Europa Wschodnia nauczyła się gry w demokrację
ROZMOWA
RADOSŁAW KORZYCKI:
ALLEN LYNCH*:
W Niemczech na pewno inaczej niż w pozostałych krajach. Trudno byłoby przyłożyć do wszystkiego jedną miarę.
We wschodnich landach transformacja z realnego socjalizmu do demokracji i wolnego rynku przeszła w miarę dobrze, choć nadal dysproporcje są widoczne.
To przebiegło względnie dobrze. Udało się zrestrukturyzować instytucje polityczne, administrację i sądownictwo, które dziś niczym nie różnią się od tych położonych po drugiej stronie Łaby. Policja w Brandenburgii jest tak samo sprawna jak w Bawarii. Co więcej, nie da się ukryć, że pięć landów dawnego NRD ma zasadniczy wpływ na to, co dzieje się w Berlinie. Wyborcy z tej części federacji są języczkiem u wagi przy okazji każdych wyborów. To oni w 1998 r. wynieśli do władzy socjaldemokratów Gerharda Schroedera.
No właśnie. Uciekinier z SPD Oskar Lafontaine potrzebował politycznego potencjału drzemiącego we wschodnich landach w postaci postkomunistów, żeby stworzyć liczącą się w Berlinie partię. Ale znowu: demokratyczna gra została zachowana.
Konsumpcja w dawnym NRD jest obecnie na identycznym poziomie jak w starym RFN, ale gospodarcza stabilność czy - mówiąc prościej - dobrobyt zależy cały czas w ogromnym stopniu od pomocy rządu federalnego. Bez wsparcia rzędu 60 - 70 mld euro rocznie wschodnie landy miałyby kłopot z przetrwaniem. Ten wydatek osłabia jednak całe Niemcy. Na wschodzie bezrobocie sięga czasami nawet 15 proc., małe i średnie przedsiębiorstwa nie mogą się mierzyć z zachodnimi, bo dysponują mniejszym kapitałem i nie są wobec nich konkurencyjne.
Kierunek zmian jest podobny. Wszystkie w miarę spokojnie przeszły do instytucji demokratycznych. Oczywiście można znaleźć przykłady na to, że nie było to łatwe, jak choćby przez pewien czas na Słowacji. Ale wszędzie odbywają się wybory, zmiana władzy następuje płynnie, partie funkcjonują na podobnych zasadach jak w pozostałych krajach.
Problemy z łapówkarstwem, szczególnie w Rumunii czy Bułgarii, są nagminne. Unia zdaje się nie mieć nad tym kontroli i gubi się już w wymyślaniu kar, żeby tylko coś się zmieniło. Ale tego rodzaju afery zdarzają się też na szczytach władzy we Francji czy we Włoszech. Korupcja nie jest podstawowym wskaźnikiem tego, jak społeczeństwa z systemów totalitarnych przechodzą do demokracji.
Zachowawczość w sprawach obyczajowych nijak się nie ma oceny, czy organizm polityczny jest demokratyczny, czy nie. Przyczyny takiego społecznego konserwatyzmu są głębiej zakorzenione niż w samym przejściu od komunizmu do demokracji. Podziały nie przebiegają tu wedle linii dawnej sowieckiej strefy wpływów. Irlandczycy są bardzo konserwatywni, a Czesi wręcz przeciwnie. Nie jest to konsekwencją transformacji, a tym bardziej powodem, by twierdzić, że się ona nie udała.
Raczej tak. Najważniejsze rzeczy zostały dokonane. Państwa Europy Wschodniej weszły w nowe sojusze, ich gospodarki przestawiły się na mechanizmy wolnorynkowe, których społeczeństwa dość szybko się nauczyły. I wreszcie, co trzeba podkreślić, udało się wprowadzić instytucje władzy, które się wzajemnie kontrolują.
@RY1@i02/2009/219/i02.2009.219.000.012b.001.jpg@RY2@
Allen Lynch
Materiały prasowe
*, profesor w Centrum Badań nad Rosją i Europą Środkową na Uniwersytecie Virginia
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu