To też nasz prezydent
Miał być Tony Blair w roli pierwszego prezydenta Unii Europejskiej albo David Miliband jako szef unijnej dyplomacji. Skończyło się na tym, że na czele Wspólnoty stanie mało znany premier Belgii Herman Van Rompuy, a polityką zagraniczną pokieruje jeszcze bardziej anonimowa komisarz ds. handlu, Brytyjka Catherine Ashton.
Niestety, dla unijnych przywódców najważniejsze okazało się poszukiwanie idealnych parytetów. O tym, kto nadaje się na dwa kluczowe stanowiska, decydowały głównie przynależność partyjna, kraj pochodzenia i płeć. Na przedstawienie przez kandydatów własnej wizji Europy, o co zabiegała Polska, zabrakło miejsca.
Traktat lizboński miał uczynić Unię silniejszą, bardziej przejrzystą - i jak z upodobaniem dodawali euroentuzjaści - mówiącą jednym głosem. Okazuje się, iż Unia, owszem, mówi jednym głosem - ale wcale nie potrzebuje silnego prezydenta, tylko kogoś, kto nie będzie jej przeszkadzał w realizowaniu własnych interesów.
Pocieszające może być tylko to, że brak jakiejkolwiek decyzji, na co jeszcze wczoraj wieczorem się zanosiło, byłby jeszcze gorszym rozwiązaniem. A Van Rompuyowi pozostaje życzyć, aby przekonał do siebie sceptyków - w końcu od 1 stycznia, chcąc nie chcąc, będzie on także naszym prezydentem.
@RY1@i02/2009/227/i02.2009.227.000.002c.001.jpg@RY2@
Bartłomiej Niedziński
bartlomiej.niedzinski@infor.pl
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu