zwiększone zobowiązania wobec NATO i jego najważniejszej misji w Afganistanie skłaniały do poszukiwania rozwiązania scalającego obecność naszych żołnierzy po spodziewanym zwiększeniu ich liczby.

Obserwowałem wówczas z ambasady w Kabulu proces poszukiwania rozwiązania dla powiększonej polskiej obecności i z dzisiejszego punktu widzenia decyzję o objęciu odpowiedzialnością Ghazni uważam za podjętą z największą rozwagą i zgodną z najlepiej rozumianym polskim interesem w Afganistanie. W porozumieniu z dowództwem amerykańskim rozważano na początku 2008 r. trzy warianty: zostajemy w Paktice (a więc na granicy z Pakistanem, gdzie toczą się najcięższe walki z napływającymi bojownikami), bierzemy zachodnią Paktikę i wschodnie Ghazni (ze wszystkimi administracyjnymi implikacjami tego rozwiązania) lub bierzemy Ghazni, mając przy tym świadomość stopnia komplikacji etnicznych i religijnych tej prowincji. Nie było wówczas innych możli wości. "Bezpieczne miejsca" w Afganistanie (na północy i zachodzie), które notabene z dzisiejszej perspektywy tak bezpieczne się nie okazały, były pozajmowane przez Niemców, Włochów i Hiszpanów.

Zatem za przejęciem współodpowiedzialności stały konkretne, racjonalne powody, z których słynne "podnoszenie flagi" było jednym, choć wcale nie najważniejszym. Wspólnie z Amerykanami nasi planiści od stycznia 2008 r. przeprowadzili coś, co może być stawiane za przykład znajomości własnych możliwości, świadomości ograniczeń, ale przede wszystkim koalicyjnego, w najlepszym rozumieniu tego słowa, zrozumienia potrzeb misji. Wybierając Ghazni na rejon naszej koncentracji, kierowaliśmy się zasadą jednorodności wysiłków, czyli prowadzenia naszych działań w rejonie spójnym administracyjnie oraz zgodnym z podziałem strefy odpowiedzialności dowództwa regionu wschodniego ISAF.

Oczywiście, wiadomo było, że w Ghazni duża jest skala problemów etnicznych, religijnych oraz wojskowo-administracyjnych. Wiadomo było też, że nasze rozpoznanie prowincji przed jej objęciem opierało się głównie na informacjach sojuszniczych. Niemniej jednak przygotowanie wywiadowcze i rozpoznanie Ghazni było znacznie lepsze niż rozpoznanie Paktiki czy Kandaharu - w Ghazni byliśmy od pewnego czasu (od kwietnia 2007 r.), posiadaliśmy też bogatą wiedzę na temat złożoności społecznej tej prowincji.

Przede wszystkim nasz kontyngent założył trafnie, że różnorodność etniczna prowincji może okazać się paradoksalnie jej zaletą. Zamieszkujący ponad 60 proc. jej powierzchni Hazarowie są pokojowo nastawioną społecznością szyicką. Obecni w mieście Ghazni Tadżycy skupieni są bardziej na prowadzeniu biznesów niż na próbach stosowania przemocy. Zatem pozostaje nam problematyczna grupa pasztuńskich plemion na wschodzie prowincji, w rejonach położonych wzdłuż drogi. W tych rejonach, stanowiących około 40 proc. powierzchni całej prowincji, koncentruje się nasza obecność i aktywność, zatem wezwania naszych komentatorów medialnych do zmniejszenia strefy odpowiedzialności w pewien sposób są spełnione... choć pewnie nie mają oni o tym pojęcia.

Oczywiście, biorąc odpowiedzialność za prowincję Ghazni, zdawaliśmy sobie sprawę, że nawet nasze doświadczenia irackie mogą nie przystawać do rzeczywistości afgańskiej. I faktycznie, okazało się, że wojna w Afganistanie jest nie tyle testem dla zdolności bojowych i umiejętności indywidualnych żołnierzy, ile dla naszego systemu zaopatrywania i wyposażania kontyngentu.

Dodatkowo trzeba też pamiętać o głównym zadaniu naszego kontyngentu z dowództwa ISAF. Polacy w Ghazni, w wymiarze czysto wojskowym, są po to, by ochraniać drogę łączącą Kabul i Kandahar, stanowiącą główny szlak zaopatrzeniowy w Afganistanie. Stawiając pytania, czy Polacy radzą sobie w prowincji, należy mieć na uwadze rzeczywiste zadania i oczekiwania dowództwa misji NATO wobec nas.

Można zatem powiedzieć, że dokonując wyboru Ghazni, przyjęliśmy wówczas prowincję zgodną z naszymi możliwościami. Od tego czasu sytuacja pogorszyła się wszędzie, również w naszej prowincji. Ale nasze siły zbrojne umieją odpowiednio reagować na zagrożenie, zwiększając chociażby ilość sprzętu zabezpieczającego działanie kontyngentu.

Natomiast pojawiające się dzisiaj postulaty wycofania się z Ghazni, zmniejszenia rejonu, za jaki odpowiadamy, zmiany lokalizacji polskiego kontyngentu należałoby nieco ironicznie określić jako próbę stabilizowania Afganistanu ruchami konika szachowego. Wczoraj w Paktice, dzisiaj w Ghazni, jutro, kto wie... może Nimruz albo Uruzgan? Mówiąc zupełnie serio - jeżeli chcemy w przewidywalnym terminie wycofać się z Afganistanu, to powinniśmy zakończyć w Ghazni zadania, które realizujemy tam od ponad roku. W szczególności dotyczy to szkolenia afgańskiej armii i policji.

Przyjęte przez NATO wzmocnienie sił w Afganistanie następuje w wyniku osiągnięcia przez misję punktu krytycznego: dalsze trwanie w status quo w rzeczywistości oznacza klęskę - bo rebelia ma więcej czasu niż my. Stąd też decyzja o szybkim wzmocnieniu, w nadziei, że uda się doprowadzić do odizolowania talibów od ludności miejscowej oraz przyspieszyć budowę afgańskich sił bezpieczeństwa. Przygotowywana w MON i MSZ od września br. strategia naszego zaangażowania w Afganistanie kładzie nacisk na te właśnie kierunki: wysyłamy tam więcej żołnierzy, którzy zajmą się szkoleniem armii i policji oraz będą starali się odizolować rebeliantów od skupisk ludności.

We własnym zakresie i z wyprzedzeniem zatem rozpoczęliśmy prace, by wpisać naszą strategię w ramy koalicyjne i przyspieszyć realizację celów, dla których skoncentrowaliśmy wysiłki w Ghazni. Zarówno podjęte wcześniej decyzje o koncentracji w Ghazni, jak i obecnie o zwiększeniu kontyngentu wynikają z naszej elastyczności w reagowaniu na zmieniającą się sytuację oraz służą podstawowemu celowi NATO w Afganistanie, jakim jest stabilizacja sytuacji na każdym poziomie państwa afgańskiego.

@RY1@i02/2009/240/i02.2009.240.000.015a.001.jpg@RY2@

Polscy żołnierze na patrolu w Ghazni

Bogdan Hrywniak

płk Piotr Łukasiewicz

pełnomocnik MON ds. PKW Afganistan, b. dyplomata wojskowy w Kabulu i Islamabadzie w latach 2006 - 2009, uczestnik misji wojskowych na Bałkanach, w Pakistanie i Iraku

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.