Zamiast czynić pokój, dalej brniemy w wojnę
Polskich żołnierzy nie ma już w południowym Libanie i w Czadzie. Wcześniej wycofaliśmy wojsko ze Wzgórz Golan i Syrii.
- Zakończyliśmy pobyt w sanatorium - podsumował jeden z dowódców wracający z Bejrutu. Zakończenie tych misji ma jednak wymiar symboliczny: obecność w stabilizacyjnych siłach ONZ zamieniamy na udział w afgańskiej wojnie.
Minister Bogdan Klich musi znaleźć środki na spełnienie obietnicy złożonej przez premiera Tuska prezydentowi Obamie. Około 600 żołnierzy wzmocni nasze siły w Ghazni. To prowincja zaznaczana na natowskich mapach kolorem czerwonym jako strefa ekstremalnego ryzyka. Eksperci podkreślają, że ten zastrzyk nowych sił może nie wystarczyć. Po co deklarować liczbowy wzrost sił NATO, skoro nie wiadomo, jak ma się zmienić strategia USA i sojuszników?
A zmienić się musi. - Nie wygrywamy, a to znaczy, że przegrywamy - powiedział w niedzielę admirał Mike Mullen, szef połączonych sztabów USA. I co prawda nieomal jednocześnie sekretarz obrony USA Robert Gates zapewnił, że "porażka nie wchodzi w grę", to jednak nie ma wątpliwości, że nowa strategia USA nie odpowiada na pytanie, jak jej uniknąć.
W deklarowanych celach niewiele się zmieniło. Gates podkreśla, że w grę wchodzą dwa, a może trzy lub cztery lata dalszej obecności w Afganistanie, i zamiast mówić o wycofaniu wojsk, używa terminu "transfer zadań obronnych" do rządowych sił afgańskich. A właśnie na tym polu osiągnięć jest najmniej. Administracja Karzaja jest skorumpowana. Polska już kilka razy dawała prezydentowi do zrozumienia, że oczekuje zmiany na stanowisku gubernatora w naszej prowincji Usmana Usmaniego. Ale kto miałby tej zmiany dokonać? Przecież nie Karzaj, któremu Usmani złożył szczególne dowody lojalności w trakcie kampanii prezydenckiej i liczenia głosów.
Prezydent Afganistanu wciąż czuje mocne wsparcie Amerykanów. Jak zapowiedział amerykańskiemu sekretarzowi obrony, spodziewa się finansowania swoich sił wojskowych i policyjnych przez następne 15 lat. Karzaj rządzi, choć postrzegany jest przez Afgańczyków jako marionetka sterowana przez obcych. I niewiele w obrazie rządu zmieniają wysiłki na rzecz normalizacji.
Być może oznaką nowej strategii USA będzie ofensywa marines pod kryptonimem "Gniew kobry" w prowincji Helmand, rozpoczęta 7 grudnia. Ta oznacza jednak trudną walkę z partyzantami i konieczność odcięcia talibom dróg zaopatrzenia. Cała operacja będzie testem na obecną zdolność bojową wojsk NATO, ale też sprawdzeniem postawy cywilów pozostałych na tych terenach. A od tego zależy, czy cel deklarowany przez Gatesa jako "transfer" będzie mógł choćby w małym stopniu zostać osiągnięty.
Na wojnę w Afganistanie wydamy w 2010 r. 1,3 mld zł. Jak twierdzą ministrowie Klich i Sikorski, te pieniądze to odnowienie swoistej polisy bezpieczeństwa dla Polski wystawianej przez NATO. To dość wysoka cena, zwłaszcza że obarczona wkalkulowanym ryzykiem śmierci żołnierzy.
Zuzanna Dąbrowska
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu